Ważne
    Rysunki, które pozostały nieśmiertelne. Historia Gwidona...

    Rysunki, które pozostały nieśmiertelne. Historia Gwidona Miklaszewskiego [GALERIA]

    Anita Czupryn

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Rysunki, które pozostały nieśmiertelne. Historia Gwidona Miklaszewskiego [GALERIA]
    1/8
    przejdź do galerii

    ©Rys. Gwidon Miklaszewski

    Te rysunki wciąż śmieszą i nie tracą nic na aktualności, mimo że ich autor nie żyje już od 1999 roku - o najpopularniejszym rysowniku Gwidonie Miklaszewskim, jego rysunkach i książkach pisze Anita Czupryn.
    Był jednym z najpopularniejszych polskich rysowników o charakterystycznej, rozpoznawalnej kresce. Efekt komizmu uzyskiwał za pomocą prostych środków polegających na tym, że puenta rysunku zwykle schowana była w tekście.

    - Czytelnicy "Expressu Wieczornego" - kultowej warszawskiej popołudniówki - od jego rysunku rozpoczynali lekturę, ciekawi, jaki kolejny problem trapi dziś "Małą Syrenkę" - Gwidona Miklaszewskiego wspominają rysownik Jacek Frankowski i były dyrektor Muzeum Karykatury Wojciech Chmurzyński. "Mała Syrenka" - tak nazywał się cykl rysunkowych dowcipów, których bohaterką była przeciętna warszawianka przeżywająca różne, zwyczajne przygody czy problemy z mężem, gotowaniem w kuchni, zakupami.
    Od 1945 r. do stanu wojennego narysował, jak się szacuje, 8 tys. komiksów z Syrenką w roli głównej. Podobnie było z "Dziennikiem Zachodnim", w którym Gwidon Miklaszewski rysował nieprzerwanie od 1947 r. do ostatnich dni swojego życia, dzięki czemu gazecie udało się zgromadzić 40 tys. jego rysunków.

    Rysował dla "Dziennika Zachodniego" niezależnie od tego, że w 1949 r. przeniósł się z Katowic do Warszawy. Jak mówił, zrobił to dla dzieci - syna i dwóch córek Agaty i Maryny. - W Katowicach nie było jeszcze wtedy uniwersytetu, a moje dzieci - dwie córki i syn - miały skłonności do nauk humanistycznych. To mnie zmusiło do przeniesienia się do Warszawy. Nie było mowy o kupnie mieszkania. Na dodatek nie znałem nikogo w warszawskiej prasie. Wymyśliłem więc postać Syrenki i zrobiłem osiem rysunków, które posłałem do "Expressu Wieczornego". Wydawało mi się, że to by pasowało do tego pisma. Po kilku dniach od wysłania mojego listu z rysunkami dostaję go z powrotem, a tam z tyłu tak ukośnie napisano: "Od kiedy i za ile? - Rafał Praga". To był założyciel "Expressu Wieczornego". Syrenka była tam przez prawie czterdzieści lat i to jej zawdzięczam, że mieszkam tu, gdzie mieszkam. Domki przy ul. Kaniowskiej zbudowała bowiem Spółdzielnia Mieszkaniowa "Express Wieczorny". Dzięki Syrence mój syn skończył architekturę w Warszawie, a moje córki filologie na UW. Obie są autorkami "Metra", na motywach którego powstał musical - opowiadał z dumą.

    Wojciech Chmurzyński chyba tylko raz spotkał osobiście Gwidona Miklaszewskiego i jak pamięta, było to krótkie spotkanie, za to w późniejszym czasie współpracował z jego synem Andrzejem Miklaszewskim, znanym architektem. No ale rok po śmierci rysownika, w 2000 r., to Chmurzyński zorganizował wystawę jego rysunków w Muzeum Karykatury. - Pokazaliśmy ponad sto jego rysunków, wystawa cieszyła się ogromną popularnością. Już na tym przykładzie można spostrzec, że jego twórczość niewiele się zmieniała i to jest właśnie ten fenomen - rysunki Gwidona Miklaszewskiego śmieszą do tej pory i chwała im za to - mówi Chmurzyński.

    On nie był złośliwym rysownikiem, jak nie był też złośliwy wobec ludzi. Raczej komentował wydarzenia z przymrużeniem oka - dopowiada Frankowski.

    Jacek Frankowski był jeszcze dzieckiem, kiedy, jak pamięta, Gwidon był już legendą polskiego rysowania. - Miał uznanie i ogromny dorobek w "Dzienniku Zachodnim", ale z tej racji, że gazeta wychodziła w Katowicach, nie miałem możliwości oglądania zamieszczanych tam jego prac. Znałem go więc z tej jego warszawskiej Syrenki bez ogona - ładnej, zgrabnej dziewczyny, która emanowała prawdziwą kobiecością i przeżywała swoje przygody. Potem współpracowaliśmy razem na płaszczyźnie społecznej - w Stowarzyszeniu Polskich Artystów Karykatury. Był 1987 r., kiedy wspólnie z Gwidonem zasiadałem w zarządzie stowarzyszenia. Otwarty, życzliwy, ciepły człowiek. Na tamtej wystawie, pośmiertnej, w Muzeum Karykatury, w dowód najwyższego uznania uhonorowaliśmy Gwidona Miklaszewskiego Erykiem - statuetką stowarzyszenia - wspomina Jacek Frankowski.

    Gwidon Miklaszewski urodził się w 1912 r. w Berlinie, bo tam jego ojciec był przedstawicielem znanej włoskiej firmy winiarskiej Cinzano. Imię Gwidon, jak sam tłumaczył pod koniec swojego życia warszawskiej dziennikarce Małgorzacie Karolinie Piekarskiej, która z kolei opowiedziała o tym mnie, pochodzi z włoskiego Guido i otrzymał je dlatego, aby nie można było go zniemczyć. Ojciec bardzo dbał o wykształcenie syna - Gwidon w 1934 r. skończył ekonomię i prawo na Uniwersytecie Poznańskim, ale ciągnęło go do rysowania.
    1 3 »

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama