Ważne
    O. Maciej Zięba: W Bożym Narodzeniu nie chodzi o prezenty i...

    O. Maciej Zięba: W Bożym Narodzeniu nie chodzi o prezenty i choinkę. Ono jest szokiem

    Agaton Koziński

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    - "Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek stał się Bogiem" - podsumował 1600 lat temu św. Augustyn. Na tym polega niezwykłość tych świąt. Trochę nasze peryskopy życiowe ją zagubiły i trzeba tę perspektywę odzyskać. - mówi dominikanin o. Maciej Zieba w rozmowie z Agatonem Kozińskim.
    O. Maciej Zięba

    O. Maciej Zięba ©MICHAL ROGALA / POLSKAPRESSE

    Jaki sens ma Boże Narodzenie? Tylko proszę o odpowiedź nie pełną teologicznych zakrętasów, tylko możliwie jak najprostszą i najjaśniejszą.
    Proszę bardzo. Sens tych świąt jest wielowymiarowy i rzeczywiście trudno opisać go w kilku słowach. Ale najważniejszym wymiarem tych świąt jest przypomnienie, jak bardzo kocha nas Bóg. A kocha nas wręcz nieskończenie, skoro zdecydował się zamieszkać między ludźmi. Ktoś, kto istniał poza czasem, poza przestrzenią i poza materią, zstąpił na Ziemię i przyjął ludzką naturę - i tym gestem zmienił historię świata, bowiem od tego momentu ludzie zaczęli inaczej na siebie patrzeć, bo zaczęli inaczej myśleć o Bogu i o sobie.

    Mało Polaków ma tego świadomość. Sondaż TNS wykazał, że tylko 47 proc. Polaków wierzy w to, że Jezus zmartwychwstał. Większość nie wie, co łączy Boga z Duchem Świętym. Zatrważające wyniki.
    Czy ja wiem? Historia Kościoła uczy, że te wyniki przez wieki podobnie wyglądały. Jasne, te wskaźniki nie wyglądają dobrze, jest to wyzwanie dla osób związanych z Kościołem, zaangażowanych w ewangelizację - i sygnał dla nich, że nie można popadać w samozadowolenie. Ale też nigdy nie było tak, by wszyscy wierzyli albo by wszyscy rozumieli zawiłości tajemnic wiary.

    Ale czy ten sondaż nie jest dowodem na to, że Boże Narodzenie ma dziś sens przede wszystkim kulturowy i rodzinny, a nie religijny?
    Gdyby podobny sondaż przeprowadzić na przykład w latach 70., to nie sądzę, by te wskaźniki jakoś znacząco się różniły. W czasach mojej młodości wcale nie tak wiele osób chodziło do kościoła co niedzielę. Ale też nie można sprowadzać świąt tylko do wymiaru rodzinnego. Bardzo łatwo zamknąć się w rodzinnym, ciepłym, sentymentalnym nastroju przeżywania Bożego Narodzenia, który w Polsce jest powszechny. Oczywiście, ten wymiar jest bezcenny - ale nie można pozwolić, by znalazł się on na planie pierwszym. Najważniejszy jest bowiem "szok Bożego Narodzenia", to, że "Słowo stało się ciałem".

    Kościół mówi o tym od dwóch tysięcy lat - a jednak sondaż wyraźnie pokazał, że dociera to zaledwie do co drugiego Polaka. A przecież Polska to kraj wręcz katolicki. Należy mówić o porażce Kościoła?
    Porażka? Skoro w ciągu dwóch tysięcy lat przyciągnęliśmy połowę Polaków, to mamy kolejne dwa tysiące, by przyciągnąć drugą połowę.

    Albo w ciągu kolejnych dwóch tysięcy lat stracicie drugą połowę - przecież w czasach I Rzeczypospolitej nikomu nie przyszłoby do głowy negować zmartwychwstania Jezusa.
    Naprawdę nie wiem, skąd to przekonanie, że w XVII w. wszyscy Polacy chodzili do kościoła. Nigdy tak nie było. W tamtych czasach rodziło się mnóstwo nieślubnych dzieci, arianie nie uznawali Bóstwa Chrystusa, było i wielu agnostyków, otwarcie kontestujących wiarę katolicką. Nie zmienia to tego, że Kościół ma swoją lekcję do odrobienia. Ale przecież przez dwa tysiące lat każdy, najbardziej nawet kanciasty granitowy głaz omywany przez strumień historii stanie się obły. W przypadku Bożego Narodzenia tym strumieniem są właśnie kolędy, choinki, opłatki, pierogi. Każdy tęskni do klimatu tych świąt i to sprawia, że z czasem otoczka przesłania prawdziwy sens świętowania. I o tym trzeba mówić. Jeśli odrywamy się od korzeni, to wszystko zaczyna usychać. Dziś usycha chrześcijaństwo na naszym kontynencie, z usycha zresztą cała Europa - demograficznie, ekonomicznie, politycznie, także religijnie. Inaczej niż Azja czy Ameryka Łacińska, które się prężnie rozwijają pod każdym względem.

    Przed chwilą Ojciec zwrócił uwagę, że Boże Narodzenie jest szokiem. Jak w takim razie przypomnieć ten szok obłej Europie? Jak zerwać z rutyną takiej samej co roku choinki?
    Pisze o tym papież Franciszek w swojej ostatniej adhortacji "Evangelii Gaudium", w której przypomina radość, jaką jest przyjście na świat Jezusa Chrystusa. To nie jest "oczywista oczywistość". Ja sam odkryłem szokowy charakter tego wydarzenia dopiero jako młody ksiądz. Wcześniej choinki, karp, kolędy, także pasterki tworzyły znany od dzieciństwa piękny, świąteczny klimat.

    Co sprawiło, że Ojciec inaczej spojrzał na Boże Narodzenie?
    Przełożeni posłali mnie do Bonn na kurs językowy, na którym spotkałem młodych Irańczyków. Oni, gorliwi muzułmanie, byli bardzo zainteresowani kwestiami religijnymi, dużo rozmawiali o teologii. Ale pod koniec kursu rozpoczął się adwent i nagle całe Niemcy rozbłysły światełkami, a w każdym sklepie zaczęto puszczać "Stille Nacht". Irańczycy zaczęli mnie pytać, co się dzieje, więc im wyjaśniłem, na czym polegają święta Bożego Narodzenia, czyli święto narodzin Syna Bożego na Ziemi. Oni nie potrafili tego pojąć. - I co, Bóg był zwykłym niemowlakiem? - dopytywali. - Tak. Jak każdy inny noworodek - tłumaczyłem im. Widać było, że dla nich było to niemożliwe do pojęcia i zakończyli nasze dyskusje. Dla nich oznaczało to czyste wariactwo - jak nieskończony, wszechmocny Bóg może być zwykłym niemowlakiem. Dlatego Jan Paweł II mówi: "W Chrystusie Bóg się posunął niejako za daleko". Dla mnie ten epizod był empirycznym odkryciem istoty świąt. Choć wystarczy posłuchać kolęd, by to zrozumieć. "Bóg się rodzi, moc truchleje" - śpiewamy co roku, ale prawie nikt nie zwraca uwagi na znaczenie tych słów. "Ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice Nieskończony" - przecież ta poezja Karpińskiego opisuje absurd. Jak może ogień krzepnąć, a blask ciemnieć? Jakie granice ma nieskończoność? W słowach tej kolędy opisany jest szok Bożego Narodzenia. A my od dziecka siedzimy w cieple przy choince i sobie o tym ciepluśko śpiewamy.

    Ale właściwie jak mamy je śpiewać? Dziś, gdy minęło dwa tysiące lat, wiemy, że w Betlejem narodził się Bóg. Ale wtedy narodziło się po prostu dziecko - a ono jako Bóg narodziło się de facto w chwili śmierci na krzyżu i zmartwychwstania. Może rzeczywiście Boże Narodzenie jest świętem głównie rodzinnym?
    To skąd ogromne kolejki do spowiedzi i tłok na mszach świątecznych? Przytaczał pan wynik sondażu pokazującego, jak wiele osób nie wie, o co tak naprawdę chodzi w chrześcijaństwie, ale jednak dla wielu osób jest to bardzo ważne święto także pod względem religijnym. Bo dla wierzących to naprawdę wyjątkowe wydarzenie - i trzeba się dzielić nim z innymi. "Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek stał się Bogiem" - podsumował 1600 lat temu św. Augustyn. Na tym polega niezwykłość tych świąt. Trochę nasze peryskopy życiowe ją zagubiły i trzeba tę perspektywę odzyskać.

    Jak? Zrezygnować z ciepła świąt, a zamiast tego przekraczać granice wyobraźni?
    Bez przesady. Ohydne jest, jeśli w czasie świąt siedzimy przed telewizorem czy komputerem i się obżeramy. Ale jeśli ten czas poświęcamy dla rodziny, dla której zwykle mamy mało czasu, to jest to również ważna rola tych świąt. Znaleźć dla siebie czas - to bardzo ważny, także teologicznie, wymiar Bożego Narodzenia. To dobry moment na dłuższy rodzinny spacer, spokojną rozmowę, wspólne ogrzanie się w domowym cieple. Bycie razem - to też się liczy. Ale to trzeba dopełnić tym najgłębszym teologicznym sensem tych dni.

    Do świąt zostało jeszcze kilka dni. Co w tym czasie może zrobić katolik, który chce się do nich dobrze przygotować, ale wcześniej nie miał na to czasu?
    Oczywiście, lepiej by było, gdyby te przygotowania zaczął wcześniej, np. przez rekolekcje. Ale jeśli zaczyna dopiero teraz, to powinien pomyśleć o sakramencie pojednania. Spowiedź to ważny etap przygotowań do świętowania czystym sercem. Ale nie chodzi o to, by przed świętami "zaliczyć spowiedź", to nie jest takie teologiczne "umycie rąk".

    To jak należy rozumieć termin: dobra, dojrzała spowiedź?
    Dobra spowiedź wymaga dobrego przygotowania. Trzeba najpierw samemu starannie obejrzeć mapę własnych egoizmów, egocentryzmów, gdzie i jak się one przejawiają. Nazywa się to rachunkiem sumienia. Ale nie chodzi o to, by sprawnie wylistować własne grzechy. Ważne, by dostrzec, jak one blokują nas w rozwoju w wierze, nadziei i miłości. Bo w sakramencie pojednania nie chodzi o samobiczowanie, "Bóg się nie pasie naszymi grzechami" - napisał 1400 lat temu papież św. Grzegorz. Natomiast dobra spowiedź jest wtedy, gdy zdołamy w sobie obudzić choćby i okruchy, ale realnego żalu za własne grzechy, i zrozumieć, że one nas zniewalają i czynią gorszymi.

    Problem w tym, że w czasie spowiedzi najczęściej wymieniamy te same grzechy. To sygnał, że ten żal jest mało konstruktywny.
    Odpowiadam wtedy, "a co, chciałbyś/chciałabyś przygotowywać na każdą spowiedź listę coraz to nowych grzechów". To dopiero byłby absurd.

    Ale jaki sens ma spowiedź, która nie prowadzi do poprawy?
    Elementem spowiedzi jest głębokie pragnienie, postanowienie poprawy - a nie przysięga, że to się już nigdy nie powtórzy. Każdy z nas ma indywidualną mapę swoich ograniczeń, własnych pęknięć i słabości. Z tego nie da się oczyścić jednym pociągnięciem ręki. Zmiany prawie zawsze zachodzą wolno, stopniowo. Nawet niewielka zmiana duchowa dokonuje się powoli i kosztuje sporo wysiłku - to jest budowanie na skale. Nie jesteśmy też sędziami we własnej sprawie. Dojrzewając duchowo, często to, co dawniej uważaliśmy za drobiazgi, okazuje się ważnym problemem. Dlatego wydaje się nam, że ciągle jesteśmy tacy sami, a nawet gorsi, tymczasem ludzie z boku widzą, że jest w nas więcej pokoju, jesteśmy bardziej radośni, bardziej otwarci na innych. By to dostrzec, też potrzebna jest spowiedź. Wytrawny duchowo spowiednik potrafi takie kwestie zobaczyć i je nazwać. Bo jednym z ważnych wymiarów sakramentu pojednania jest przywracanie ludziom nadziei. W spowiedzi, z naszej strony, najważniejsza jest szczerość - stanięcie w prawdzie. Choć nie można też pomijać aktu zadośćuczynienia. Jak ktoś zabrał, to powinien oddać, trzeba próbować wyrównać to, co było niedobre, naprawić to, co się popsuło. Ale zawsze trzeba pamiętać, że miłosierdzie Boże jest nieskończone!

    A jeśli spowiedź mamy za sobą, to już możemy wyglądać pierwszej gwiazdki?
    Wcześniej warto trochę poczytać Pismo Święte o Bożym Narodzeniu. Sięgnąć po współczesne komentarze biblijne, po komentarze Ojców Kościoła. Polacy generalnie nie posiadają edukacji biblijnej, a przecież takie komentarze są prawdziwą skarbnicą wiedzy. Warto więc poczytać, jak inni interpretowali dobrze znane nam fragmenty Biblii.

    A w czasie samych świąt? Warto iść na pasterkę?
    Wigilia powinna być czasem pojednania i radości w imię Chrystusa, a nie tylko czasem opychania się pierogami, karpiem i kapustą. I dlatego na koniec warto wspólnie pójść na pasterkę.

    Jeszcze nigdy nie byłem na dobrej pasterce. Ta msza kojarzy mi się tylko z tłokiem, koszmarnie długim kazaniem i ludźmi mdlejącymi w jego trakcie.
    Zdarza się, że księża rutyniarsko powielają liturgię, a niekiedy ją wręcz odwalają. Właśnie o tym mówi Franciszek, przypominając, że msza musi być piękna, a kazanie dobrze przygotowane - poświęcone głoszeniu Dobrej Nowiny. Nie powinno być też przydługie. Przygotowane kazanie jest krótkie - długie wtedy, gdy ksiądz się nie przygotuje i papla o tym, co mu się wydaje związane z tematem. Msza powinna mieć piękną oprawę słowa, muzyki i gestu, a także światła i liturgicznej przestrzeni. Staramy się, by tak właśnie wyglądały pasterki w naszych dominikańskich kościołach. I z czystym sumieniem zapraszam każdego do mojej warszawskiej wspólnoty św. Jacka na ul. Freta 10.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama