Uzbecy przyjechali do Gliwic po dolary, wyjadą bez niczego

    Uzbecy przyjechali do Gliwic po dolary, wyjadą bez niczego

    Grażyna Kuźnik, Joanna Heler

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    Mumin Ho- djibajew wyrabia miecze, za jeden dostaje tysiąc dolarów. Jak mu się uda coś sprzedać. Jest zaręczony. Ile mieczy musiałby wykuć, żeby zrobić weselisko dla 300 gości i dać okup rodzinie panny młodej?
    Gdy męczył się z tym pytaniem dzień i noc, los postawił mu na drodze znajomka Rawszana. Szukał właśnie ludzi do pracy w dalekiej, mlekiem i miodem płynącej krainie, w Polsce. Jej mieszkańcy nie lubili ciężkiej roboty, dlatego ściągali pracowników ze świata. Ale dobrze płacili. Mumin miałby co miesiąc za murarkę 3,5 tys. dolarów na rękę.

    Juldasz z Jakkaby ożenił się dawno i w tym kłopot. Ma czworo dzieci, każde chce się żenić.
    Córka już nie może doczekać się zamążpójścia, ale jak tu cieśla ma uzbierać 5 tys. dolarów? Tyle, mówi Juldasz, kosztuje ślub córki. Syn jest tańszy, wystarczy 4 tys. dolarów. Ale ani grosza mniej. Bo na wesele przyjdzie rodzina i cała okolica. Stoły muszą się uginać albo będzie wstyd na pokolenia.

    Rawszan z taszkienckiej firmy Bartur Biznes obiecał mu, że w złotej Polsce, w pół roku zarobi na wesele każdego dziecka i jeszcze mu zostanie. Tam cieśla zarabia przecież 3,5 tys. dolarów. A oni dostaną jeszcze superhotel i trzy razy dziennie wyżywienie.

    - O Polsce my nic nie wiedzieli, ale myśleli, że tak jest - przyznaje dzisiaj Juldasz.
    Do wymarzonej krainy pojechało 23 Uzbeków. Wyprzedali się z czego mogli, żeby kupić bilet. Nigdy w życiu nie wyjeżdżali z rodzinnych stron. Nie było po co, mówią.

    Teraz Juldasz siedzi w swoim "superhotelu" na trawniku w Łabędach, w budzie skleconej z palet, przykrytej folią i kocami i gorzej ma niż pies w Jakkabie. Dym z ogniska gryzie w oczy, aż lecą łzy. Silne ręce założone, nie ma nic do roboty. I co tu gadać, jak gorycz zaciska usta. Obok Hasan, Umit, Mumin, Awaz, Dżahonger, Aziz, Murat, Szonezar. Też milczą. Najstarszy ma 50, najmłodszy 20 lat. Razem mają 35 dzieci na utrzymaniu. Suszą buty nad ogniem i na tym się skupiają. Twarze śniade, oczy skośnawe, wszyscy krzepcy. O nic nie proszą, koczują. Czekają na sprawiedliwość.

    Jak ludzie z osiedla zobaczyli, że pod ich oknami rozbili obóz Azjaci, to się trochę wystraszyli. Ale bać się nie było czego. Żaden nie pił, nie hałasował, nikogo nie zaczepiał. Płonęło ognisko, a oni siedzieli nieruchomo jak zaczarowani; głowy spuszczone, zmartwieni.

    Siedzą tak dzień, drugi, kolejny, w ten czas burzowy. Henryk Mizerski nie wytrzymał, bo taką ma naturę, że poczuł się ich sąsiadem. Sprzed domu widział dym z ogniska, ale zapach nie wskazywał, żeby coś gotowali. Na piknik to nie wyglądało. Wziął, co miał pod ręką w kuchni i poszedł.

    - Nie spodziewałem się, że oni nic nie mają. Serce się krajało. Głodni, spragnieni, żadnego jedzenia ani wody. Śpią na tych paletach, pod folią, ale więcej pod gołym niebem. Zmoknięci, wystraszeni, bez pomysłu, co dalej - opowiada starszy pan.

    Więcej czytaj w piątkowym Magazynie "Polski Dziennika Zachodniego"

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama