"Szajba" Jana Klaty

"Szajba" Jana Klaty

Henryka Wach-Malicka

Dziennik Zachodni

Dziennik Zachodni

"Szajba" Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, a jeszcze bardziej inscenizacja tej sztuki przez Jana Klatę, to nie jest gra z teatralną konwencją. To teatralna konwencja w czystej postaci. I trzeba się z tym faktem pogodzić natychmiast, albo zrezygnować z uczestniczenia w spektaklu, który miłośników skodyfikowanych znaków teatralnych przyprawi o ból głowy.
"Szajba", zaprezentowana w poniedziałek na IX Festiwalu Dramaturgii Współczesnej "Rzeczywistość przedstawiona" w Zabrzu, to skrzyżowanie politycznej fikcji z telewizyjnym show w stylu Majewskiego.

Teatr absurdu, przyprawiony grubym żartem (w tym przypadku zaskakująco nierażącym) i inscenizacyjnym chaosem, który zresztą wcale chaosem nie jest, tylko z powodzeniem go udaje. Tekst sztuki nie jest specjalnie oryginalny; tu i ówdzie powiela schematy, znane choćby ze scen kabaretowych. Idealnie za to pasuje do zjawiska, które można nazwać "teatrem Klaty".

Reżyser, od lat konsekwentnie przykładający do teatralnej klasyki (od Gogola poczynając) lustro groteski, tym razem niczego wykrzywiać nie musi. Bo "Szajba" to... szajba. Rozgrywana w foliowym namiocie historia, ilustruje sytuację Polski w niesprecyzowanej przyszłości.

Krajem rządzi dożywotnio premier Ble, aspirant Guma dorabia jako tajny agent, narodowi grozi zagłada, bo talibowie zajęli już Kujawy i montują bombę, a Wiktoria (żona Ble) tęskni za erotycznym wzruszeniem i jest jej obojętne kto tę euforię zafunduje: polski mąż, talibski kochanek czy wyimaginowany elf.

W kaskadzie skeczy, nonsensów i czarnego humoru łatwo się zanurzyć (a kto ich nie lubi, temu łatwo się oburzyć), nie zgadzam się jednak z twierdzeniem, że to sztuka śmieszna, ale o niczym. To jest sztuka jak najbardziej o czymś, bo sceniczno-mentalny bałagan koresponduje z polską współczesnością jak mało co. Jest go tylko więcej i mocniejszym reflektorem został oświetlony. "Szajba", z zachowaniem wszelkich proporcji, wywodzi się jednak z Witkacego, który pod pozorem nonsensu krył poważne lęki i samosprawdzające się przepowiednie.

Jan Klata mądrze rozkłada akcenty, kilka razy wprowadzając w szalony spektakl moment refleksji. Jakoś trudno się śmiać w scenie dzieci-żywych tarcz, poprzebieranych za Jacka i Agatkę z niegdysiejszej dobranocki czy nawet w scenie, gdy wisielec recytuje fragment z "Wyzwolenia" Stanisława Wyspiańskiego... Podobnie jak w "Sprawie Dantona" reżyser wprowadza nutę serio w chwili, gdy nasze rozbawienie sięga zenitu. Wszyscy aktorzy wspierają reżysera i autorkę świetną robotą, z Kingą Preis na czele.

Na czytelność konwencji - tym razem melodramatycznej - postawił też Tomasz Zygadło, ale efekt okazał się średni. "Dzień Walentego" Iwana Wyrypajewa, który był wystawiany w Zabrzu w niedzielę, zrealizowany w Teatrze im. J. Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim, zbyt szybko grzęźnie na mieliźnie sentymentalizmu. Historia dwóch kobiet, które kochały jednego mężczyznę (odbijając go sobie nawzajem), a po jego śmierci zawarły miłosno-nienawistny pakt o współdziałaniu, odarta została w tej inscenizacji nie tylko z komizmu, ale i drapieżności. U Wyrypajewa "charakterność" bohaterek równoważy ich stany emocjonalne i czyni podobnymi do siebie. W gorzowskim przedstawieniu podział jest ostry: Walentyna w wykonaniu Anny Seniuk to skrzywdzona dobroć, Katia grana Beatę Chorążykiewicz - podła intrygantka. I pewnie dlatego tak trudno przejąć się ich życiowymi dylematami.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

DZ poleca

Wideo