Wiarygodność Barbary K.

Wiarygodność Barbary K.

Teresa Semik

Dziennik Zachodni

Aktualizacja:

Dziennik Zachodni

Cenię i szanuję Henryka Dyrdę. Był posłem, to miałam do niego zaufanie. Chciałam, żeby pomógł mojemu zięciowi w karierze zawodowej i załatwił dla niego intratne stanowisko w administracji rządowej - mówiła w piątek przed katowickim sądem Barbara Kmiecik.
To jej zeznania doprowadziły Dyrdę na ławę oskarżonych. Prokuratura zarzuciła mu korupcję, pomoc we wręczeniu około 100 tys. dolarów amerykańskich Jackowi Dębskiemu, prezesowi Urzędu Kultury Fizycznej i Sportu. Henryk Dyrda został zatrzymany tego samego dnia, kiedy funkcjonariusze ABW przyszli także po Barbarę Blidę. Usłyszał zarzut w tym samym śledztwie, w którym podejrzani zostali prezesi spółek węglowych, umożliwiających Agencji Handlowej Barbarze Kmiecik sprzedaż węgla na ogromną skalę.
Robili to za tzw. prowizję, którą potem organy ścigania nazwały bezprawną korzyścią majątkową. Sprawa Henryka Dyrdy wyłączona została do odrębnego rozpoznania. Z tzw. aferą węglową łączą ją tylko obciążające zeznania Barbary Kmiecik. Sprawą fundamentalną jest jej wiarygodność.

- Sama zdecydowałam, że będę zeznawać. Zmusiła mnie do tego sytuacja, nie człowiek - mówiła w piątek Kmiecik.
Zeznawała w procesie Dyrdy w charakterze świadka. W czerwcu 2006 roku opuściła areszt, w którym siedziała od roku. - We wrześniu zgłosiłam się do ABW. Pomyślałam, że sama pójdę i wszystko powiem w sprawach węglowych, nie będę czekać aż znów po mnie przyjdą i zamkną.

Tłumaczyła, że do ABW miała większe zaufanie niż do policji czy prokuratury.
- W ABW nie naciskali na politykę. W prokuraturze przeciwnie - chcieli, by im dać ludzi lewicy - dodała.
Dębski faktycznie zatrudnił zięcia Barbary Kmiecik.
- Co prawda tylko w gabinecie politycznym, ale zawsze coś - mówiła. - Chciałam dla niego dobrze.
W latach 90. z Henrykiem Dyrdą spotykała się często w swojej katowickiej firmie, czasem w domu. - Podziwiałam jego znajomość filozofii i rozmowy na ten temat - dodała.
Nie pamięta, kto zaproponował pieniądze dla Dębskiego, ona czy Dyrda, ale uważa, że to normalne, a kwota wcale nie była wygórowana, zaakceptowała ją bez żadnych wątpliwości.

- Trzeba było się zrewanżować, ale nie uważam tego za łapówkę, bo to byłoby śmieszne - stwierdziła. - Potem znaleźliśmy się w czasach, które słusznie minęły. Przyszedł minister Ziobro i zaczęły się kłopoty.
Jak zapewnia, pieniądze przekazała Dyrdzie w dwóch ratach już po zatrudnieniu zięcia. Wzięła zaliczkę na poczet zysku z firmy i dołożyła swoje oszczędności. Zięć po roku zrezygnował z pracy w Warszawie. Ani nie był nią zainteresowany, ani nie była intratna.

- Żadnych też korzyści nie odniosła z tego powodu moja firma - dodała Kmiecik.
Henryk Dyrda nie kwestionuje, że rozmawiał z Jackiem Dębskim na temat zatrudnienia zięcia Kmiecik. Zaprzecza jednak, by przekazywał jakieś pieniądze za tę przysługę.

- Ani podczas zeznań w śledztwie, ani dzisiaj nie mam zastrzeżeń do mojej wiarygodności. Nieścisłości mogą wynikać wyłącznie ze zdenerwowania i upływu czasu. Działo się to 11 lat temu - mówiła Barbara Kmiecik. - Nie żywię do nikogo żalu, także do oskarżonego. Dla mnie ta sytuacja jest tak samo przykra, jak dla niego.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

DZ poleca

Wideo