nasza ocena: ***
reż. J. Jarmusch, wyst. Isaach De Bankole, Tilda Swinton, Bill Murray, John Hurt, Gael Garcia Bernal
Jim Jarmusch wciąż pozostaje wierny wypracowanemu przez siebie stylowi. W swoim najnowszym filmie "The Limits of Control" wyraźnie manifestuje swoją filozofię kina i swoją niezależność, w której chodzi o wiele więcej niż tylko proste odcinanie się od komercyjnych schematów. Kino Jarmuscha jest ascetyczne, co niektórzy użyliby pewnie słowa bełkotliwe. Reżyser niejednokrotnie mówił, że nie widzi dla siebie możliwości pracy w Hollywood i doświadczenie bycia outsiderem przenosi na swoich bohaterów. Nie potrafią oni nawiązać głębokich relacji z innymi, nie okazują gwałtownych emocji.
Otaczająca ich rzeczywistość jest monotonna, a oni sami zdają się być pogrążeni w letargu. Nie mają też historii.
Jarmusch opowiada o jednym wydarzenia z ich życia i nie rozbudowuje wątków pobocznych.
W "The Limits of Control" milczący czarnoskóry gangster jedzie do Hiszpanii, by wykonać najnowsze zlecenie. Spotyka kolejne osoby, które dają mu wskazówki, którymi ma się kierować. Atletyczny, metodycznie działający, zdyscyplinowany gangster konsekwentnie zmierza do celu. Ale Jarmusch podpuszcza widza. Fabuła jest nieistotna, odwołania do innych filmów, kolejne postacie (z różnych zakątków świata) to figury, które reżyser wyciąga z kapelusza i przestawia, ale nie przypisuje im szczególnej roli. Co z tego wyciąga widz? Kluczem okazuje się scena morderstwa. Amerykanin mówi gangsterowi, że książki, muzyka i nauka, które nie mają nic wspólnego z prawdziwym światem, zatruły jego umysł. W odpowiedzi słyszy, że rzeczywistość jest przypadkowością (tak, Jarmusch nie omieszkał cytować w "The Limits of Control" siebie samego). Czyżby reżyser chciał powiedzieć, że wytwory kultury przestały oddziaływać na ludzi? Jeśli tak, to dlaczego gangster co jakiś czas wraca do galerii, by podziwiać wiszący tam obraz? W nadziei na emocjonalny zryw? Jarmusch poruszył ważny temat, ale w którymś momencie zwyczajnie stracił kontakt z widzem.