Związki zawodowe, reprezentujące ponad 90 procent załogi kopalń, weszły w spór zbiorowy z zarządem Jastrzębskiej Spółki Węglowej.
Żądają powrotu do wskaźnika wynagrodzeń z 2008 roku, gdy górnicy zarabiali średnio 6400 złotych brutto. Obecnie, po kryzysowym roku zaciskania pasa, to około 5800 złotych.
340 mln złotych strat przyniosła w ubiegłym roku Jastrzębska Spółka Węglowa
- Straciliśmy na kryzysie, czas najwyższy odzyskać nasze pieniądze. Spółkę na to stać, koniunktura jest dobra. Do tego chcemy podwyższyć wypłaty o wskaźnik inflacji sprzed dwóch lat. Z funduszu płac zabrano nam 100 milionów złotych. Pora, żeby zarząd oddał załodze te pieniądze - mówi Piotr Szereda, szef Solidarności 80 w kopalni Jas-Mos.
Czy żądania podwyżek, gdy spółka zakończyła ubiegły rok na minusie sięgającym 340 mln zł, ma szansę realizacji?
Zdaniem szefów szansa jest, ale pod pewnymi warunkami. W poniedziałek, podczas pierwszej tury rozmów w tej sprawie, władze JSW przedstawiły plan, z którego wynika, że fundusz płac w tym roku to 1,712 mld zł, a w 2008 r. wynosił 1,74 mld zł.
- Do zeszłorocznego pułapu brakuje 34 milionów złotych, więc nie jest tak źle. Znajdziemy te pieniądze, ale nie będzie to proste. Są określone warunki - jeśli ceny węgla się nie zmienią, wydobycie do maja nie spadnie i nie pogorszy się sytuacja wynikająca z egzekucji spornego podatku od wyrobisk górniczych, o który walczą samorządy - wyjaśnia prezes JSW, Jarosław Zagórowski. I zapowiada, że dopiero, gdy te warunki zostaną spełnione, firma podzieli się w połowie roku z górnikami pieniędzmi w postaci premii.
Związkowcy twierdzą, że diabeł tkwi w szczegółach i nie chcą przystać na takie warunki.
- Trudno oczekiwać, że samorządy zrezygnują z grubych milionów z tytułu podatku. Ale dlaczego załoga ma za to płacić? Poza tym nie chcemy premii, tylko podwyżki płac - wyjaśnia Szereda.
Na razie strony sporu nie doszły do porozumienia. Druga tura rozmów odbędzie się w przyszłym tygodniu. Jednak o kompromis będzie trudno, bo ten rok ma być rokiem oszczędzania, by odbić się od finansowego dna.
- Nie możemy każdej zarobionej złotówki dać do kieszeni pracowników. Mamy przed sobą poważne inwestycje, nowe pola wydobywcze wymagają przygotowania - mówi Zagórowski.
Zdaniem ekspertów spółki, sytuacji na rynkach międzynarodowych wciąż nie można określać jako stabilnej, dlatego zarząd JSW zdecydował się na dość ostrożne założenia dotyczące tego roku.
Spółka planuje zakończyć rok 2010 na plusie, nie rezygnuje także z inwestycji, przeznaczając na nie o 110 milionów złotych więcej niż w roku ubiegłym.
- Plan zakłada, że w tym roku wydamy na inwestycje ok. 650 milionów zł. Zgodnie z założeniami, wzrośnie także planowany poziom wydobycia i będzie wynosił 57.300 ton na dobę, co daje ponad 14 milionów ton w ciągu roku.
To o ponad 3 miliony ton więcej, niż wydobyliśmy w 2009 roku - wyjaśnia Katarzyna Jabłońska-Bajer, rzeczniczka spółki.
W JSW planowano wzrost wynagrodzeń o poziom inflacji, czyli o 3,7 procent.
Przypomnijmy, ubiegły rok spółka zakończyła stratą w wysokości 340 milionów złotych. W porównaniu do 2008 spadła sprzedaż węgla - o 13 procent, to o 1 ,7 mln ton mniej. Przy tym średnia cena sprzedaży wyniosła 330 złotych za tonę, podczas gdy jeszcze rok wcześniej spółka sprzedawała tonę węgla za ponad 431 złotych.
- W efekcie, z powodu spadku cen, przychód ze sprzedaży węgla był niższy o 34 proc.
Przyjęte na ten rok założenia są określone na granicy rentowności. Każdy ruch w cenach czy wielkości sprzedaży spowoduje, że znajdziemy się na minusie - ocenia prezes Zagórowski, dodając, że w tym roku spółka po raz pierwszy skorzysta z kredytu obrotowego w wysokości 200 milionów złotych.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie DziennikZachodni.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.