(© AP)
Robert Małolepszy
2010-03-09 19:22:25, aktualizacja: 2010-03-10 09:18:21
Pamiętają państwo wspaniałe lata 2000-2003, gdy Małysz co konkurs, to wprost deklasował rywali. Odlatywał Schmittowi i Hannawaldowi, jak chciał, przeskakiwał skocznię, bił rekord za rekordem? Kto by nie pamiętał?!
No to teraz już wiecie, jak czuli się wtedy niemieccy kibice, którzy też przecież mieli wielkich skoczków, ale ten "straszny" Polak ciągle psuł im zabawę. Teraz nam zabawę psuje Simon Ammann.
Kto myślał, że Szwajcar po igrzyskach w Vancouver rzuci się w wir zabawy, że straci zapał do wygrywania, że wreszcie da coś wygrać Adamowi, srodze się dziś zawodzi. Ammann wygrał wczoraj czwarty konkurs z rzędu. Znów był poza zasięgiem. W pierwszej serii oddał najdłuższy skok zawodów - 128 m. W drugiej tylko Norweg Anders Jacobsen był ciut lepszy od niego (126,5 m przy 126 m Simona), ale miał też trochę korzystniejsze warunki (konkurs był rozgrywany według nowych zasad punktowania).
Gdyby Ammann nie odpuścił ostatnich przed igrzyskami zawodów w Willingen, to być może byłby już dzisiaj jednym z czterech zawodników w historii skoków, którzy mogą poszczycić się sześcioma pucharowymi triumfami z rzędu. Obecnie takim wynikiem chwalą się Ahonen, Hautamäki, Schlierenzauer i Morgenstern. Adam Małysz najlepszą serię miał w latach 2000-2001, gdy wygrał pięcioro zawodów z rzędu.
Do końca tego sezonu zostały już tylko dwa konkursy indywidualne zaliczane do klasyfikacji PŚ. W piątek w Lillehammer i niedzielę na nowej skoczni w Oslo. Simon co najwyżej więc może zrównać się z rekordzistami, jeśli chodzi liczbę pucharowych zwycięstw z rzędu.
Tym bardziej nie wyprzedzi też choćby Adama w innej statystycznej klasyfikacji - triumfów w jednym sezonie. Najlepszy wynik Orła z Wisły to 11 pierwszych miejsc we wspomnianym sezonie 2000/2001. Rekordzistą w tej klasyfikacji jest z kolei Gregor Schlierenzauer, który w poprzednim sezonie triumfował 13 razy. Ale to tylko statystyka.Dla potomnych liczą się przecież najbardziej medale i puchary. Do czterech olimpijskich złotych krążków Simon dołoży już w niedzielę Kryształową Kulę za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.
To już prawie pewne. Po wczorajszym triumfie Szwajcar ma na koncie 1449 pkt. Drugi w generalce, obrońca trofeum Gregor Schlierenzauer - 1266. Teoretycznie więc Austriak mógłby więc przegonić Szwajcara, ale musiałby wygrać oba pozostałe konkursy, a Simon zdobyć co najwyżej 16 punktów. Czy ktoś o zdrowych zmysłach w to wierzy? Chyba nie, nawet Schlierenzauer. Dwukrotnemu mistrzowi olimpijskiemu z Vancouver musiałoby się stać coś naprawdę poważnego. Bo przecież, by zdobyć potrzebne 17 pkt, wystarczy, mu, że zajmie w jednym konkursie 14. miejsce.
No i jeszcze jedno. Czy Gregor, nawet gdyby Ammann naprawdę nie mógł skakać, byłby w stanie wygrać dwa konkursy. Po tym, co pokazał wczoraj, wydaje się to równie mało realne, jak niedyspozycja Simona.
Schlierenzauer był w Kuopio dopiero 11. i jeśli to tylko wypadek przy pracy, a nie zmęczenie, to i tak najpierw musiałby pokonać Adama. A Polak jak Szwajcar skacze z regularnością... szwajcarskiego zegarka. To był już piąty z rzędu konkurs, w którym Simon i Adam zajęli pierwsze i drugie miejsce. Orzeł z Wisły uzyskał dwa niemal identyczne wyniki - 123 i 123,5 m. Tylko Jacobsen miał prawo myśleć o rozdzieleniu bohaterów igrzysk. Reszta nie liczyła się w walce o podium.
Przed weekendowymi konkursami pozostaje nam wierzyć, że Hanu Lepistö nie mylił się w Vancouver, gdy mówił, że Adam jeszcze w tym sezonie wygra, i to nie jeden raz. No chyba że miał na myśli mistrzostwa świata w lotach, które odbędą się za tydzień w Planicy.