Z Aleksandrem Kwaśniewskim, byłym prezydentem RP, rozmawia Agata Pustułka
Panie prezydencie, jak to możliwe, że promuje pan koalicję SLD z Prawem i Sprawiedliwością. Przecież to prokuratorzy z nadania PiS urządzili na pana i pana żonę polowanie?
Nie ja jestem akuszerem tej koalicji. Zadano mi po prostu pytanie, co sądzę na temat wypowiedzi młodego polityka PiS-u, posła Adama Hoffmana, który rozpoczął tę dyskusję. Cóż, uważam, że wśród młodego pokolenia polityków PiS, których nazywam frakcją władzy, a nie biznesową, jak przedstawiła to jedna z gazet, rośnie przekonanie, że PiS, pozostając w tym miejscu, w którym jest, nie ma szans na
powrót do władzy, że PiS utracił zdolność koalicyjną, a myśląc o odbudowaniu tej zdolności, trzeba brać pod uwagę także SLD, swojego odwiecznego wroga. W ten sposób komentuję to, co dzieje się w PiS. Absolutnie do tej koalicji nie zachęcam. Dziś ta koalicja jest niemożliwa ze względu na różnice historyczne i programowe. W przyszłości, gdy historyczne różnice będą maleć, bo do głosu dojdą nowi ludzie, to nadal będzie trudna koalicja. Nie można zaprzeczać, że pomysł ten chodzi po głowach paru ludzi w partii braci Kaczyńskich, a nie wykluczam, że także jest obecny wśród działaczy SLD.
Koalicja SLD z PiS-em jest możliwa, ale po odejściu Jarosława Kaczyńskiego
Mówi pan, że koalicja jest nierealna, ale w mediach publicznych już doszło do tego dziwacznego sojuszu.
No właśnie. Sądzę nawet, że koalicja ta będzie się pojawiać właśnie w takich wycinkowych sprawach, jak media. Na razie gwarancją, że szerokiej koalicji nie będzie, jest fakt, że na czele PiS-u stoi Jarosław Kaczyński.
Już myślałam, że za chwilę zacznie pan namawiać elektorat SLD do głosowania w wyborach prezydenckich na Lecha Kaczyńskiego!
Proszę mi wierzyć, wiem, ile krzywd wyrządził ludziom PiS. Swoją podejrzliwością, napuszczaniem instytucji państwowych. Doskonale pamiętam tragedię Barbary Blidy i swoje kontakty z IV RP, które skończyły się umorzeniem wszystkich spraw. W kwestii wyborów prezydenckich, moje stanowisko jest jasne i znane. To oczywiście kandydat SLD, Jerzy Szmajdziński, który ma wszelkie kwalifikacje, by tę funkcję pełnić. Jego kompetencje dotyczą w szczególności tych dziedzin, które znajdują się w
gestii tego urzędu, a więc obronności i spraw zagranicznych.
Nie żałuje pan, że środowiska lewicowe nie przeprowadziły własnych prawyborów, których hasło, jako pierwszy - jeszcze przed Platformą - rzucił prof. Tomasz Nałęcz, też kandydat, tyle że SDPL.
Mówiąc szczerze, widzę tylko dwóch lewicowych kandydatów: Nałęcza i Szmajdzińskiego. Olechowski jest typowym kandydatem centrowym.
A może właśnie jego powinna poprzeć lewica, bo ma największe szanse, by wejść do drugiej tury?
Proszę jednak zrozumieć, że Platforma zdecydowała się na prawybory wyłącznie z powodów PR-owskich. Wiemy dobrze, że gdyby startował Donald Tusk, to oczywiście o prawyborach nie byłoby mowy. Jeśli chodzi o lewicę, dobrze by się stało, gdyby rok temu podjęła rozmowy na temat wyłonienia wspólnego kandydata. Teraz nie ma mowy o zbieraniu rozlanego mleka. Bardzo jednak żałuję, że tak się nie stało. Jest jednak szansa, by w ostatniej chwili zdecydować się na poparcie wspólnego kandydata. Warto przynajmniej o tym rozmawiać.
Czy jest jednak jeszcze jakaś energia w lewicowych ugrupowaniach?
Te wszystkie powroty do SLD starych działaczy, choćby Leszka Millera, to udowadnianie jedności na siłę.
Lewica przechodzi trudny okres, nie tylko w Polsce, ale też w całej Europie. Płaci wysoką cenę za wsparcie liberalnych reform w ostatnich 20 latach. Płaci tę cenę SPD w Niemczech, lewica brytyjska, skandynawska, włoska i płacimy my. Sądzę, że polska lewica musi podjąć wysiłek zwiększenia swoich wpływów, by doprowadzić do zrównoważenia polskiej sceny politycznej. Byłoby bardzo źle, gdyby Polskę skazać na wybór pomiędzy dwiema partiami prawicowymi: PO i PiS. Zauważmy, że PO każe nam nawet wybierać nie tylko między dwiema partiami, ale w ramach jednego ugrupowania, co jest bardzo odważną próbą zawłaszczenia dla siebie całej sceny politycznej. To niebezpieczne zjawisko, które prowadzi do tego, że partia rządząca i do-minująca uznaje, że wystarczająca dla demokracji jest dyskusja między partyjnymi frakcjami. Lewica potrzebuje jednak czasu, programu i dobrych ludzi. Zmiana nie nadejdzie z dnia na dzień.
Większość ludzi lewicy uważa jednak, że bez Kwaśniewskiego, lub - używając terminologii Lecha Wałęsy - pana brata bliźniaka, lewica nie ma szans na odrodzenie. A może wyczerpaliśmy już limit bliźniąt na
polskiej scenie politycznej?
Moja sytuacja - w sensie politycznym - nie jest prosta. Byłem dwukrotnie prezydentem Polski i nikt mojego rekordu nie pobił.
Lech Kaczyński szykuje się do boju...
Myślę, że będzie miał kłopot. Znalezienie formuły działania dla byłych prezydentów nie jest łatwe. Kandydowanie do europarlamentu i powrót do tej samej rzeki jest niemożliwy.
Napieralski, Olejniczak to przecież druga liga?!
Nie zgodzę się z tym stwierdzeniem. Na lewicy pojawia się coraz więcej ciekawych postaci np.
poseł Arłukowicz, ciekawe jest środowisko Krytyki Politycznej.
A Stowarzyszenie Ordynacka? Ma pan legitymację nr 1 tego stowarzyszenia, które nazywa kuźnią władzy. Pełno tu osób z ogromnymi wpływami biznesowymi?
Ordynacką traktuję jako pewną wspólnotę pokoleniową. To osoby, które spotykały się na
uczelniach, utrzymały więzi w życiu zawodowym. Zawsze jednak bardzo wątpiłem, czy można oraz czy trzeba robić z Ordynackiej partię polityczną. Szkoda by po prostu było. W Ordynackiej spotykają się środowiska od lewego do centroprawicowego i świetnie potrafimy się porozumieć. Myślę, że ludzie Ordynackiej to idealni kandydaci do różnych list partyjnych, z wy-łączeniem twardej prawicy. Więzi w Ordynackiej są szczególne, a szczególnie nietrafione są podejrzenia wobec Ordynackiej, ocenianej prawie jak masoneria, co jest całkowitym nieporozumieniem.
Wspomniany premier Tusk nie startuje w wyborach, ale tak chce zmienić konstytucję, by wprowadzić system kanclerski. Ma szanse?
Nie. Konstytucja, którą współtworzyłem, przyjęta w referendum 1997 roku, jest dobra dla Polski i nie trzeba jej zmieniać. Równoważy wpływy różnych ośrodków władzy. Ten system się sprawdza. Nie można podporządkowywać konstytucji charakterom ludzi, a tak trochę inicjatywa premiera wygląda. Pewnie gdyby został prezydentem, to by konstytucji nie zmieniał. Mój przykład, choćby współpraca z premierem Jerzym Buzkiem, pokazuje, że ludzie z różnych środowisk mogą się porozumieć. Układ kanclerski nie sprzyja stabilizacji władzy. Dobrze, gdy władza znajdzie się w rękach odpowiedniego człowieka, ale chcę przypomnieć, że jeszcze dwa lata temu premierem był nieprzewidywalny Jarosław Kaczyński.
Czy PO skończy tak jak SLD? Skłóci się, rozpadnie?
PO korzysta z wielu doświadczeń SLD, co pozwala uniknąć błędów. W pewnym momencie jednak nie będzie można pogodzić Gowina z Palikotem. Każda władza demoralizuje i zużywa.