I robot też kocha

    I robot też kocha

    Marcin Zasada

    Dziennik Zachodni

    Dziennik Zachodni

    Od wczoraj w kinach zachwycamy się najnowszym przebojem studia Pixar. "Wall-E" to nie tylko technologiczne cudeńko, ale i superromans. Z reżyserem tego filmu, Andrew Stantonem, rozmawia Marcin Zasada
    Odległa, odległa przyszłość. Ludzie opuszczają Ziemię, porzucając na niej sprzątającego robota Wall-E. Po 700 latach samotności w zardzewiałej maszynie budzi się dusza odkrywcy i... kochanka.
    Pokazywaliście już widzom gadające auta, zabawki i ryby. Swojego filmu doczekały się w końcu roboty.

    Idea stworzenia tego filmu po raz pierwszy zaświtała mi w głowie w roku 1992.
    Uznałem, że po sukcesie "Toy Story", a co tu dużo gadać - spodziewaliśmy się go - przyjdzie świetny moment na zrobienie kolejnej niekonwencjonalnej kreskówki. Nie wiedziałem, jak by miała wyglądać i nie miałem czasu, by się nad tym jakoś głębiej zastanowić. To były po prostu lunche z Johnem Lasseterem, Petem Docterem i Joem Ranftem - moimi współpracownikami z Pixara. Na nich przerzucaliśmy się pomysłami. Tak powstały plany nakręcenia "Dawno temu w trawie", "Potworów i spółki" i "Gdzie jest Nemo?". Któregoś dnia zaczęliśmy debatować nad wyjątkowo abstrakcyjnym tematem: co by było, gdyby za ileś tam lat ludzkość wyruszyła z Ziemi w Kosmos, zostawiając na niej jednego działającego robota?

    W końcu wyczerpałyby mu się baterie i nasza planeta na zawsze pogrążyłaby się w martwym bezruchu.

    To tylko jedna z możliwości. Mnie zaintrygowała wizja, w której najbardziej ludzką rzeczą ocalałą na Ziemi jest maszyna? Niestety, pomysł wylądował na półce. Wróciłem do niego w złym momencie - akurat wtedy, kiedy goniły mnie terminy podczas pracy nad scenariuszem "Nemo". Tak czy owak postanowiłem, że kiedy uporam się z rybką, od razu siadam nad "Wall-E".

    Rybka była gadatliwa. Dlaczego tym razem zrobiłeś film prawie niemy?

    W studiach Pixara słychać było tu i ówdzie westchnienia niepewności, ale John Lasseter (wiceprezes studiów Disneya i Pixara) od początku twierdził, że to dobry pomysł. Oto wyzwanie - zrobić film tak wciągający i ciekawy, żeby ludzie nie zauważyli, że czegoś - na przykład dialogów - brakuje.

    I tak wróciliście do korzeni kinematografii.

    No, z grubsza, bo przecież w starych filmach nie było żadnych dźwięków. W "Wall-E" są. Wyszliśmy z założenia, że porozumiewanie się za pomocą uczuć nie wymaga słów. "Wall-E" jest historią miłosną, a dobra love story jest uniwersalna.

    Czy trudno było stworzyć bohatera robota, który poruszy ludzkość?

    Żartowaliśmy, że przed nami był tylko R2-D2, robot w "Gwiezdnych wojnach", ale jako bohater trzeciego planu. Wykreowanie postaci, która nie jest człowiekiem, a mimo to ma nas rozkochać w sobie, było wyzwaniem. To nie problem wymyślić robota, który byłby po prostu uroczy. Chciałem czegoś więcej - żeby ludzie uwierzyli, że to zardzewiałe stare pudło rzeczywiście jest zdolne do uczuć wyższych.

    Jego robocia wybranka Eve to prawdziwa cyfrowa księżniczka. Czy Wall-E to męska wersja Kopciuszka?

    Dokładnie tak! Zaprojektowałem Wall-E i Eve na zasadzie przeciwieństw. Chciałem czegoś na kształt "Annie Hall"! (słynny film Woody?ego Allena o związku obsesyjnie myślącego o śmierci komika i tryskającej witalnością kobiety). Tak, on jest zwykłym traktorem, a ona to porsche! Dzięki takiemu zestawieniu mogliśmy pokazać bardziej złożoną animację, w której jedna postać opiera się na przestarzałych rozwiązaniach z mnóstwem kółek zębatych i wymaga ciągłego oliwienia, zaś druga jest ucieleśnieniem najnowocześniejszej technologii.

    Tak jak twój film, który jest właśnie technologicznym majstersztykiem. Jeszcze dekadę temu o takich rzeczach animatorom nawet się nie śniło.

    Wiesz co? I my myśleliśmy, że dzięki komputerom praca nad nawet najbardziej wyrafinowanymi kreskówkami będzie łatwiejsza. Ale im lepsze są komputery, tym więcej od nich wymagamy i nasz apetyt na cuda rośnie. Gdy zaczynałem pracę w Pixarze w 1990 roku, było nas dwunastu i zajmowaliśmy się głównie reklamówkami. Możliwości były skromne, ale za każdym razem, gdy wpadaliśmy na świetny, ale niemożliwy do zrealizowania pomysł, ciężko nad nim pracowaliśmy, aż w końcu osiągaliśmy zamierzony efekt. I dokładnie tak samo ten biznes działa dziś. Obecnie możliwości komputerów są nieporównanie większe, ale my konsekwentnie wymagamy od nich coraz więcej. Toteż presja, pod jaką działamy, nie zmieniła się ani na jotę.

    I to widać. Ale teraz chyba koniec z presją? "Wall-E" za Tobą - cieszysz się już na kolejnego Oscara?

    Czemu nie? Ale ja nigdy nie jestem spokojny. Od początku pracy w Pixarze chodzę zestresowany. Dopiero po "Toy Story" trochę przywykłem. Chciałbym tylko zauważyć, że "Wall-E" nie jest skończony. Jak mawia John Lasseter, nasze filmy nigdy nie są skończone. One po prostu trafiają do kin, ale z robieniem animacji na komputerach jest tak, że zawsze możesz wrócić do danego pliku i go podrasować. Naprawdę ciężko powiedzieć: "OK, skończyliśmy". Z "Wall-E" jest tak samo.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama