Muniek: Przeżyłem zmęczenie graniem

    Muniek: Przeżyłem zmęczenie graniem

    Zdjęcie autora materiału

    Dziennik Zachodni

    O solowym debiucie i przyjaźni z Jankiem Benedkiem, o tym, kiedy zespół T.Love był bliski rozpadu, czego nauczył go pobyt w Londynie, i jaką rolę w jego życiu pełni Warszawa, z Muńkiem Staszczykiem rozmawia Ola Szatan
    Kilka dni temu, w poniedziałek, 15 marca ukazała się twoja pierwsza solowa płyta. Jak to jest zadebiutować ponownie po 28 latach? Zwłaszcza, że dokonałeś tego ze starym przyjacielem z Żoliborza, Jankiem Benedkiem, który kilkanaście lat temu odszedł z T.Love.
    Pewnie gdyby nie Janek Benedek, to nie popełniłbym solowej płyty, nad którą zacząłem myśleć odkąd skończyłem "czterdziestkę". To z tym facetem napisałem 17, 18 lat temu kilka dobrych piosenek.
    "King", "Dzikość serca", "Na bruku"... Zrobiliśmy coś ważnego, co windowało zespół T.Love na wyższe tory. Potem różnie układały się losy, Janek przestał grać w T.Love, spotykaliśmy się czasami artystycznie, m.in. przy ostatniej płycie T.Love "I Hate Rock'n' Roll" Janek podarował mi dwie piosenki, które zresztą potem były singlami z tego albumu. I wtedy powstał pomysł, że warto byłoby zrobić coś razem. Zaproponowałem, że będzie to solowy materiał, na co Janek od razu wyraził zgodę. Zmobilizował mnie po męsku, ścisnął jak to się mówi "za jajka" i zrobiliśmy ten album. Powstał zespół, który nazywa się "Muniek", za chwilę rozpoczną się koncerty, które toczyć się będą dwutorowo - obok występów T.Love.
    W Londynie zobaczyłem jak może wyglądać prawdziwy show-biznes
    A co z nową płytą T.Love?
    Pracujemy nad nowym materiałem już od dwóch lat, mamy około 50 pomysłów na piosenki, pewnie wyjdzie z tego wydawnictwo dwupłytowe. Z powodu mojego albumu, termin wydania nowego krążka T.Love, przesunie się na przyszły rok. Nie lubię wydawać dwóch płyt w ciągu roku, nie byłbym na to specjalnie gotowy. Nie zamierzałem jednak w związku ze swoim projektem zawieszać działalności w macierzystym zespole, bo T.Love jest dla mnie zbyt ważny.

    Był taki moment w historii T.Love kiedy jego przyszłość stała pod znakiem zapytania i kariera wisiała na włosku?
    Przynajmniej ze dwa razy. Pierwszy taki moment zdarzył się pod koniec lat 80., kiedy ja właściwie zawiesiłem działalność zespołu i wyjechałem do Londynu do pracy, bo wtedy w Polsce ciężko było wyżyć z samej muzyki. Mój syn, który teraz ma 20 lat, wówczas był jeszcze w brzuchu i miał się wkrótce rodzić, dlatego trzeba było zakasać rękawy i pojechać do roboty, na dużo gorszych warunkach niż to dzisiaj robią Polacy. I dopiero piosenka "Warszawa" dała wiarę w to, że to jest ważny, niezły i mądry kawałek, dzięki któremu można spróbować działać dalej.To był moment, kiedy T.Love nie było na scenie przez ponad rok. A drugi taki kryzys zdarzył się w trakcie realizacji ostatniej płyty "I Hate Rock'n'Roll". Myślałem wtedy, że się rozpadniemy. Stosunki między nami były tak napięte, iż myślałem, że się normalnie pozabijamy.

    Dlaczego?
    Trochę było w tym mojej winy. Przeżywałem wtedy jakieś takie zmęczenie graniem. Czasami tak jest... wsiadasz do zespołowego busa, widzisz te same twarze, nikt nie jest winny, a wszystko cię wkur... Tak wtedy było. No ale wziąłem się w garść, stwierdziłem, że więcej problemów jest we mnie niż w kolegach. To klasyczne przemęczenie materiału okupione było także odejściem Perkoza z zespołu. Potem przyszedł Janek Pęczak i już się zrobiło lepiej, chociaż zarówno z Perkozem, jak i innymi ludźmi, którzy odeszli z T.Love, mam naprawdę prawidłowe relacje i to nie jest kokieteria, bo wszyscy występowali już m.in. na koncertach jubileuszowych.

    Wyjechałeś do Londynu tylko z tego względu, żeby zarobić na chleb, czy również po to, aby spojrzeć na polską muzykę z innej perspektywy?
    Na pewno. To był wtedy inny czas, rządził PRL. Wiadomo, że dzisiaj dalej jest wielka różnica między Londynem a Warszawą, ale już nie taka. Przyjeżdżasz do miasta, które jest legendą, źródłem rock'n'rolla obok Nowego Jorku, którego wtedy jeszcze też nie znałem. To był mój pierwszy wyjazd do Londynu i starałem się żyć inaczej niż ówcześnie większość Polaków, chowających zarobione pieniądze do skarpety i jadających mielonki z puszki. Ja chodziłem normalnie na tamtejsze koncerty, które w Londynie były na porządku dziennym, a w Polsce można było o nich pomarzyć... chociażby na koncercie Iggy Popa, na Ramones, na zespole Micka Jonesa z The Clash, czy Aerosmith. Wtedy właśnie powstał ten pomysł, że jeśli zrobię zespół na nowo i T.Love znów będzie istnieć, to trzeba będzie podejść do tego w sposób bardziej zawodowy. Bo lata 80. w Polsce to przede wszystkim było wspólne balangowanie, wspólnie chlanie i palenie trawy. Nie dbało się o profesjonalizm, w tym sensie, że wielokrotnie chodziliśmy pijani po scenie. I nagle miałem okazję zobaczyć to z innej strony - wszyscy są przygotowani do tematu, wszystko brzmi, jest profesjonalne oświetlenie...

    Pobyt w Londynie wiele cię nauczył?
    Zdecydowanie tak. Przede wszystkim zobaczyłem tam, jak może wyglądać prawdziwy show-biznes. W Polsce w latach 80. prawdziwy rynek nie funkcjonował. Była świetna atmosfera do powstania tej całej niezależnej kultury, która odegrała potem ogromną rolę, natomiast politycznie to wiadomo jak było... Profesjonalnie to nie wyglądało. Poza kilkoma zespołami, które z tego się wyłamywały, że przytoczę chociażby przykład Maanamu, mającego w zasadzie zachodni potencjał, reszta to były takie amatorskie zespoliki jak nasz, które wywindowały się przez ciężką pracę i jakieś szczęście. Albo takie grupy starych zgredów jak Kombi, które grają do dziś, ale niespecjalnie były rockowe. Poza tym Londyn wyprostował mnie też prywatnie, bo nauczyłem się tam szacunku do pracy, do tego, że trzeba zapierdalać - wynosić śmieci z knajpy, zmywać gary. Nikt ci nic nie da za darmo, tylko dlatego, że jesteś jakimś tam Muńkiem. Oczywiście wtedy w Polsce nie byłem jeszcze żadną gwiazdą, natomiast w środowisku alternatywnym byłem już znaną postacią. Mogłem zawsze na konto swojej gęby pożyczyć stówkę i na przykład jej nie oddać.

    Co konkretnie robiłeś w Londynie?
    To co inni. Przeszedłem chyba wszystkie szczeble gastronomiczne na Soho. Nawet pracowałem w knajpie Billa Wymiana, która była wtedy modną knajpą basisty Rolling Stones i wszyscy tam chodzili. Dzięki temu mogłem zobaczyć na żywo cały zespół Queen z Mercurym, którzy przyszli tam na obiad. Pamiętam, że towarzyszyło temu ogromne zamieszanie. Czyli otarłem się o tak zwany blichtr, chociaż szybko mnie z tej knajpy wyrzucili, bo byłem za słaby (śmiech). Potem awansowałem do roli kelnera, pracowałem w knajpie przy stadionie Arsenalu w północnym Londynie, gdzie na długo zakotwiczyłem.... Ciepło myślę o tamtych czasach, bo w zasadzie jak teraz przyjeżdżam do Londynu, to w każdej knajpie można usłyszeć polski język, wciąż wielu Polaków szuka tam swojego miejsca. Mocno kibicuję, żeby im się udało. Londyn jest mi bliskim miejscem.

    To w Londynie powstał jeden z największych hitów T.Love czyli "Warszawa". W jakich okolicznościach - pomiędzy jednym a drugim pozmywanym garem?
    Powstała w tej knajpie przy stadionie Arsenalu. Pamiętam, że to był piątek, dzień bardzo ruchliwy, bo zbliżał się okres Bożego Narodzenia. Złapała mnie wtedy taka nostalgia... I to nie za Częstochową, moim rodzinnym miastem, a za Warszawą, w której wtedy już mieszkałem. Byłem z nią bardzo zżyty, tam została moja rodzina. Zacząłem więc wspominać... i musiałem nakłamać swoim szefom, że mam biegunkę, aby latać ciągle do kibla, gdzie na serwetkach pisałem tekst. Tak udało mi się stworzyć dwie zwrotki, a trzecią napisałem już w pokoju u siebie. Leżała tam taka zdezelowana gitara. Dzięki niej powstał jakiś prototyp muzyki, który potem Janek Benedek zupełnie pozmieniał i zrobił z niej prawdziwą piosenkę. Z perspektywy Londynu był to taki emigracyjny kawałek i może dlatego tyle uczucia ma w sobie.

    Pisałeś o Warszawie, ale nie zapominasz również o Częstochowie. W utworze "Święty", który jest najnowszym singlem promującym twoją solową płytę, zabierasz słuchaczy w podróż po swoim częstochowskim podwórku.
    Nie jestem warszawiakiem i nigdy nim nie będę. Mieszkam tu od 28 lat. Wcześniej jak byłem mały, to jeździłem do Warszawy z ojcem, który miał tu swojego przyjaciela, już świętej pamięci pana Zbyszka. Kumplowali się przez lata, bo jego rodzina po powstaniu przyjechała do Częstochowy. Dlatego Warszawa nie była mi obca. Jest na pewno drugim moim miastem po Częstochowie. Dałem wyraz szacunku dla niej na płycie Szwagrakolaski. Ale o swojej rodzinnej Częstochowie też przecież pisałem, chociażby w piosence "King". Zawsze zależało mi, żeby była równowaga.

    CV



    Zygmunt Staszczyk, czyli po prostu Muniek
    (ur. 5 listopada 1963 roku w Częstochowie). 28 lat temu założył T.Love, formację, bez której polski rock byłby uboższy i mniej kolorowy. Lider T.Love od zawsze jednak zdawał sobie sprawę z tego, że istnieje życie poza macierzystym zespołem. Poza grupą Szwagierkolaska, szukał wyzwań, u boku m.in. Myslovitz, Pidżamy Porno, Habakuka, czy Krzysztofa Krawczyka. Teraz postanowił zadebiutować po raz drugi. Jest dokładnie taki, jakim znamy go z T.Love, tylko być może bardziej dojrzały. Mniej cyniczny, z większą wyrozumiałością traktujący bohaterów swoich - jak zwykle do bólu życiowych - tekstów. Wśród muzycznych gości nie zabrakło znakomitych polskich wokalistek, m.in. Kory, Anny Marii Jopek i Ani Brachaczek.
    Koncerty w ramach promocji albumu odbędą się w całej Polsce, także na Śląsku. Muniek będzie jedną z największych gwiazd III edycji Maj Music Festival, który w dniach 7-9 maja odbędzie się na katowickim Muchowcu.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama