Krytyka głosującego rozumu

    Krytyka głosującego rozumu

    Zdjęcie autora materiału

    Dziennik Zachodni

    O paradoksach demokracji, w przededniu wyborów prezydenckich, z dr. Maciejem Potzem, politologiem z Uniwersytetu Łódzkiego, specjalistą w dziedzinie teorii i filozofii polityki rozmawia Marcin Zasada
    Po co ludzie idą na wybory?
    Motywacje są bardzo różne. Niektórzy faktycznie uważają, że mają wpływ na ich wynik i swoim głosem mogą przesądzić o zwycięstwie danego kandydata. Inni kierują się pobudkami emocjonalnymi - wybierając się do urn chcą wyrazić swoje rozżalenie bądź sympatię dla działań rządu. W grę wchodzą jeszcze czynniki związane z prestiżem, obyczajami w dużej grupie społecznej, naciskiem społecznym (nie wypada nie głosować), identyfikacja z daną partią lub kandydatem i wiele innych.
    Ludzie nie postępują racjonalnie, wierząc w moc swego głosu
    Zastanawiam się, jak swoim głosem można przesądzić o zwycięstwie danego kandydata, skoro uprawnionych do głosowania jest dokładnie 30 mln 505 tys. 68 Polaków.

    Nawet jeśli w wyborach weźmie udział połowa tej rzeszy, prawdopodobieństwo, że jeden człowiek przechyli szalę zwycięstwa, jest mniejsze niż trafienie szóstki w totka. Z matematycznego punktu widzenia szanse są niemal zerowe.

    Ale jeśli popatrzymy na sytuację z perspektywy całych grup społecznych, decyzje w ujęciu zbiorowym mogą być dla losów wyborów kluczowe. Dlatego do różnych społeczności apelują autorytety - popierające udział w głosowaniu.
    Liderzy opinii publicznej mogą wydatnie wpłynąć na te decyzje. O ile bowiem mój wpływ na innych wyborców jest stosunkowo znikomy (co z tego, że przekonam do głosowania swoją rodzinę), tak pogląd wygłoszony przez osobę wpływową na oczach milionów widzów ma zupełnie inną siłę oddziaływania, tym bardziej, że ludzie przecież najczęściej kierują się zdaniem innych. I tu mamy kolejny paradoks demokracji - z punktu widzenia przywódców politycznych nawoływanie do głosowania jest racjonalne, choć dla poszczególnych wyborców głosowanie pozostaje nieracjonalne.

    Jeden głos nie dość, że niewiele znaczy, to oddanie go w drodze świadomego wyboru obarczone jest sporymi kosztami.
    Ideałem demokracji jest świadomy, dobrze poinformowany wyborca, który nie stawia krzyżyka losowo, tylko rozumnie, czyli popiera kandydata zapewniającego największe prawdopodobieństwo realizacji celów, jakie wyborca stawia państwu. Aby było to możliwe, wyborca musiałby poświęcić mnóstwo czasu na zdobycie i przeanalizowanie potrzebnych informacji, takich jak programy partii i kandydatów, działania w poprzednich kadencjach, ich zgodność z deklaracjami... Taki wydatek należy rozpatrywać jak każdą inną inwestycję, czyli w kategoriach relacji zysków do strat. Przypuśćmy, że chcemy kupić 100 euro. Dokładnie porównujemy kursy i po godzinie znajdujemy kantor, w którym cena jest niższa o dwa grosze od pozostałych. Jaki jest bilans tego działania? Zyskaliśmy dwa złote, ale straciliśmy godzinę, w trakcie której mogliśmy zarobić na przykład 20 zł, wykonując inną pracę. Czyli inwestowanie w zdobywanie informacji opłaca się do tego momentu, gdy krańcowy przychód wytwarzany dzięki tym informacjom przewyższa krańcowy koszt ich uzyskania. Z perspektywy wyborcy, najbardziej racjonalnym posunięciem jest więc oparcie swojej decyzji na pozamerytorycznych czynnikach, bez studiowania programów i działań. Zwłaszcza, jeśli istnieje duże prawdopodobieństwo, że głos oddany "na skróty" pokryje się z decyzją podjętą w wyniku pracochłonnych analiz.
    1 »

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama