Jan Karski - bohater naszych czasów

    Jan Karski - bohater naszych czasów

    Witold Naturski

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    Mija 12 lat lat od śmierci Jana Karskiego, jednego z najwybitniejszych Polaków XX wieku.
    Pochodził z Łodzi, wielokulturowego tygla II Rzeczpospolitej. Skończył studia we Lwowie. Potem była podchorążówka, praktyka za granicą i wreszcie, w przededniu wybuchu wojny, pierwsza praca w MSZ.

    Dwudziestopięcioletni Karski stał już wtedy u progu spokojnej dyplomatycznej kariery. Nie była mu jednak pisana. Po wrześniu działał w podziemiu. Uciekł z niemieckiego transportu i sowieckiego łagru. Zbierał materiały o metodycznej zagładzie Żydów.
    Dwa razy przemykał się do warszawskiego getta, a do obozu zagłady w Izbicy wszedł w przebraniu niemieckiego oficera. Stworzył raport, który zawiózł do Londynu i Waszyngtonu. Osobiście referował go prezydentowi Rooseveltowi. Zderzył się ze ścianą obojętności.

    Do zachodnich dyplomatów i przywódców mówił językiem, jakim wkrótce napisano Kartę Narodów Zjednoczonych. Językiem nowej epoki, końca wzajemnej izolacji, początku współpracy narodów świata. Powstanie ONZ przyjął z wielką nadzieją na pokojowe współistnienie państw. Bardzo chciał pracować w tej organizacji jako przedstawiciel Polski. Ale jeszcze bardziej nie chciał iść na układy z zawłaszczającymi właśnie ojczyznę komunistami. Rozpoczął więc karierę akademicką w USA. Przez 40 lat uczył przyszłych amerykańskich dyplomatów i polityków (w tym Billa Clintona) - wykładał stosunki międzynarodowe i teorię komunizmu, pisał. Za heroiczną działalność wojenną pierwsi docenili go ci, których chciał ratować. Został odznaczony medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata.

    Po bogu i ojczyźnie najważniejsza była dla niego prawda. Jak pisał Waldemar Piasecki "był tak samo odważny wobec wroga, jak i swoich rodaków. Kompromis kończył się dla niego, gdy w grę wchodziła prawda". Dlatego potrafił krytykować, na przykład angażowanie dzieci w polski czyn wojenny. Albo, już po 1989 roku, prezydenturę Wałęsy (za co Lech się nie obraził!).

    Karski starał się być dobrym katolikiem. A to oznaczało: tak, tak i nie, nie w sprawach życia codziennego. Dziś taka postawa nie mieści się w tzw. głównym nurcie życia społeczno-politycznego. Ludzi takich nazywa się skrajnymi ortodoksami.

    Za sprawą ostatniej towarzyszki życia Karskiego, Ślązaczki Kai Mireckiej, to w Rudzie Śląskiej powstał instytut jego imienia. Zgromadzono tam pamiątki po profesorze; ma też on prawa do spuścizny intelektualnej Karskiego. Samorząd na siedzibę przekazał piękną zabytkową willę, którą remontuje.
    To, co zwykle łączy ludzi wielkich, to szczera troska o przyszłe pokolenia. Karski wierzył w siłę edukacji. Wiedział, że nawet biedne dzieci mogą zajść daleko, jeśli da im się szansę. Wspólnie z Mirecką zapraszali do USA młodych, by zobaczyli, że istnieje inny świat i jest po co się uczyć i pracować.

    Odszedł, grając w szachy. Zdążył jeszcze tę partię wygrać. Zaraz potem trafił do szpitala. Następnego dnia zmarł. Gdy wieść dotarła do Billa Clintona, prowadzącego negocjacje pokojowe między Arafatem i Barakiem, przerwał spotkanie, wstał i poprosił o minutę ciszy dla swojego profesora.
    Korzystałem z tekstu Waldemara Piaseckiego Lekcja Karskiego.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama