Polityczny lover-boy i jego nienasycenie

    Polityczny lover-boy i jego nienasycenie

    Katarzyna Kozłowska

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Janusz Palikot to kłamca. Od kilku lat tumani nas Gombrowiczem i przedstawia się jako pozytywista. Tym czasem najbardziej przypomina Genezypa Kapena z Witkacego, w dodatku podlanego romantycznym kordianowskim sosem. Palikot - jak Kapen - pędzi do przodu w nienasyceniu, wciąż się zakochuje, a co pokocha, to zaraz zniszczy. I ciągle mu mało.
    Piszemy dziś o Ruchu Obrony Palikota, który, przy założeniu, że Janusz Palikot jest pragmatycznym politykiem, miałby szansę przerodzić się w coś na kształt włoskiego Forza Italia z 1994 roku. Silvio Berlusconi, który grubością portfela i niewybrednym językiem przypomina posła z Lublina, założył wtedy ugrupowanie, z którym wchodził w liberalne koalicje, i które zagwarantowało mu władzę do dziś.

    Zasadne byłyby więc pytania: po co Palikotowi partia? Do czego dąży? Jaki stworzy program? Co będzie z tą partią robił? Czy chodzi mu o władzę, więc partnerów do współpracy będzie szukał na lewicy, licząc na to, że przebije ją w wyborach parlamentarnych 2011? Czy może Palikot chce pomóc Tuskowi, w którym - jak przyznawał - był zakochany, i to z Tuskiem będzie kooperować?
    Palikot językiem i portfelem przypomina Berlusconiego, który w 1994 roku stworzył Forza Italia. Ale Palikot to nie polityk, tylko lover-boy

    Nie będę jednak tych pytań sobie zadawać, bo Janusz Palikot pragmatycznym politykiem nie jest. Jest poppolitycznym zjawiskiem i sejmowym lover-boyem. Nie interesuje go mozolne budowanie, a jedynie widowiskowe przecinanie wstęgi.

    Palikot nie uprawia polityki, tylko kocha i porzuca. Tak jak porzucił Tuska, w którym kiedyś "się kochał", tak jak zostawił biznes, który prowadził, gazetę, której był właścicielem, komisję, którą stworzył. Dlatego jestem pewna, że Ruch Obrony Palikota znudzi go także za chwilę.

    Pamiętam, jak na zamówienie jednego z magazynów o popkulturze robiłam długi wywiad z politykiem z Biłgoraja. To był 2008 rok, Palikot był wówczas od trzech lat posłem, a od roku szefem sejmowej komisji "Przyjazne państwo". Szerszej publice znany był wówczas jako Janusz-Świński-Ryj albo Janusz-Sztuczny-Penis. Chciał się nieco upoważnić wizerunkowo, wszak postanowił właśnie zostać premierem. Wiadomo, że przywódca powinien budzić respekt, a nie tylko zaciekawienie. Wciąż wracał więc do swojej namiętności - komisji "Przyjazne państwo". Komisja na tamten moment zebrała się prawie 200 razy, rozpatrzyła chyba z 500 projektów ustaw, skierowała do laski marszałkowskiej kilkadziesiąt projektów. Plany były ogromne...
    Dziś, dwa lata później, w Palikocie nie ma namiętności do komisji. Przestał być jej szefem, zanim jeszcze skonstatowaliśmy, że oprócz instytucji konsumenckiej upadłości niewiele nam ona w ogóle dała. Dlatego śmieszą mnie dziś dywagacje na temat tego, co do przestrzeni publicznej może wnieść nowa partia Palikota. A jeszcze bardziej dziwią mnie przestrogi tych, którzy wieszczą jej (mu) upadek.

    Istota obecności Palikota w naszym życiu publicznym nie dotyczy bowiem tego co, ale jak wnosi. Otóż wnosi treści dowolne w formie politycznych zrywów i językiem hiperboli. Jak na romantyka przystało.


    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo