Mam takie ulubione miejsce w moim rodzinnym Rybniku, gdzie zawsze oglądam naprawdę piękne miasto. Owszem, to tylko fragment miasta - ulica Zamkowa i to z jednej strony.
Raczej staram się nie zerkać na boki, by nie zepsuć wrażenia. Ale faktem jest, że choć przede mną nie ma cennych zabytków, nie ma maestrii architektonicznej, nie ma wielkiej sztuki urbanistycznej, to za każdym razem cieszę się z tego widoku jak dziecko. Oto on:
I są inne miejsca - nieulubione. Gdyby zechcieć znaleźć dla nich wspólny mianownik, w głowie wyrysowałby mi się niezmieniający się od lat katowicki plac Szewczyka. Reklama na reklamie, tu zwisa plastikowy banner szkoły językowej, tam rozpięta na deskach panna zaprasza do klubu nocnego, tablica czerwona kłóci się z różową, a plakat z modną panią zakrywa implant w szczerbatej szczęce. Czyli polskie miasta w soczewce:
W czasie, gdy albo mozolnie wykuwamy PKB, albo wciąż walczymy o zdrowy kręgosłup moralny narodu, sprawa estetyki naszych miast schodzi na dalszy plan.
Jasne, że nie jest to najpilniejsza kwestia. Tym ważniejsze, że rząd poświęcił swój cenny czas i - zapewne między ministerialnym meczem futbolowym, a kolejnym rautem z dyplomatami - pochylił się nad projektem nowych przepisów wprowadzających miejski ład. W skrócie: dzięki nowemu prawu gminy będą mogły skutecznie decydować o miejscu, gdzie zawiśnie tzw. reklama zewnętrzna (czytaj: banery, plakaty itd.). I nie będzie miało znaczenia, czy to dom albo teren prywatny czy komunalny.
Brzmi pięknie, podobno przepisy mogą wejść w życie już w połowie przyszłego roku. Czy to oznacza, że zniknie ten szpetny świat pstrokatych reklam? Mam obawy, że nie, bo przepisami nie da się wyregulować dobrego gustu. No i jest kwestia ekonomiczna. Już dziś plastycy miejscy czy konserwatorzy zabytków mogą walczyć o to, by centra były ładne. Oczywiście, przepisy ich trochę ograniczają, ale przy odrobinie sprytu…? Tyle że chyba wciąż powszechne jest przekonanie, że warto wydać zgodę na baner na kamienicy, bo przecież trzeba firmom pomóc się reklamować, bo przecież zatrudniają ludzi, bo przecież każdy chce żyć, a w ogóle co my tu z estetyką wyjeżdżamy, skoro oni walczą o pozyskanie klienta i przeżycie do pierwszego...
W rozmowie z pewnym świetnym wrocławskim dziennikarzem i krytykiem - człowiekiem o niezwykłym poczuciu estetyki, które każe mu nawet na rowerze jeździć w swetrze od Burberryego - usłyszałem cytat z Potęgi smaku Herberta. Poeta ów - jak może niektórzy pamiętają ze szkoły - zauważał, że ...estetyka może być pomocna w życiu i w ogóle nie należy zaniedbywać nauki o pięknie. Wiersz Herberta jest oczywiście znacznie bogatszy w znaczenia, ale dla zgrabnego podsumowania rozmowy nam wtedy wystarczył.
I może dobrze, by wystarczył też do podsumowania tych kilku zdań. Co Państwo sądzą o estetyce naszych miast? Czy jesteśmy skazani na pstrokaciznę? A może macie swoje miejsca, podobne do tego, które ja mam w Rybniku? Zapraszamy do dyskusji, czekamy na listy, także te elektroniczne (redakcja@dz.com.pl)