Ratują bez pieniędzy i paliwa

    Ratują bez pieniędzy i paliwa

    Magdalena Nowacka

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    WOPR-owcy biją na alarm. W tym sezonie w Zagłębiu utonęły już cztery osoby. Trzy w powiecie będzińskim, jedna w Dąbrowie Górniczej. W całym województwie ofiar jest już dwadzieścia cztery.
    Jak twierdzi Krzysztof Zbrojkiewicz, wiceprezes Śląskiego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, to więcej niż w takim samym okresie ubiegłego roku. Picie alkoholu na plaży, brak ostrożności, wypływanie bez kamizelek, to tylko niektóre z grzechów osób korzystających z kąpieli. Woprowcy robią co mogą, ale mimo chęci do pracy nie wszędzie mają wsparcie gmin.

    - Pracujemy charytatywnie, bo nie ma pieniędzy na etat dla ratownika.
    Dlatego najbezpieczniej jest tu podczas weekendów. W pozostałe dni tygodnia staramy się aby ktoś tu był, ale ludzie albo pracują, albo są na urlopach. A ponieważ dyżurują za darmo, trudno wymagać od nich pełnej dyspozycyjności - mówi Janusz Prętkiewicz, szef będzińskich ratowników.

    To nie jedyny problem woprowców z powiatu będzińskiego.

    - Dostajemy miesięcznie pięćdziesiąt litrów paliwa. Mamy kilka motorówek, wśród nich jedną nową od zarządu Śląskiego WOPR, reszta wyremontowana własnym sumptem. Na tak duży obszar potrzebny jest przynajmniej podwójny patrol. Cóż z tego, kiedy po dwóch weekendach nie mamy już na paliwo. Dokupujemy z własnych składek - mówi Prętkiewicz.

    Trzeci problem to brak łączności.

    - Napisałem setki pism do samorządowców z powiatu będzińskiego z prośbą o pomoc. I to nie tylko w tym roku, ale piszę już od lat. Odpowiedź zawsze ta sama. Brak pieniędzy. Nikt sobie nie zadaje pytania, jak to przeliczyć na ludzkie życie - mówi Prętkiewicz.

    Brakuje nawet łączności. Ratownicy liczyli na obiecane radiotelefony. By mieć kontakt z wody z kolegami na lądzie. Tymczasem i tu cisza.

    - Podobno starostwo miało nam je dać, za pośrednictwem gminy Mierzęcice. Zwróciłem się do wójta, ale bez rezultatu - mówi Prętkiewicz. W końcu sam kupił telefon komórkowy, z własnych pieniędzy, na kartę. Ale to sprawy nie rozwiązuje. Zwłaszcza, że telefon alarmowy ( o numerze 660-792-299) jest jeden.

    Krzysztof Kobiałka, wójt Mierzęcic, na terenie których znajduje się część Zalewu Siewiersko-Przeczyckiego twierdzi, że gminy nie stać na pomoc ratownikom. Ale pośrednikami mogą być.

    - Wystąpiliśmydwa tygodnie temu z pismem do starostwa z prośbą o przekazanie pieniędzy na zakup radiotelefonów. Na razie odpowiedzi nie ma. Jak tylko dostaniemy pieniądze, na pewno je przekażemy ratownikom - zapewnia wójt. Twierdzi także, że aby uwzględnić pieniądze na pomoc ratownikom, powinni występować o nią już poprzedniego roku jesienią.

    - My występujemy o to od kilku lat - podkreśla Janusz Prętkiewicz.

    - Sprawa radiotelefonów będzie zakończona pozytywnie - zapewnia tymczasem Adam Lazar, starosta powiatu.

    W miastach ościennych ratownicy na pomoc od gminy nie narzekają.

    - Różnie z tym bywa. Ale oddział w Częstochowie dostaje trochę pieniędzy od miasta na sprzęt. Najwięcej pomaga Urząd Marszałkowski - mówi Zbrojkiewicz.

    Nie narzekają ratownicy w Dąbrowie Górniczej.

    - Pomaga nam zarówno Urząd Miejski jak i Centrum Sportu Rekreacji. Dostaliśmy dotację w wysokości około dwudziestu tysięcy złotych - mówi Andrzej Latosik, szef dąbrowskich ratowników.

    Połowy tegorocznych wypadków można było uniknąć, gdyby nie alkohol.

    - To plaga - przyznaje wiceprezes Zbrojkiewicz. - Kolejna przyczyna tragedii to brak osób dorosłych opiekujących się dziećmi nad wodą, którymi zajmują się koledzy lub starsze rodzeństwo - mówi Zbrojkiewicz.

    W ciągu jednej niedzieli na Zalewie Siewiersko- Przeczyckim ratownicy interweniowali siedem razy. Od początku sezonu - około pięćdziesiąt.

    - Mamy dwa razy więcej interwencji niż przed rokiem. Ostatnio wywróciła się żaglówka, na pokładzie były dwie osoby dorosłe i trójka dzieci. Zmieniła się pogoda, powiał wiatr. Na szczęście zdążyliśmy im pomóc - mówią ratownicy Edward Braumberger, Krzysztof Głód i Grzegorz Borgulat.

    W minioną sobotę kilka razy zwracali uwagę kajakowiczom, którzy płynęli bez kamizelek. - W tym roku plagą są też pływający na pontonach kupionych w marketach. Taki sprzęt jest zwykle fatalnej jakości i nadaje się do pływania w basenie, a nie na jeziorach - podkreślają WOPR-owcy.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama