Ważne
    I wojny światowa: Presja, "rycerskość" i wyuczone formułki....

    I wojny światowa: Presja, "rycerskość" i wyuczone formułki. Żołnierze nie wiedzieli, dlaczego walczą

    Ben Macintyre

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Brytyjscy ochotnicy
    1/13
    przejdź do galerii

    Brytyjscy ochotnicy ©Fot. Wikipedia

    Inaczej niż współcześni żołnierze ich poprzednicy z I wojny światowej ruszali na front, nie mając pojęcia, dlaczego żąda się od nich walki. Dobitnie pokazuje to lektura listówz okopów I wojny.
    Czy wojna w Afganistanie warta była swojej ceny? Czy warto było zapłacić cenę za I wojnę światową? Oba te pytania nieuchronnie uderzają nas, gdy zbliżamy się do końca udziału w pierwszym z tych konfliktów, a patrzymy w tył na drugi. Dzieli je całe stulecie.

    W Wielkiej Brytanii trwa debata na temat moralnych i politycznych przyczyn udziału w I wojnie światowej. Napotykamy tu jednak niebezpieczeństwo pominięcia kluczowej i głęboko przejmującej kwestii - ogromna większość uczestniczących w niej żołnierzy nigdy nie podważała jej zasadności.
    Nigdy nawet nie myśleli o jej usprawiedliwieniu czy braku tego typu usprawiedliwienia. Nikt od nich tego nie wymagał. W istocie, I wojna światowa stanowiła ostatni wielki konflikt, w którym brytyjscy żołnierze walczyli, zupełnie nie rozumiejąc politycznej stawki własnej wojaczki i trudu.

    Od wielu już lat toczy się też inny spór - czy nasza ostatnia wojna w Afganistanie, w której udział wzięło tyle państw, była wojną usprawiedliwioną. Dyskusje na ten temat będą trwały jeszcze długo po jej zakończeniu.

    Jednak dziś mamy do czynienia ze sprawą o znaczeniu kluczowym - inaczej niż ich poprzednicy sto lat temu, zwykli żołnierze służący na afgańskich bezdrożach mogą zabierać głos w debacie.

    Lektura ogromnej większości listów wysyłanych z okopów I wojny światowej wskazuje na jedynie powierzchowne rozumienie tego, czego właściwie ona dotyczyła. Nie znajdujemy w nich żadnych aluzji i odniesień do równowagi sił w Europie, międzynarodowych sojuszy Wielkiej Brytanii, ambicji cesarza Wilhelma II, wyścigu zbrojeń czy leżących u podstaw konfliktu poglądów na militaryzm, imperializm lub nacjonalizm.

    Autorzy często natomiast skarżą się na samą naturę wojny, brak wygód i skuteczności działań. Jednak nigdy, choćby nawet nie wprost, nie kwestionują słuszności sprawy czy prawa rządu brytyjskiego do wysyłania na front zwykłych ludzi, aby tam zań ginęli.

    Zamiast tego w korespondencji roi się od aluzji pod adresem króla i kraju, Boga i honoru, domu i domowego ogniska. Ruszają nas one tym bardziej, że widać, że żołnierze wyuczali się ich na pamięć. Odniesienia do postaw rycerskości i patriotyzmu brzmią w naszych uszach niemal jak echo średniowiecza. Niedawno czytałem ostatni list napisany przez pewnego szeregowca tuż przed jego śmiercią. Pisał o sobie w trzeciej osobie: "Odważny brytyjski żołnierz nie boi się śmierci". Jak gdyby rację walki stanowiło samo męczeństwo.

    Wojnę postrzegano na sposób manichejski. Oto iście epicka walka dobra ze złem. Powodowani poczuciem misji moralnej sojusznicy stoją naprzeciw chciwych łupów Hunów. W oczach wielu żołnierzy cały problem kończył się na słowach ze szkodliwego w swojej wymowie wiersza XX-wiecznego angielskiego poety Henry'ego Newbolta "Vitai Lampada" (Przekazywanie pochodni życia). Jego słowa traktujące wojnę jak rodzaj gry czy meczu przyczyniły się do wysłania na śmierć tak wielu młodych ludzi - bez skargi i bez zrozumienia. W oczach autora wojna stawała się chwalebnym i męskim sportem.

    Mężczyźni szli na wojnę przede wszystkim z powodu niezwykle intensywnej społecznie, politycznej i religijnej, presji, aby postępowali w ten sposób. A także z powodu psychologicznego terroru, że jeśli tego nie zrobią, zaliczy się ich do tchórzy.

    Stawali do walki, bo patrzący na nich z tysięcy plakatów groźnym wzrokiem marszałek polny i polityk lord Horatio Kitchener mówił im, że ojczyzna ich potrzebuje. A również i dlatego, że gdyby postępowali inaczej, uznałoby, że unikają służby.

    Symbolem tej intensywnej, brutalnej i często niezrozumiałej presji stał się założony w 1914 r. przez admirała Charlesa Fitzgeralda Order of the White Feather (Zakon Białego Pióra). Dodajmy, że wysiłki tego wojskowego ochoczo wsparły czołowe ówczesne pisarki Mary Ward i Emmy Orczy. Członkinie tej organizacji zachęcano, aby każdemu próbującemu wykręcić się od werbunku - czytaj: chodzącego po cywilnemu - mężczyźnie wręczać jako oznakę tchórzostwa białe pióro. Fakt ten miał ich po prostu stygmatyzować. Stanowić powód do wstydu. Była to kampania wyjątkowo paskudna i wredna. Prowadzące ją kobiety siedziały bezpiecznie w domu, a powołując się na najwyższe racje moralne próbowały zmuszać innych do narażania się na niebezpieczeństwo.
    1 »

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama