Ivanović, Djoković, Rivaldo... Oni trenowali po szopach

    Ivanović, Djoković, Rivaldo... Oni trenowali po szopach

    Hubert Zdankiewicz

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Trenujemy po szopach - wypalił Jerzy Janowicz po meczu Pucharu Davisa z Chorwacją i wywołał medialną burzę. Jedni go skrytykowali, inni poparli. Jeszcze inni wyliczyli, ile otrzymał w ostatnich latach dofinansowania i wyszło na to, że akurat jego szopa jest dość... ekskluzywna. Przynajmniej z punktu widzenia przeciętnego człowieka (według Natemat.pl w ostatnich latach tylko miasto Łódź wydało na nią 10 mln zł). Generalnie jednak Janowicz ma rację - wielu znanych sportowców zaczynało w szopach albo innych "sympatycznych" miejscach. Nie tylko tych z naszego kraju.

    - Mogę wam powiedzieć prawdę - przez kilka lat w tenisa grałam w... basenie - przyznała w 2007 roku Serbka Ana Ivanović po awansie do finału Roland Garros. - W zimie spuszczano z niego wodę, układano dywan i tak powstawały dwa korty. Nie można było grać krosów, bo ściana była za blisko. W takich warunkach przez kilka lat trenowałam każdej zimy, zanim wyjechałam do Szwajcarii. Latem było dużo lepiej, bo kortów ziemnych nie brakowało, ale dobrych tenisowych hal do dziś w Serbii jest niewiele. Najtrudniej było w roku 1999, nie wiedzieliśmy, jak długo potrwają bombardowania. Trudno było wówczas myśleć o tenisie i marzyć o finałach Wielkich Szlemów - dodała była nr 1 kobiecego tenisa.

    Jej historia nie jest w tej części świata żadnym ewenementem, bo wojna na Bałkanach skomplikowała życie wielu tamtejszym sportowcom. Jedni musieli udawać, że się nie znają, jak dwaj piłkarze: Chorwat Zvonimir Boban i Czarnogórzec Dejan Savicević, żeby nie prowokować nacjonalistów w swoich krajach (nie było to łatwe, jeśli się pamięta, że obaj grali przez kilka lat w AC Milan i nieraz jeden strzelał gole po podaniach drugiego). Inni - jak chorwacki tenisista Ivan Ljubicić - musieli w dzieciństwie uciekać z ojczyzny, bo bali się o swoje życie.

    Były nr 3 na świecie opuścił rodzinną Banja Lukę w wielu 13 lat. - Początkowo planowaliśmy wyjechać tylko na parę miesięcy, aż sytuacja się uspokoi. Wylądowaliśmy w obozie dla uchodźców w Chorwacji. Ojca nie widziałem przez następne sześć miesięcy, nie wiedziałem nawet, czy jeszcze żyje - wspomina tenisista, który ostatecznie wylądował we Włoszech. Miejscowy klub zaoferował pomoc grupce zdolnych chorwackich tenisistów, a Ljubicić był już wtedy jednym z najlepszych juniorów w swoim kraju. Wracający do domu rodzice uznali, że tak będzie dla niego najlepiej.

    - Kochałem tenis, ale to był dla mnie bardzo trudny czas. Przez pierwsze trzy miesiące nie mogłem nawet odwiedzić rodziców, a ja miałem 14 lat i bardzo za nimi tęskniłem. W dodatku nigdy wcześniej nie byłem za granicą - opowiada półfinalista Roland Garros z 2006 roku.

    Pod górkę miał również Novak Djoković, którego w wielu 12 lat rodzice zawieźli do Niemiec do słynnej akademii Nikiego Pilicia. Z dala od domu wytrzymał jednak tylko dwa lata, a gdy wrócił do Belgradu, zaczynały się właśnie naloty NATO (trwała wojna o Kosowo).

    - Pierwszych kilkanaście dni spędziliśmy w domu, bo baliśmy się bombardowań - wspominał po latach jego ojciec Srdjan Djoković. - Później doszliśmy jednak do wniosku, że nie spędzimy reszty życia w schronie. Novak wrócił na kort i nie opuścił ani jednego treningu, choć przecież widząc w gazetach nazwiska naszych znajomych i przyjaciół, którzy zginęli, na pewno się bał - dodał.

    Legendy można opowiadać o trudnych początkach lekkoatletów rodem z Afryki. Albo o brazylijskich gwiazdach futbolu. Nie tylko tych z epoki Pelego czy Garrinchy. Słynny Rivaldo - mistrz świata z 2002 roku - dzieciństwo spędził w tzw. faweli, dzielnicy biedy. Był jednym z ośmiorga dzieci państwa Ferreira. Mieszkali w baraku z kartonu i blachy, a największym marzeniem laureata Złotej Piłki France Football z 1999 r. było pójście do szkoły, bo tam mógł za darmo zjeść bułkę i napić się mleka. Nierzadko był to jego jedyny posiłek w ciągu dnia. Gdy miał 12 lat, z powodu niedożywienia i braku witamin stracił wszystkie zęby.

    Do futbolu trafił w wieku 16 lat, a więc stosunkowo późno. Za sprawą ojca, który uparł się, że jego syn zostanie piłkarzem.
    - On wskazał mi drogę i kazał nią iść, chociaż ja miałem inne plany - wspominał po latach gwiazdor Barcelony. Pierwsze zarobione pieniądze wydał na... sztuczną szczękę.

    Na rodaka Rivaldo, Robinho, wołano w dzieciństwie "Neguinho do Cemi" (czarny dzieciak z cmentarza) Powód? Właśnie tam strzelał pierwsze bramki w swoim życiu. To było jedyne w okolicy jego rodzinnego domu miejsce nadające się do gry w piłkę. Nie przeszkodziło mu to w przyszłości zostać gwiazdą Santosu i Realu Madryt. Takich historii jest mnóstwo.

    Krótko mówiąc - Janowicz nie ma co narzekać.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama