Małżeństwo z Mysłowic dwa tygodnie spędziło w kajaku....

    Małżeństwo z Mysłowic dwa tygodnie spędziło w kajaku. Dopłynęli aż do Gdańska [ZDJĘCIA]

    Monika Chruścińska-Dragan

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    Mysłowiczanin Jacek Paris z sercem z węgla, które razem z żoną przekazali dla kaplicy św. Barbary w Gdańsku
    1/53
    przejdź do galerii

    Mysłowiczanin Jacek Paris z sercem z węgla, które razem z żoną przekazali dla kaplicy św. Barbary w Gdańsku ©arc. prywatne

    13 dni wiosłowania, ponad tysiąc kilometrów i jeden kajak. Mysłowiczanie Monika i Jacek przepłynęli Wisłą do Gdańska. Za rok Paryż?
    Nie dla bicia rekordów, sławy, ani pieniędzy. Tylko dla siebie i... przygody. Może jeszcze trochę dla nazwiska. W końcu Paris w dowodzie zobowiązuje, śmieją się mysłowiczanie. A tak poważnie to państwo Parisowie dopiero co wrócili z Gdańska, do którego wybrali się kajakiem.

    Jacek Paris jest górnikiem w kopalni Staszic, Monika - fryzjerką, prowadzi własny zakład. Są rodzicami 12-letnich bliźniaków, Julii i Alana. Porzucili jednak na dwa tygodnie domowe pielesze, spakowali na dmuchany kajak wodoodporny telefon z nawigacją, porządną latarkę,liofilizowane zupki, wyrzeźbione w węglu serce dla kaplicy św. Barbary w Gdańsku i wypłynęli.

    Pierwszy pan Jacek. Wsiadł na kajak już na Przemszy w Mysłowicach. - Bo jak mam już wypływać w rejs, to tylko stąd - śmieje się. Zainspirowała go historia Andrzeja Sapoka, budowniczego statku "Katowice", który pod koniec lat 20. XX wieku przepłynął Wisłę od Oświęcimia do Gdańska. Za przewodnik wziął m.in. dostępny w interne-cie opis podobnego spływu z 2008 roku. Przestudiował mapy, rozmawiał z operatorami śluz na Wiśle i zaproponował "wycieczkę". Najpierw dzieciom. Ale to pani Monika uparła się, że podejmie wyzwanie. - Powiedziałam: dlaczego mnie nie zapytasz - opowiada. - Lubię sobie stawiać wyzwania i tak też ten rejs potraktowałam - wyjaśnia.

    Łatwo nie było. Pani Monika dołączyła do męża pod Oświęcimiem. Dziennie pokonywali wiosłując 80 km. Zygzakiem, aby ominąć mielizny. Jedli najczęściej w łodzi, spali i palili ogniska przy brzegu rzeki. Pięknej i dzikiej, bo jak podkreślają, Wisła w zasadniczej części różni się od tej, którą znamy z Krakowa.

    - Od Sandomierza do Bara-nowa Sandomierskiego robi się bardziej dzika. Są wyspy, mielizny, ogromne korzenie, praktycznie trzeba płynąć zygzakiem, pokonując nieraz trzy razy więcej kilometrów - opowiada pani Monika. Od Płocka z kolei przywodziła Parisom na myśl bardziej morze niż rzekę. - Wiał silny wiatr, wiosłowaliśmy, ile sił i staliśmy w miejscu. Fale były ogromne, woda wdzierała się do kajaka, nie wiedzieliśmy, czy nie rzucić wioseł i jej nie wybierać - opowiada pan Jacek.

    - Bez żony bym nie dopłynął. Gdyby chciała, zawróciłbym - przyznaje. Z pomocą przyszli im dopiero policjanci, którzy podholowali mysłowiczan do zapory we Włocławku. Później było już tylko łatwiej. Do Gdańska dopłynęli na żaglu. Tam złożyli serce z węgla pod ołtarzem św. Barbary. Tak jak sobie założyli. I wrócili do Mysłowic. Ale już samochodem.


    *Mundial 2014: Pełne składy wszystkich zespołów grających na Mundialu 2014
    *2500 górników na bruk w Kompanii Węglowej. To tragedia!
    *Basen Ruda w Rybniku najpiękniejszy w Polsce? ZOBACZ ZDJĘCIA
    *Elementarz: Bezpłatny podręcznik POBIERZ PDF

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo