Ważne
    Kaskaderzy, czyli ludzie od zadań specjalnych. Kim są? Jak...

    Kaskaderzy, czyli ludzie od zadań specjalnych. Kim są? Jak wygląda ich praca?

    Dorota Kowalska

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Ich zawód obrósł legendą. Sami kaskaderzy mówią, że głupich w tej profesji nie widać, bo ich praca bardzo szybko weryfikuje człowieka. Muszą umieć oszacować ryzyko, na planie filmowym biorą odpowiedzialność nie tylko za siebie.
    Kaskaderzy zawsze albo prawie zawsze zaczynali do sportu. Są wśród nich judocy, pływacy, piłkarze nożni, wielu kończyło Akademię Wychowania Fizycznego.

    Kaskaderzy zawsze albo prawie zawsze zaczynali do sportu. Są wśród nich judocy, pływacy, piłkarze nożni, wielu kończyło Akademię Wychowania Fizycznego. Ten zawód wymaga świetnej formy, także fizycznej

    Ryszard Janikowski, kaskader i koordynator kaskaderów, reżyser scen akcji, scenarzysta. Jako kaskader ma na koncie prawie 300 filmów. Współpracował między innymi z Romanem Polańskim, Franco Zeffirellim, Rennym Harlinem. W 1990 r. wraz z utworzoną przez siebie grupą o nazwie "Pirate Gang" zdobył Grand Prix Złoty Anioł na międzynarodowym festiwalu kaskaderów w Tuluzie. - Dla wielu osób w środowisku ta nasza wygrana była wielkim szokiem - przyznaje dzisiaj Janikowski. - I jak to w Polsce, co niektórzy zaczęli szeptać, że wygraną żeśmy sobie załatwili. Jak? Że pewnie Polański nam pomógł, bo grałem u niego - dodaje ze śmiechem. Czternastu członków jury musiałby Polański przekonać do Polaków!


    U niego, jak u wielu kaskaderów, pomysł, żeby bawić się tak niebezpiecznie zrodził się w dzieciństwie. Widział "Dublera" z Belmondo w roli głównej, dużo czytał, zwłaszcza literaturę akcji i przygody. Czasy były, jakie były - każdy szukał ucieczki w marzenia. Każdy chciał być bohaterem romantycznym. No i był zawadiaką , trochę krnąbrnym zresztą. Od dziecka interesował się sportem: pływał, trenował judo. Grał w piłkę nożną w KS Włókniarz i Boruta. Dobry był. Miał 16 lat i szansę zostania rezerwowym bramkarzem pierwszego zespołu I ligowego ŁKS-u, zmieniałby na boisku Jana Tomaszewskiego. Ale jakoś tak się złożyło, że nie pojechał na obóz sportowy. Nie dogadał się z działaczami. Sam nie wie dlaczego, wydawało mu się, że za mało o niego walczą. Cóż, błędy młodości!

    Więc wyszło, że będzie kaskaderem. I dzisiaj chyba nie żałuje. Zwiedził kawał świata. Na planach filmowych spotykał najlepszych polskich aktorów, międzynarodowe gwiazdy, gdzieś obok niego stali Plácido Domingo, Geena Davis, Matthew Modine, Steven Seagal, Rutger Hauer, Walter Matthau, Damian Thomas, Charlotte Lewis.

    Przeżył swoje. Chociaż właściwie tylko raz było naprawdę niebezpiecznie, no i bolało jak diabli. Pirotechnik pospieszył się o ułamek sekundy i właściwie wysadził go w powietrze. Palił się niczym żywa pochodnia, ale grał do końca. Zgodnie ze scenariuszem sceny. Położył się i czekał, aż koledzy go zgaszą, dając jedynie umówione sygnały, że nie poszło, jak powinno pójść. Wylądował w szpitalu z poważnymi poparzeniami. Powinien leżeć z pół roku, wyszedł po trzech miesiącach. Na nogach wciąż ma blizny.

    Pamięta też dość zabawne sytuacje. Był chyba rok 1982, nikt jeszcze nie zrobił skoku z 20-metrowej wieży, na potrzeby filmu zrzucano z takich wież manekiny. Podpatrzył w amerykańskich filmach o kaskaderach, jak to zrobić - trzeba było na ziemi położyć tekturowe pudła, które amortyzowały upadek, oczywiście odpowiednio je ustawić. Poprosił produkcję, żeby mu takie pudła załatwili. - No i przychodzi jakiś chłopak, przynosi dwa pudełka po butach i pyta: "Mogą być takie?" - śmieje się, gdy to opowiada.

    Tak, za komuny trzeba było nieźle kombinować. - Ale za to pewne rzeczy były dość jasno określone. Kaskaderami opiekowała się Dyrekcja Zespołów Filmowych, organizowane były szkolenia. Jakie one były, takie były, ale się odbywały. Istniał jakiś system kwalifikacji: szkolenia, kursy, potem zdobywało się certyfikaty i prawo pracy w tym zawodzie - tłumaczy.

    Dzisiaj każdy może zostać kaskaderem. Wystarczy, że zatrudni go w tym charakterze producent filmu. Mądrzy wybierają najlepszych, bo wiedzą, że to oni biorą odpowiedzialność za bezpieczeństwo na planie. Ale niektórzy próbują oszczędzać albo załatwić pracę znajomym.

    - Dzwoni do mnie pewnego dnia jedna z producentek i pyta, co ma robić. Bo reżyser, jako koordynatora kaskaderów chce zatrudnić taką a taką osobę, bez doświadczenia i kwalifikacji, a jej radzili, żeby mnie wzięła. Stwierdziłem, że rzeczywiście osoby nie znam i radziłbym, żeby jednak wzięli kogoś sprawdzonego. Ale reżyser się uparł i wie pani, jak to się skończyło? Zatrudnił tego, kogo chciał, a bardziej niebezpieczne sceny usunięto ze scenariusza filmu - opowiada Janikowski.

    A tymczasem z tym zawodem jest tak, jak z każdym innym. Trzeba się szkolić i rozwijać cały czas, oczywiście jeśli profesjonalnie podchodzi się do tej roboty. - Chociaż potrzeby naszej polskiej kinematografii są, jakie są, nie zachęcają do rozwoju zawodowego - mówi Ryszard Janikowski. - Z drugiej strony rozwój nowych technologii, możliwość obróbki komputerowej ułatwia nam pracę, możemy minimalizować ryzyko i robić naprawdę fajne rzeczy - dodaje.

    Każdy widz doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Scena kaskaderska to nie tylko kaskader, to efekty specjalne, odpowiednie ujęcia, praca kamery. Większe pieniądze to lepsze tło dla ich popisów.

    Produkcje, które darzy szczególnym sentymentem? Musiałby ich wymienić kilkanaście. Ale ważnym życiowym doświadczeniem była właśnie praca u Polańskiego przy "Piratach". Miał wtedy możliwość zobaczenia, jak robi się wielkie, światowe, profesjonalne kino. Inny świat, inne pieniądze. Pracowali u Polańskiego 9 miesięcy, w Polsce średnionakładowy film, to ok. 52 dni zdjęciowe, superprodukcja - jakieś trzy miesiące.

    - No i zobaczyłem, jak na Zachodzie ceni się ten zawód, jakim darzy się go szacunkiem. Obserwowałem czołówkę światową kaskaderów, kiedy byli na planie, cała ekipa była tam z nimi - opowiada.

    Co jest w tym zawodzie najważniejsze?

    - Zdecydowanie najważniejsza jest umiejętność oceniania ryzyka. Ryzykujemy nie tylko swoje życie i zdrowie, ale też zdrowie i życie ludzi, z którymi współpracujemy - tłumaczy. - Głupich w tym zawodzie nie widzę, bo to taka praca, która bardzo szybko weryfikuje człowieka - wzrusza ramionami.

    Ale też kaskader to zawód najwyższego ryzyka. Lista przedmiotów z egzaminu kaskaderskiego jest całkiem spora: ewolucje przy użyciu efektów pirotechnicznych, walka z użyciem broni białej, jazda konna, skoki i upadki z wysokości, pływanie oraz sporty i sztuki walki, a także, do wyboru, trzy spośród następujących dziedzin: akrobatyka sportowa, alpinizm, spadochroniarstwo, lotniarstwo, płetwonurkowanie, żeglarstwo, sporty motorowe, narciarstwo wodne oraz narciarstwo.

    Piotr Jarkowski, 43 lata, kaskader i nauczyciel koni. Prowadzi agroturystykę koło Pomiechówka: ma dziewięć koni i całą rzeszę wielbicieli, którzy przyjeżdżają do niego uczyć się na nich jeździć. Od dzieciństwa lubił zwierzaki, ojciec był rolnikiem, więc miał z nimi kontakt od małego.Na rynku jest ich około dwudziestu, to elita polskich kaskaderów. Znają się i szanują, pracują razem od lat

    Było całkiem naturalne, że konie to będzie jego przyszłość. Zrobił papiery instruktorskie, potem znajomy zainteresował go kaskaderką. - Zawsze umiałem się z końmi dogadać, bo z nimi trzeba się dogadywać - tłumaczy cierpliwie. - To zwierzę płochliwe, roślinożerca, boi się drapieżników. Najważniejsze, żeby zaczął uważać człowieka za przewodnika stada. I nabrał do niego zaufania - opowiada.

    Te początki kaskaderki były trudne, uczył się od starszych kolegów, jak oni wszyscy. I zaczął grać, w "Wiedźminie", "Świadku koronnym", "1920. Wojna i miłość", "Dzwonach wojny", w obrazach, w których wojownicy pędzili na swoich rumakach. Grał on i jego konie. Bo jego równie ważnym zajęciem jest przygotowanie zwierząt do udziału w filmach.

    Wcześniej, kiedy podczas jakiejś rekonstrukcji bitwy czy konnego pościgu koń miał upaść, stosowało się mały trik. Obwiązywało się sznur wokół kopyta, ciągnęło go wzdłuż nogi konia aż do siodła. Żeby nie było sznurka widać, przyklejało go się do końskiej skóry taśmą. Gdy koń galopował i podnosił nogę, jeździec pociągał się za sznurek, zwierzak nie mógł już wyprostować nogi. Upadał, często łamiąc kark. Trzeba było dobijać biedaka.

    - Uczę konie wszystkiego: upadania, siadania, kładzenia się, atakowania innych, zrzucania ludzi z siodła, stawania na dwóch nogach - wylicza Jarkowski. - Na początku uczy się w formie zabawy, koń musi wszystko dobrze zapamiętać. Takie szkolenie trwa około roku, czasami półtora roku - mówi.

    Oczywiście niczego nigdy nie można robić na siłę. Do niczego konia zmuszać, bo zawsze obróci się to przeciwko przewodnikowi stada. No i rzecz jasna, nie każdy koń nadaje się do aktorstwa.

    Jednym z najtrudniejszych zadań jest oswojenie zwierzaka z ogniem, konie boją się go ponad wszystko. On potrafi nauczyć je nie tylko wchodzić w płomienie, ale nawet pozwolić tym płomieniom biegać po własnym grzbiecie.

    - To przydatne, gdy potrzebne jest ujęcie, kiedy jeździec i koń płoną - opowiada. - Do takich scen trzeba wziąć konia, który nie będzie się bał ognia na sobie. Smaruje się wtedy zwierzaka odpowiednimi żelami, żeby się nie poparzył i podpala - dodaje.

    Oprócz tego, że razem ze swoją gromadą gra w filmach, organizuje pokazy rekonstrukcyjne i plenerowe. Odtwarza odsiecz wiedeńską czy zdobycie Malborka, bierze udział w historycznych imprezach.

    Wypadki? Raz jeden siodło mu się przekręciło i wylądował pod koniem, ale zwierzak go nie stratował.

    - W tej pracy najważniejsze są zdrowy rozsądek, umiejętności i odpowiednie podejście do konia - wylicza. - Zdarzało się, że odmawiałem niektórych scen. Jesteśmy od tego, żeby rozbić z końmi przeróżne rzeczy, ale czasami reżyserów ponosi fantazja. Dla mnie najważniejsze jest zdrowie moje i konia - mówi.Zwierzęta także szkoli się na aktorów. Piotr Jarkowski, oprócz tego, że sam jest kaskaderem, uczy konie upadać, kłaść się, atakować ludzi, zrzucać ich z siodła. Najtrudniej oswoić konia z ogniem, bo konie panicznie się go boją. Ale to także się udaje

    Trudno mu wskazać produkcję dla siebie szczególnie ważną. Były różne filmy, w każdym zdarzyło się coś ciekawego. W "1920. Wojna i miłość" jest świetna ekipa, zaprzyjaźnili się na planie.

    Po pracy też ciągle w siodle. Uczy jazdy konnej. Ale przynajmniej trzy razy w tygodniu znajduje czas dla siebie i swoich zwierzęcych towarzyszy. - W tym zawodzie cały czas trzeba być w formie - mówi.

    Tyle znajduje czasu na rozmowę, wciąż zabiegany. Właśnie przyjechały do niego dzieciaki na obóz, już zaprzyjaźniły się z jego czworonożnymi aktorami.

    Polacy liczą się na świecie, dobrych kaskaderów mają Amerykanie, Anglicy, Czesi. Ale najsłynniejsza kaskaderska rodzina na świecie to rodzina Armstrongów. Pochodzący z Wielkiej Brytanii śmiałkowie potrafią, jak sami mówią nieskromnie, zrobić wszystko. Jeśli ktoś nie wierzy, niech popatrzy na "Mission Impossible", przygody Indiany Jonesa czy perypetie Jamesa Bonda. Od lat wielu wróżono im koniec, bo w studio komputerowym można dziś zastąpić człowieka w najtrudniejszych sytuacjach, ale oni się tylko uśmiechają. Ludzie kochają realizm, zawsze będą potrzebni. Janikowski miał jeden wypadek. Pirotechnik pośpieszył się o ułamek sekundy i właściwie wysadził go w powietrze

    Jest więc Robert Armstrong i jego synowie. 30-letni syn James już nie pamięta, ile razy się palił, wyskakiwał z pędzącego pociągu, ile rozbił samochodów. Dalej są Vic i Andy. Vic zauważył, że nawet doświadczeni kaskaderzy unikają zwierząt, a on, jak Piotr Jarkowski, kochał konie. Dublował bohatera filmu "Arabesque", ale sławę zyskał, występując w obrazie o przygodach agenta 007 - "Żyje się tylko dwa razy".

    Jego brat natomiast zamiast czterech kopyt wybrał samochody i motocykle. Z czasem tą pasją zarazili swoje pociechy i tak powstała firma Armstrong Action, która zatrudnia takich szaleńców jak oni. Ich dzieci, Bruce, Scott, Nina, Georgina oraz ich kuzyn Jesse pracują, jakże by inaczej, dla przemysłu filmowego. I świetnie im się wiedzie.

    Zbigniew Modej, kaskader od 35 lat. O nagrodach, które zdobył, produkcjach, w których zagrał, można by pisać tygodniami. Wystarczy powiedzieć, że ma na koncie ponad czterysta filmów fabularnych, sztuki teatralne, programy telewizyjne, reklamy. Od 2005 r. jest członkiem międzynarodowej Akademii Taurus World Stunt Awards przyznającej kaskaderskie Oscary, sam dwukrotnie był do nich nominowany. Najmłodszy kaskader w grupie Polaków pracujących przy "Piratach", potem współpracował jeszcze z Romanem Polańskim w filmie "Pianista" jako koordynator kaskaderów na Polskę.

    O pracy współczesnego gladiatora, bo tak niektórzy mówią o kaskaderach, zaczął myśleć dość wcześniej. - Historia jest długa, chociaż dość prosta - przyznaje ze śmiechem.

    Miał 9 lat. W czwartki w programie 1 Telewizji Polskiej leciał program dla dzieci "Ekran z bratkiem". Przychodzili do niego ludzie różnych profesji i opowiadali o tym, co robią. W pewien czwartek w studiu telewizyjnym pojawił się Krzysztof Fus, kaskader legenda. Właściwie od niego zaczyna się historia polskiego kaskaderstwa. Dla tych, którzy nie wiedzą, Fus to ten, który kręcąc "Znicz olimpijski", skakał z kolejki linowej na Kasprowym Wierchu. Miał zeskoczyć na najbliższą gałąź drzewa. Dwa razy się udało, ale Fus to perfekcjonista. Nie podobało mu się, jak leciał, chciał więc koniecznie spróbować po raz trzeci. Omal się nie zabił. Jego opowieści o zawodzie musiały oczarować 9-latka.

    - Oczarowały. Byłem typem urwisa, więc takie życie bardzo mnie pociągało. Ten program oglądała ze mną starsza siostra. Ona też nie miała wątpliwości. "To by było coś dla ciebie", powiedziała - wspomina Modej.

    Więc był sport, AWF, a potem praca w filmie. Na początku nie było szkół kaskaderskich ani internetu. Uczyli się od starszych kolegów i od fachowców z Zachodu. Oglądali amerykańskie filmy akcji, które puszczała telewizja, analizowali poszczególne sceny i trenowali. O wszystko musieli zadbać sami. - Pamiętam, ochraniacze załatwiali nam siatkarze, bo nigdzie nie można ich było dostać, a wiadomo, każdy upadek boli. Dzisiaj idziesz do sklepu i kupujesz, co chcesz: kaski, ochraniacze na każdą część ciała - opowiada. Najsławniejsza rodzina kaskaderów to rodzina Armstrongów z Wielkiej Brytanii. W kaskaderkę bawi się Robert, senior rodu, jego synowie i ich dzieci. Założyli firmę i opanowali przemysł filmowy na dobre

    Od początku żyje z kaskaderki. Tak naprawdę wcale nie jest ich tak wielu. Znają się miedzy sobą: to kaskaderska elita kraju. - Odkąd pamiętam, to była zawsze grupa ok. 20 osób: jedni odchodzili, przychodzili inni - mówi. Więc sporo gra. W tamtym roku było sześć filmów, między innymi "Kamienie na szaniec" i "Jack Strong", dzisiaj też łapię go na planie filmowym. BBC przy współudziale polskiej telewizji kręci film o I wojnie światowej. To historia Anglika i Niemca, bez wielu brutalnych scen. Obyczajowa opowieść o ludzkich losach podczas wojennej zawieruchy. Gra też w "Dzwonach wojny" , w reżyserii Australijczyka, Brendana Mahera.

    - Bo prawda jest taka, że najlepszą szkołą jest plan filmowy - tłumaczy. Każde kolejne ujęcie to jeszcze jedno doświadczenie, a doświadczenie jest w ich życiu bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze. Przyznaje, że to nie temat filmu decyduje, czy wchodzi do gry. Raczej liczba akcji, tempo filmu. - Im więcej rzeczy do zrobienia, tym większe wyzwanie - uśmiecha się. Tak, to nie jest dla niego zwykła praca, kaskaderka to jego pasja. I wcale nie ukrywa, że ma w życiu kupę szczęście, bo robi to, co lubi, i jeszcze mu za to płacą.

    Dzisiaj - uczy innych, jest koordynatorem kaskaderów. Wymyśla, tworzy, jest pierwszym i jedynym do tej pory autorem konstrukcji jezdnych do motocykli, samochodów, innych pojazdów, umożliwiających bezpieczne wykonanie przez aktorów scen jazdy na jednym kole motocykla, upadku z motocykla, jazdy na dwóch kołach samochodu i wielu innych tricków, jakie tylko są w stanie wymyślić reżyserzy i scenarzyści.

    Ale wciąż także gra. Nie boi się?

    - Chyba bardziej ryzykuję, wsiadając co rano do samochodu - tak odpowiada na pytanie. Ale umówmy się, jest starym wyjadaczem. Doświadczonym, odpowiedzialnym.

    Kiedy pytam, co w tym zawodzie jest najważniejsze, odpowiada bez chwili wahania: "Umiejętność przewidywania".

    Współpraca: Kazimierz Sikorski

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama