Ważne
    Szczęśliwy, kto poznał Hrdlaka - nowa ksiażka Janoscha....

    Szczęśliwy, kto poznał Hrdlaka - nowa ksiażka Janoscha. Publikujemy II część jej fragmentu

    Janosch

    Dziennik Zachodni

    Dziennik Zachodni

    Nowa książka Janoscha ma podobną szatę graficzną (autorka: Ewa Satalecka) do "Cholonka"
    1/2
    przejdź do galerii

    Nowa książka Janoscha ma podobną szatę graficzną (autorka: Ewa Satalecka) do "Cholonka" ©arc

    Nakładem krakowskiego Wydawnictwa Znak ukazało się pierwsze polskie wydanie książki Janoscha "Szczęśliwy, kto poznał Hrdlaka". Powieść została opublikowana pierwszy raz dokładnie 20 lat temu w Niemczech. Prezentujemy dziś drugą część jej fragmentu.
    ZAPRASZAMY DO LEKTURY POPRZEDNIEJ CZĘSCI [WEJDŹ TUTAJ]

    Hrdlak mieszkał w starej stajni i zarabiał na życie jako robotnik dniówkowy.

    Kiedy kto potrzebował taniego robotnika do sprzątnięcia podwórza albo kiedy trzeba było odebrać ręczny wózek pełen węgla i zrzucić węgiel do piwnicy. Czy przetaszczyć wiadrami całą furę węgla przez sień po schodach do piwnicy, bo piwnica nie miała okien na ulicę.

    Do takich robót sprowadzano Hrdlaka.

    Za cały dzień harówki dostawał sześćdziesiąt fenigów i coś do jedzenia. Funt chleba kosztował czterdzieści fenigów, butelka piwa - trzydzieści fenigów. Jeden solony śledź - dziesięć fenigów. Śledź wędzony należał do najbardziej wyszukanych przysmaków i kosztował czterdzieści fenigów.

    Za litr zwykłego piwa płaciło się trzy fenigi; talerz zupy na kiełbasie można było dostać u rzeźnika za darmo albo całą bańkę za pięć fenigów. Kilogram ziemniaków kosztował dziesięć fenigów.

    Byli jednak i tacy, którzy go karmili, nie żądając w zamian żadnych usług. On jednak nie przyjmował nic za darmo. Albo podrzucał dobrym ludziom chrust zebrany w lesie. Albo przynosił im coś ze swego ogródka. Na przykład pietruszkę. Czy pęczek marchwi. Hodował też kwiaty. Głównie astry.

    Zdarzało się, że zlecano mu jakąś robotę, po czym go odprawiano, płacąc starym chlebem, który i tak był do wyrzucenia. Hrdlak odchodził, nie żywiąc w sercu żalu ani złości.

    Jedzeniem dzielił się zawsze ze swoim psem.

    Rzeźnik o nazwisku Drewniak odkładał zawsze skrawki mięsa dla tego psa - nie wiadomo, dlaczego to robił, ale widać zdarzają się i tacy ludzie na tym świecie.

    Hrdlak nawet tych skrawków nie przyjmował w prezencie; pojawiał się zawsze u boku Drewniaka, kiedy trzeba mu było pomóc dźwigać ciężkie kadzie.

    Sam Hrdlak nie miał nic.

    Ubierał się byle jak. Dzień w dzień nosił wciąż ten sam obszarpany kubrak - podobne dostają aresztanci. Zbiegły więzień zrzucił go podczas ucieczki. Hrdlak ten kubrak znalazł i zaczął nosić - uznano go więc za zbiega i odstawiono na posterunek policji. Dopiero po trzech dniach wyjaśniło się, że to pomyłka. Przez ten czas zbieg zdążył oczywiście przekroczyć polską granicę.

    Jak się później okazało, ów zbiegły więzień był bratem jednego z miejscowych policjantów; by dać szansę uciekinierowi, policjant ów starał się przedłużać proces identyfikacji Hrdlaka, przez trzy dni troskliwie się nim opiekując - widać już wtedy można było spotkać przyzwoitego człowieka wśród policjantów.

    Podejrzany otrzymał solidny posiłek i nawet dwa koce, bo właśnie zaczynały się chłody. W dodatku pozwolono mu zachować zdobyczny kubrak, chociaż stanowił on w gruncie rzeczy własność państwową. Hrdlak spędził więc w areszcie trzy wspaniałe dni; na dworze lało jak z cebra, a on po raz pierwszy w życiu rozkoszował się tak błogim ciepłem.

    Na odchodnym obdarowano go jeszcze starym kocem, pod którym śpi do dnia dzisiejszego. Jak to się dzieje, że nagle, całkiem nieoczekiwanie, przez wszystkie dziury więziennego koca leje się na nas istna lawina szalonego szczęścia?

    Z czasem jednak rozliczne łaty odebrały kubrakowi Hrdlaka pierwotny charakter i tylko doświadczony fachman byłby zdolny rozpoznać jego pochodzenie.

    Co do spodni, to można je było przy łóżku postawić i stałyby sobie, gdyby nam się tak podobało. Bo uszyto je z materiału sztywnego niczym blacha. Z takiego materiału wykonywano plandeki do okrywania ciężarówek. Hrdlak miał tylko te jedne spodnie.

    Buty Hrdlaka były z tyłu i z przodu wycięte albo wydeptane, żeby jego koślawe stopy mogły się w nich zmieścić. Może biedok dostał te buty tak spreparowane, a może je gdzieś znalazł - zresztą trudno powiedzieć, w jaki sposób biedota taka jak on zdobywała dla siebie obuwie. Jedno jest pewne: że Hrdlak póki życia nie będzie nosił nowych butów.

    A może nawet nigdy takich nowych butów nie miał w rękach. Może nigdy świadomie im się nie przyglądał, a mógł nawet nie wiedzieć, że nowe buty w ogóle istnieją. Chociaż gdyby nawet o tym wiedział, nie zwróciłby na nie uwagi. Taki to on był, ten Hrdlak.

    Znawca rzemiosła szewskiego zdziwiłby się, widząc zręczność, a nawet prawdziwy kunszt, z jakim jego buty były wielokrotnie naprawiane. A warto wiedzieć, że reperować buty wcale nie każdy szewc potrafi . Hrdlak musiał to robić sam, bo takiemu jak on żaden szewc butów nie będzie łatał.

    Koszule miał Hrdlak dwie.

    Jedną dostał od starego Dziuby, a drugą dał mu niejaki Cwi Bogainski, który mieszkał z nim po sąsiedzku. Żadnych innych szczegółów garderoby, jakie mu proponowano, nie chciał przyjmować, tłumacząc, że ma wszystko, czego mu potrzeba.
    Wystarczyło tylko spojrzeć na Hrdlaka, by zrozumieć: ten człowiek wszystko, co posiada, nosi ze sobą. On, Hrdlak, stoi oto u progu wieczności z pustymi rękami.

    Połowa dachu dawnej stajni, w której mieszkał, całkiem się zapadła, ale na samym końcu, gdzie część dachu była jeszcze cała, znajdowało się niewielkie pomieszczenie przedtem pewnie przeznaczone do przechowywania uprzęży albo paszy dla koni. Podłoga była tam porządnie zamieciona, na worku, wypełnionym sianem czy słomą, leżał dziurawy koc, prezent otrzymany kiedyś na posterunku policji. Mniejszy worek służył za poduszkę. Tak wyglądało legowisko Hrdlaka. Drewniana skrzynka pełniła funkcję stołu. Stał na niej garnek i talerz, obok leżały sztućce: widelec, łyżka i nóż. Na półce widać było kłębek sznurka, kilka puszek, kartkę papieru, plik pustych papierowych torebek i butelkę ze świeczką w środku.
    Był tam jeszcze jeden obtłuczony talerz i dwie szklanki - w jednej znajdował się miód. W tekturowym pudełku zapewne coś jeszcze przechowywano - może igły i nici. W jednym rogu komórki stała beczka służąca za piec, wychodziła z niej rura prowadząca przez dach na zewnątrz. Koło beczki leżało drewno na opał. Nie było tam nic takiego, bez czego człowiek mógłby się obejść.

    Ściany byle jak pobielono wapnem. Gromada łobuziaków, którzy wdarli się kiedyś do mieszkania Hrdlaka, zostawiła tam swoje bazgroły i tylko część udało się zamalować. Reszta została jako ślad po zdarzeniu, do którego tu kiedyś doszło.

    Hrdlak wrócił do domu w chwili, kiedy napastnicy buszowali sobie tam na całego.

    Stanął przed nimi, nic nie mówiąc, i patrzył tylko tymi swoimi jasnymi oczami, jakby z bardzo daleka. A oni natychmiast się uspokoili. Wyraźnie zakłopotani, zaczęli zbierać to, co porozrzucali, starając się odłożyć każdy przedmiot na swoje miejsce. Żegnając nieproszonych gości, pan domu kładł każdemu rękę na szczeciniastych włosach, kiwając łagodnie głową.
    Od tej pory nic podobnego już się nie wydarzyło. Przeciwnie, Hrdlak zastawał czasami przed progiem stajni wiązki chrustu na podpałkę albo nadające się jeszcze do użytku przedmioty, które mu ktoś bezimiennie podrzucał. Czasem znajdował tam jajko zawinięte w papier albo parę pomidorów, zapewne kradzionych. Jajko prosto spod kury, a pomidory z czyjegoś ogródka przez płot wyniesione. Kiedyś znalazła się tam puszka sardynek, też na pewno komuś podwędzona. A kiedy ciągnął czyjś ciężki ręczny wózek, to jeden czy drugi z tamtych chachorów zaraz podbiegał, żeby mu pomóc.

    Jak któremu rękę na ramieniu położył, to chłopaka ogarniało uczucie takiego szczęścia, że nie potrafi ł go nawet wyrazić słowami. Bo od własnego ojca mógł najwyżej oberwać pięścią po pysku.

    W komórce Hrdlaka było zawsze nad podziw czysto. I panował tam jakiś niezwykły spokój. Pies spał w łóżku swojego pana.
    Przed domem znajdowała się blaszana miska, w której Hrdlak się mył, i beczka z wodą - pompa była w pobliżu - do pracy w ogrodzie znajdowanych gdzieś przypadkiem narzędzi, a przede wszystkim własnych rąk. (...)

    ***

    Mamy dla Was 3 egzemplarze "Szczęśliwy, kto poznał Hrdlaka", ufundowane przez Wydawnictwo Znak. Aby zdobyć nagrody, należy do niedzieli 31 sierpnia odpowiedzieć na pytanie:

    Za co lubię prozę Janoscha (dla dorosłych)? Na odpowiedzi czekamy pod adresem k.pachelska@dz.com.pl #Czytelnicy, których odpowiedzi najbardziej się nam spodobają, wygrają książki.

    W mailu prosimy o podanie swoich danych: imienia i nazwiska oraz numeru telefonu.

    Czytaj także

      Komentarze (2)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Bydymy widziec, eli znajomosc z Hrdlakiym bydzie i szczynsciym dlo czytelnika.

      chrobok (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 1

      Fakt, kasionczka wydano bola dwadziscia lot tymu (Janosch; Von dem Glueck, Hrdlk gekannt zu haben. Der Goldmann Verlag 1994 ISBN 3-442-30447-4)
      Musza pedziec, co ech wtedy, kej ech ta ksionczka...rozwiń całość

      Fakt, kasionczka wydano bola dwadziscia lot tymu (Janosch; Von dem Glueck, Hrdlk gekannt zu haben. Der Goldmann Verlag 1994 ISBN 3-442-30447-4)
      Musza pedziec, co ech wtedy, kej ech ta ksionczka czytol, myslol, co bol to pjyrszy sztich Janoscha, ksionczka o sfojym Hajmacie napisac - jeszcze przet Cholonkiym.
      Po mojymu, we "Cholonku", Janosch nojlepi oddou tyn nasz sloncki koloryt (Cholonek bol wydany we we 1970).
      Bouo mi dane osobiscie trefic sie z Janoschem i trocha o jego tworczosci dlo doroslych pogodac.
      Wtedy ech sie go zapytol, czamu "Hrdlak" je inszy nisz Cholonek (zresztom "Polski Blues" tysz).
      Pedziol mi wtedy, co bolo to inksze - bardzij filozoficzne podyjscie do koska zycia, jake dziolo sie we Chlodnicach. Bo "Cholonek" bou dlo autora bardzi osobisty, tukej w "Hrdlak"u, je wjyncy fantazjii i filozofii.
      Z inkszy nisz w "Cholonku" duch, trocha po mojymu niy pasujoncy akapit o Zwi Boganskim i Ballestremie - "odskakujoncy" ot szary rzeczywistosci Chlodnic - ale tak ta ksionczka wtedy i mozno i teroski - odebrol.
      Eli tak - jak Elza Mainka wychowywala sfojigo Norbeta Bogobojnego - boly wychowywane inksze dziecka na Slocku - fto wjy? Dyc to bolo jusz tak downo.

      Zoboczymy, jak czytelnik polcki odbiere - po przeczytaniu tych dwoch konckow - dojsc dobrze przelonaczony ksionczki.zwiń

      Zdjęcie autora komentarza
      "nowa książka"

      Deutsch-Oberschlesier

      Zgłoś naruszenie treści / 1

      ...sprzed 20 lat

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama