Karwat: Świąteczny groch z kapustą

    Karwat: Świąteczny groch z kapustą

    Krzysztof Karwat

    Dziennik Zachodni

    Dziennik Zachodni

    Krzysztof Karwat
    1/2
    przejdź do galerii

    Krzysztof Karwat ©arc.

    Nie spodziewam się, by w niedzielę na czyimkolwiek stole miał pojawić się ten specjał. Wiem, to nie te święta. Nie zachęcam do kuchennych rewolucji. Ten tytuł to przenośnia, która ma obrazować ogromne pomieszanie wielkanocnych tradycji i obyczajów. Ale również - niestety - stan naszych umysłów. Bo przedświąteczna krzątanina może prowadzić do nieporozumień, a nawet konfliktów. Także na tle etnicznym!
    Zdawać by się mogło, że na ziemiach polskich chrześcijaństwo (i katolicyzm) są tak powszechne, że nie trzeba było czekać na globalizację, byśmy wszyscy robili w święta (i tuż przed nimi) mniej więcej to samo. Zresztą, dominująca religia - zaopatrzona w najważniejszą swą doktrynę, czyli Zmartwychwstanie Pańskie oraz kodeksy postępowania - niejako wymusza na nas unifikację zachowań.

    Niezależnie więc od regionu, najistotniejszym punktem domowych celebracji pozostaje niedzielne śniadanie.
    Czy wszyscy wtedy jemy to samo? Na pewno nie, bo to zależy od uwarunkowań kulturowych. Więc nie kłóćmy się, kto godniej świętuje i kto wierniejszy tradycjom - hanysy, gorole czy może "reszta świata". Wydaje się jednak, że są takie produkty spożywcze, które na każdym stole i w każdym zakątku naszego kraju były i są tego ranka obowiązkowe. To jajka, wędliny i ciasta.

    Te pierwsze, bo od wieków pozostają najbardziej rozpoznawalnym symbolem odradzania się życia i jako takie - dobrze się komponują nawet na stołach ateistów. Z kolei szynki, kiełbasy i wszelkie słodkości, z babami wielkanocnymi na czele, to rodzaj najsmaczniejszej i możliwie najkosztowniejszej reakcji na dni, tygodnie, a nawet (u prawosławnych) miesiące ciężkiego postu. Jemy więc wtedy dużo (i niezdrowo), bo się to nam za te wszystkie wcześniejsze wyrzeczenia po prostu "należy". A grzechu nie ma! Hurra! I to niezależnie od tego, czy przystąpiłeś, czy też nie do wielkanocnej spowiedzi.

    Rzecz jasna, w dobie zauważalnej gołym okiem laicyzacji społeczeństwa polskiego, powszechnego konsumpcjonizmu i otwartego dostępu do dóbr wszelakich trudno nawet wyznaczyć czas i pole, gdzie miałaby się toczyć owa walka "karnawału" z "postem", obżarstwa ze wstrzemięźliwością, opilstwa z abstynencją. Kościół wprawdzie nawołuje, ale wierni i tak robią swoje. Nawołują także ci spośród nas, którzy głośno deklarują żal z powodu upadku obyczajów (świątecznych).

    Na próżno. W coraz mniejszej liczbie domów przystępuje się do samodzielnych wypieków, wyrafinowanego zdobienia jajek (na Śląsku - kroszonek), nie mówiąc już o peklowaniu szynek czy własnoręcznym doprawianiu wędzonek. Może tylko kaczkę, gęś, czasem też biednego królika zarzyna i przyrządza się po domowemu - jak Pan Bóg przykazał (i rodzinny obyczaj).

    Jeszcze gorzej w Wielkim Tygodniu. Chyba broni się już tylko Wielki Piątek. Na Śląsku może także dlatego, że przez parę wieków katolicy w bliskim sąsiedztwie z ewangelikami żyli, a dla tych drugich to przecież najważniejszy moment w liturgicznym roku. Tego dnia nawet w knajpach, barach i innych marketach raczej nie przymusza się nas do jedzenia dań mięsnych. Inna rzecz, że tę dotkliwą lukę w handlu i marketingu zastępuje się wtedy towarami i usługami, które w "normalnych dniach" trudno sprzedać, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

    W Wielką Sobotę - prawdziwie wielki kłopot. Wszystkie panie domu przystrajają koszyczki i wrzucają do nich różne wiktuały oraz smakowitości. Ani jedno dziecko się nie wywinie z obowiązku pójścia do kościoła ze święconką (zwłaszcza dziewczynki są bez szans i żadna "ideologia gender" im nie pomoże). Problem jednak w tym, że na Górnym Śląsku jest to tradycja dość krótka i przez to wątpliwa. Przyznam, że mnie też lekko irytuje, bo ze swego dzieciństwa jej nie pamiętam. Etnolodzy powiadają, że pojawiła się w przemysłowej części naszego regionu dopiero w latach 60. minionego wieku. To jednak nieprecyzyjna diagnoza, bo znam wiarygodne relacje z powiatu tarnogórskiego, gdzie chodzono z koszyczkami już w latach 30.

    Prawdopodobnie obyczaj ten przywędrował do nas z Małopolski i gdzieniegdzie - zwłaszcza we wschodniej części regionu - szybko się przyjął. Spotkałem się z opinią "prawdziwego Ślązaka", utrzymującego, że ów zwyczaj jest jeszcze jednym dowodem na gwałt i "przemoc polonizacyjną".

    Litości! Przynajmniej na czas Wielkiej Nocy.

    Krzysztof Karwat,
    publicysta



    *Najlepsze życzenia Wielkanocne POWAŻNE, RELIGIJNE, ZABAWNE, SMS
    *Sprawdzian szóstoklasistów 2015 [PYTANIA + ODPOWIEDZI] Wszystkie odpowiedzi są logiczne?
    *Zielony jęczmień na odchudzanie? Rewelacyjna dieta na wiosnę, która działa
    *Wybory prezydenckie 2015: Oto kandydaci na prezydenta RP
    *Śląsk Plus - pierwsza rejestracja za darmo. Zobacz nowy interaktywny tygodnik o Śląsku

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama