Przeżył cztery dni pod ziemią w kopalni Generał Zawadzki

    Przeżył cztery dni pod ziemią w kopalni Generał Zawadzki

    Monika Krężel

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    Włodzimierz Górski 45 lat po wypadku. Z dyplomem uznania "za szczególne zasługi w akcji ratowniczej w kopalni Generał Zawadzki".
    1/3
    przejdź do galerii

    Włodzimierz Górski 45 lat po wypadku. Z dyplomem uznania "za szczególne zasługi w akcji ratowniczej w kopalni Generał Zawadzki".
    ©Maciej Gapiński

    Włodzimierz Górski z Dąbrowy Górniczej miał 18 lat, gdy z grupą kolegów został uwięziony na dole ówczesnej kopalni Generał Zawadzki. - Czy były lamenty, panika? Nie, była przejmująca cisza. Siedzieliśmy pod ziemią w 80 osób, a było cicho jakby makiem zasiał - mówi dziś. Walka o życie górników trwała cztery dni i trzy noce.
    24 lipca 1969 roku dochodzi do wypadku na kopalni noszącej wówczas nazwęGenerał Zawadzki w Dąbrowie Górniczej. Do wyrobisk podziemnych kopalni wdarły się muł i woda z osadnika Jadwiga. Pod ziemią zostało uwięzionych 80 górników.
    O tym wypadku media początkowo skromnie informowały. To nie czasy przewijających się non-stop na żółtym albo czerwonym pasku telewizyjnych wiadomości. Obszerne relacje, w tym także w "Dzienniku Zachodnim" pojawiły się dopiero, gdy zakończono akcję ratunkową.
    27 lipca, po czterech dniach uwięzienia, górnicy wyjeżdżają kapsułami na zewnątrz. Jeden pracownik zginął, pozostali się uratowali. - To był cud - uważa Teresa Smolarska, mieszkanka Dąbrowy Górniczej.

    21 lipca 1969 roku Włodzimierz Górski kończy 18 lat, a już od roku fedruje na kopalni. - Jest w brygadzie młodocianej, która pracowała z instruktorem. - Gdy tylko stuknęła nam osiemnastka, przenoszono nas do samodzielnej pracy, bez instruktora - wyjaśnia dąbrowianin. Ledwo więc przebrzmiało echo jego osiemnastki, a już dostał przeniesienie. - Imprezę urodzinową też pamiętam - uśmiecha się. - Jak to w tamtych czasach bywało, kupiliśmy z kolegami skrzynkę wina, wyjechaliśmy z dołu i poszliśmy świętować do Domu Górnika. Dwunastu chłopaków z kopalni było zaproszonych.

    Trzy dni po urodzinach, 24 lipca 1969 roku dochodzi w kopalni do wypadku. - Miałem wtedy na rano, na szóstą - wspomina Włodzimierz Górski. - Ojciec szykował się do pracy na popołudnie, ale już mu nie dali zjechać przez ten wypadek - dodaje.
    Wszystko pamięta co do minuty. Zjechali na dół, potem sztygar rozdzielił robotę, wszystko szło zgodnie z planem. Nagle o godz. 11.30 ktoś powiedział, że rynnami idzie czarna woda. - To był szok, huk ogromny jak jakieś bombardowanie. Woda to straszny żywioł. Uciekaliśmy w popłochu, na zasadzie ratuj się kto może. Stropy się zawaliły - opowiada. - Pamiętam, jak woda wszystko pchała, a my biegliśmy w dół pochylnią. I nagle sztygar, nazywał się Rak, krzyknął, żebyśmy biegli z powrotem w górę, bo woda się już nagromadziła, nie miała gdzie uciec i zatykała wszystko - relacjonuje.

    Przemoczeni górnicy zebrali się na ścianie na pochylni. - Była cisza, ciemno, niektórzy pogubili kaski. Śmierć w oczach mieliśmy - mówi Górski. - Poleciałem biegiem szukać powietrza, a gdy wróciłem, zemdlałem. Ratownik Marian Dudek mnie uratował, podał mi butlę z tlenem. Popełniłem błąd, bo gdy brakuje tlenu, to idzie się wolno - podkreśla.

    W grupie górników było pięciu ratowników górniczych z butlami z tlenem. - Siedzieliśmy w ciemności i nasłuchiwaliśmy stuków, czy inni idą po nas. Po dwóch dniach zaczęło brakować powietrza. Potem mówiono, że rurociągiem przeciwpożarowym wtłaczano nam powietrze - mówi pan Włodzimierz.
    1 3 »

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama