Ważne
    Wielka Brytania na rozstaju. Może być kłopot z rządzeniem

    Wielka Brytania na rozstaju. Może być kłopot z rządzeniem

    The Times

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    David Cameron z żoną po wyborach.
    1/2
    przejdź do galerii

    David Cameron z żoną po wyborach. ©Alastair Grant

    [WYBORY W WIELKIEJ BRYTANII] Już dawno na Wyspach nie było tylu niewiadomych. Wybory mogą nie wyłonić zwycięzcy, główne ugrupowania szły łeb w łeb. Może być problem ze sformowaniem koalicji, a tymczasem kraj niecierpliwie czeka na poważne reformy.
    Pierwszego dnia sprawowania rządów David Cameron powiedział, że pragnie kierować rządem ceniącym wolność i gospodarką nagradzającą pracę. Chce budować społeczeństwo, gdzie obywatele traktują obowiązki równie poważne jak uprawnienia. Nie mówił, że pragnie naprawić stan finansów publicznych, bo nie musiał o tym wspominać. Wszyscy wiedzieli, iż uległy one załamaniu na długo przedtem, jak odchodzący minister finansów przekazał swojemu następcy, że w kasie nie ma ani grosza.


    Wystąpienie premiera było rozsądne i wyważone. Rząd ma pełnić rolę instytucji umożliwiającej rozwój i działanie, a nie nadopiekuńczego rodzica. Brytyjczycy poznali szeroki zakres priorytetów. Dziś - w obliczu wzrostu nastrojów nacjonalistycznych w Szkocji - każdy poważny przywódca musi dodać do nich obowiązek utrzymania unii. [Akt Unii powstał w 1707 roku]. To cele rozsądne. Głos oddany w czwartkowych wyborach winien opierać się na ocenie, która partia najlepiej będzie je promować. A nie na tym, jak wygląda kuchnia tego czy innego przywódcy partyjnego lub jak długa jest lista popierających go komików. Stawka była zbyt wysoka. Pod wieloma względami mieliśmy do czynienia z najważniejszymi wyborami od 1992 roku.

    To z pewnością pierwszy test nowej epoki wielopartyjnej brytyjskiej polityki. I mógł się okazać ostatnim w historii prawdziwie Zjednoczonego Królestwa. To wybory, o których optymiści w obozie torysów sądzili, że wygrają je, bo te stanowić będą prosty test kompetencji w sprawach gospodarki. Jednak nie to inspirowało wyborców, a optymizm wydawał się na wyrost. Żaden z przywódców partyjnych nie spróbował porozumieć się z opinią publiczną, aby stworzyć szeroki alians wyborczy na wzór Margaret Thatcher czy Tony'ego Blaira. Dlaczego? Bo żaden nie miał przekonującej wizji [dla rozwoju] kraju. Cameron podkreślał korzyści płynące z tego, że nie jesteśmy Grecją. Ale to nisko postawiona poprzeczka. Ed Miliband znalazł wystarczająco dużo chętnych do "kupienia" swojej odmiany populizmu, by mieć poczucie zadowolenia. Jednak w Szkocji jego partia uległa implozji i zapewne przegrała z nacjonalistami. Nie zdobędzie większości w Izbie Gmin. Dysponujący potencjałem Nick Clegg może nie zdobyć miejsca w swoim okręgu Sheffield Hallam. Na północ od granicy "powstańcy" już przygotowali szturm na Westminster. Marzenie o niepodległości [Szkocji] płonie jasnym płomieniem.

    Kampania wyborcza była z góry przygotowana, ostrożna i mało budująca, ale i wiele mówiąca. W obliczu możliwej [wyborczej] sytuacji patowej obie główne partie odwołały się do źle maskowanych obietnic "przekupstwa", które nie uczyniły nic, by zwiększyć zaufanie społeczeństwa do polityki. Torysi obiecali dodatkowe 8 mld funtów rocznie na publiczną służbę zdrowia (NHS). Laburzyści nie byli gorsi - dzięki przychodom z dodatkowych podatków i uszczelnienia luk podatkowych przybędzie lekarzy i pielęgniarek. Ponadto rodzice trzy- i czterolatków dostaną bezpłatne 25 godzin tygodniowo opieki nad nimi. Torysi natychmiast podnieśli poprzeczkę - damy pięć godzin. Obie partie ostrzegały o cięciach, ale żadna nie powiedziała, czego dotkną. Ich bezpodstawne obietnice są jednak niczym w porównaniu z obiecanym przez Zielonych iluzyjnym planem wydatków publicznych w wysokości 176 mld funtów. Mimo to brytyjski Instytut Studiów Fiskalnych (IFS) i tak zarzucał obu głównym partiom traktowanie podatnika, jak drzewa, na którym rosną pieniądze.

    W trybie kampanii konserwatyści odeszli od fiskalnej stabilności i uczciwości mającej stanowić ich znak rozpoznawczy. Obejmując stanowisko, Cameron obiecywał uczciwość w kwestii tego, co rząd może osiągnąć. Ale jego programowa obietnica "bezpieczeństwa na każdym etapie życia obywatela" przypomina [uznawany za początek państwa opiekuńczego] raport Beveridge'a z 1942.

    Obie partie koalicyjne zaczęły kampanię z wygodnej pozycji osiągnięć rządu. Osiągnięcia te jednak mącił fakt wzajemnych ataków. Dlatego warto przypomnieć sukcesy gabinetu. Torysi i Liberalni Demokraci stworzyli stabilną i konstruktywnie działającą koalicję. Nickowi Cleggowi trzeba przypisać zasługę wyciągnięcia jego partii z aktywistycznego opłotka w stronę poważnego namysłu i analizy, jakie przychodzą wraz ze sprawowaniem władzy. Wspólnie z Cameronem nadzorowali proces najszybszego - poza Ameryką Północną - wychodzenia ze stanu recesji. Liczba pracujących wzrosła o 2,2 mln osób. To więcej niż we wszystkich krajach reszty Europy razem wziętych. Obcięli udział wydatków publicznych w PKB z 46 do 39 proc.
    1 3 »

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama