Każdego roku przed świętami, obojętnie, czy to zimowe, czy te najważniejsze - Wielkiej Nocy,
mam poczucie, jakbym wsiadła - nie z własnej woli - na jakąś obłąkańczą karuzelę.
Ona, wraz z upływającym czasem, pędzi coraz prędzej, zbliżając mnie nieuchronnie do daty świąt
(no, teraz już wiruje jak oszalała). A ja gonię się z myślami, pomiędzy jedną stroną gazety, a drugą.
Pomiędzy kolejnym odebranym i nieodebranym telefonem kłuje mnie nagle przykra myśl, że znów o czymś zapomniałam.
A jeśli już odnalazłam w mrokach pamięci jakąś niezbędną na przedświątecznym wirażu czynność do wykonania, to zaraz mam pewność, że nie zdążę, że coś się nie uda.
Drogie Panie - wszystkie doskonale znacie to przykre uczucie.
W tym roku mocno postanowiłam więc za wszelką cenę nie wsiadać na tę karuzelę.
Jak dotąd - zapieram się rękami i nogami.
Nie tylko nie zrobiłam jeszcze zakupów. (Po prostu, wejdę do osiedlowego marketu reklamowanego przez prezesa opozycyjnej partii i kupię, co potrzeba).
Powiem więcej - nie umyłam i nie będę okien myła (za radą red. Marcina Twaroga - znalazłam darmowego, domowego podwykonawcę).
Nie będę wymachiwała szmatą, żadnego trzepania dywanów, tłuczenia garnkami.
Przedświąteczny harmider, pokrzykiwanie na rodzinę i zaganianie do roboty?
Nie ma szans! Cisza, żadnych gwałtownych ruchów.
Wszystko po to, żeby nie wystraszyć WIELKANOCNEGO ZAJĄCZKA! :))))