W filmie jak w życiu

    W filmie jak w życiu

    Henryka Wach-Malicka

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    Z Maciejem Pieprzycą, reżyserem i scenarzystą, rozmawia Henryka Wach-Malicka
    Do większości reżyserowanych przez siebie przedstawień pisze pan także scenariusze. W przypadku "Rodzinnego show", spektaklu, który zobaczymy 29 września w Teatrze Telewizji, jest inaczej. To adaptacja sztuki teatralnej Petera Quiltera...

    ...nieznanej w Polsce, choć inne dramaty tego autora, na przykład "Boska" czy "Po drugiej stronie tęczy", były już u nas grane. "Rodzinny show" to ciekawa intryga i mocno zarysowane postacie. Ale także problemy, które szalenie mnie obchodzą, bo dotyczą środowiska, w którym żyję i pracuję. Sztuka opowiada historię podstarzałego gwiazdora (w tej roli Krzysztof Globisz), próbującego odzyskać zainteresowanie mediów i zagubioną popularność.
    Splot przypadków uruchamia machinę, która przemieli jednak jego świat i wydobędzie na wierzch zdumiewające fakty. Quilter stawia pytania podstawowe, na które wcale nie tak łatwo znaleźć odpowiedź, zwłaszcza dziś. Jaka jest cena sukcesu w rozrywkowym biznesie i jaką rolę odgrywają media w kreowaniu wizerunku osób publicznych?

    Z pierwszego wykształcenia jest pan dziennikarzem, przed ukończeniem reżyserii pracował pan zresztą w naszej gazecie. Czy te doświadczenia ułatwiły panu interpretację tekstu?

    Bez wątpienia. Z tej przyczyny zaprosiłem też do udziału w przedstawieniu prawdziwych dziennikarzy
    ze śląskich mediów. Zagrali w scenie zaimprowizowanej konferencji prasowej i byli bardzo przekonujący. Często tak robię, bo uważam, że prawdziwy górnik zawsze będzie wiarygodniejszy od kogoś za górnika przebranego, a dziennikarza najlepiej zagra dziennikarz. Role główne powierzam oczywiście aktorom zawodowym, ale do epizodów zapraszam amatorów. Oni czują klimat miejsca, w którym rozgrywa się akcja filmu czy sztuki.

    Podobno Peter Quilter zażyczył sobie obejrzeć taśmę z gotowym spektaklem.

    Tak. I trochę obawialiśmy się jego reakcji, bo adaptując tekst dla potrzeb małego ekranu pozmieniałem to i owo. Okazało się, że autor był zadowolony, na dowód czego mogę pokazać e-maila, w którym daje mi błogosławieństwo na realizację innych swoich utworów. Cieszę się. Nie będę udawał, że nie.

    Odnoszę wrażenie, że realizując spektakle teatralne czy pisząc własne scenariusze filmowe, zawsze osadza pan fabułę w realistycznych, wręcz dokumentalnych posadach.

    Lubię tematykę współczesną, a pomysły czerpię po prostu z życia. Spektakl "Padnij" oparty był na zwierzeniach żon żołnierzy stacjonujących w Iraku, a historię "Fryzjera" wyczytałem w jednej z lokalnych gazet. Przekładanie życia na literaturę wydaje mi się fascynującym zajęciem. Być może dlatego, że zaczynałem od filmów dokumentalnych, które nauczyły mnie szacunku dla prawdy i pokazały, jak wiele autentycznych dramatów kryje się w życiorysach tak zwanych przeciętnych ludzi. Jak się dobrze poogląda prawdziwe życie, to zdecydowanie łatwiej stworzyć potem rzeczywistość fikcyjną.

    Wrzesień to dla pana czas podwójnej konfrontacji z publicznością. Prócz telewizyjnej premiery "Rodzinnego show" czeka pana także projekcja filmu "Drzazgi" na festiwalu w Gdyni.

    Scenariusz "Drzazg" napisaliśmy z Bartkiem Kurowskim w 2002 roku, ale z różnych przyczyn nie udało się go wcześniej zrealizować, choć zdobył nagrodę w prestiżowym konkursie Hartley-Merrill. Ale temat na pewno dalej jest aktualny, bo to opowieść o trójce młodych ludzi z różnych środowisk, którzy zmagają się z pierwszymi życiowymi dylematami. Jedyne czego żałuję, to tego, że musiałem zrezygnować z propozycji Izabeli Cywińskiej, która zaprosiła mnie do współpracy reżyserskiej w warszawskim Teatrze Ateneum. Niestety, termin pracy pokrywał się z kalendarzem zdjęciowym.

    "Drzazgi" kręcił pan na Śląsku, na który wraca pan przy każdej artystycznej robocie. Sentymenty?

    Pewnie też. Ja po prostu lubię Śląsk, tu się urodziłem, studiowałem, mam przyjaciół, chętnie wracam. W przypadku "Drzazg" była jednak i odrobina przekory, a może nawet buntu. Śląsk staje się wśród filmowców modny, ale jego obraz wciąż pozostaje stereotypowy - ziemia biedna i zapomniana, a mieszkańcy bezrobotni i zgorzkniali. Ten wizerunek przekłada się, niestety, na życie poza ekranem. Nawet na mnie niektórzy znajomi tak właśnie patrzą - ten, co się wyrwał. Mnie to strasznie irytuje i dlatego w "Drzazgach" pokazuję młodych Ślązaków jako normalnych ludzi. To był świadomy wybór, bo akcja tego filmu mogłaby się dziać w każdym polskim mieście. Tonacja filmu też nie jest śmiertelnie poważna, tylko słodko-gorzka, bo takie jest życie. A poza tym, ja nie lubię bardzo smutnych filmów...

    Przedpremierowy pokaz spektaklu "Rodzinny show" w reżyserii Macieja Pieprzycy odbędzie się dzisiaj o godz. 19.00 w katowickim Centrum Sztuki Filmowej (ul. Sokolska 66). Wstęp wolny

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama