Medycyna: Prof. M. Bidziński: Przygotowuję chorych do życia

    Medycyna: Prof. M. Bidziński: Przygotowuję chorych do życia

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Polska

    O cudach w medycynie i intuicji ludzi chorych na raka mówi prof. Mariusz Bidziński, konsultant ginekologii onkologicznej Europejskiego Centrum Zdrowia w Otwocku, w rozmowie z Anitą Czupryn.
    Medycyna: Prof. M. Bidziński: Przygotowuję chorych do życia
    Doświadcza Pan cudów w medycynie?

    Oczywiście. Zdarza się to wtedy, kiedy ludzie, którzy przestają wierzyć, że mogą wygrać z chorobą, wygrywają z nią. Nie rozstają się z chorobą, ale czują się mocniejsi. Bywa tak, a dotyczy to zwłaszcza chorych onkologicznie, że kiedy słyszą diagnozę, są potwornie zestresowani, bo w ich przekonaniu właśnie usłyszeli wyrok. I nagle się okazuje, że poprzez działania terapeutyczne, nie medyczne, ale przez to, że pracuje nad nim grupa ludzi, która potrafi ich wesprzeć, że wspiera ich też rodzina, dochodzi do tego, że pacjenci zaczynają żyć z myślą, że żyją z chorobą, ale się już jej nie boją. Dla mnie to cud, który zdarza się coraz częściej.
    Coraz częściej słyszę od moich chorych: "Ja żyję z rakiem", a nie: "Ja walczę z rakiem". Ludzie przestali się bać tej choroby. Cudem jest też to, że dzięki zaawansowanej medycynie ludzie żyją coraz dłużej. Ktoś powie, że to postęp nauki, ale dla mnie to też jest rodzaj cudu.

    Miał Pan w swojej praktyce lekarskiej pacjenta z przypadkiem beznadziejnym, a mimo to udało się go wyleczyć?

    Opowiem inną historię. Wiele lat temu przyszła do mnie pacjentka, miała wtedy 32 lata. Ja też byłem wtedy jeszcze młodym lekarzem. Przyszła z rozpoznaniem raka trzonu macicy. Rzadko się zdarza, żeby w tym wieku człowiek zachorował na raka, w związku z tym zaproponowałem, abyśmy jeszcze raz wykonali wszystkie badania, mając nadzieję, że one tej diagnozy nie potwierdzą, Zgodziła się, jeszcze raz poddała się diagnostyce. Niestety wynik był taki sam. Powiedziałem jej, że nie widzę możliwości leczenia zachowawczego. Taki proces wymaga już radykalnego leczenia. Odpowiedziała, że musi się zastanowić. Zastanawiała się siedem lat. Po tym czasie przyszła do mnie z pytaniem: "Czy pan mnie pamięta?". Pamiętałem, bo była kobietą o niecodziennej aparycji. Powiedziała: "Panie doktorze, zdecydowałam się poddać temu zabiegowi". Zrobiłem najpierw badania sprawdzające, gdyż w takim czasie nowotwór mógł się bardzo rozwinąć. Okazało się, że przez te siedem lat rak nie drgnął ani o milimetr. Zoperowałem ją. Minęły lata. Od czasu do czasu przychodzi do mnie i wszystko jest w porządku. Zdarzają się historie smutniejsze, ale coraz częściej na szczęście przegrywamy z chorobą dopiero po wielu latach.

    Kiedyś lekarze nie chcieli mówić choremu, że ma raka. Mówili to rodzinie, a rodzina to skrzętnie ukrywała. Jak jest teraz?

    Inaczej. Społeczeństwo dojrzało do zmian w myśleniu i pojmowaniu chorób. Nowotwór kojarzy się z czymś nieuniknionym, ale coraz więcej ludzi widzi, że ta choroba nie zabija, tylko można z nią żyć, że wiele lat można być leczonym. Przykładów takich osób, którzy wiele lat żyli z rakiem, mamy wiele.

    Jak choćby Krzysztof Kolberger.

    Chociażby. Zatem dziś ten nowotwór ma inną atmosferę i inne oblicze. Jest to choroba poważna, ale nie oznacza, że jutro czy pojutrze będzie dramat. Możemy chorego wyleczyć. Oczywiście nie dajemy gwarancji, że ta choroba zniknie na zawsze, ale możemy dać gwarancję, że jeszcze przez wiele lat chory będzie mógł realizować swoje zawodowe i rodzinne cele. Zaczyna więc się o nowotworze myśleć jako o chorobie przewlekłej. Pytaniem jest, jak jest do tego przygotowany personel: pielęgniarki, lekarze. Bo tu, moim zdaniem, potrzebna jest jeszcze edukacja. Lekarze po zakończeniu uczelni mają słabą wiedzę na temat onkologii. Boją się rozmów z pacjentami, czują się skrępowani, boją się trudnych pytań od chorych. Rozmawiają więc z rodzinami, informując je, nie zawsze w sposób kompetentny. Ale ja zwykle powtarzam, że nadzieja musi być do końca. Nie wolno chorym zabierać nadziei. Przychodzi do mnie pacjent i mówi: "Panie doktorze, to pan nie może mi już nic pomóc?". Są sytuacje, kiedy nie umiem już leczyć choroby. Mogę dać leki, które będą zmniejszały dolegliwości. Ale zawsze mówię, że moja medycyna nie potrafi zmierzyć, ile pacjent ma sił odpornościowych, jak działa jego immunologia. Padają również pytania: "Ile życia daje pan mojej mamusi?". Odpowiadam: "Nie wiem". Każdy z nas jest indywidualnością i każda choroba inaczej u każdego wygląda. Każdy z nas ma indywidualne linie papilarne i choroba też ma swoje, tylko dziś jeszcze nie potrafimy ich zdefiniować. Ale w związku z tym do każdego człowieka powinniśmy dobrać takie działania, które będą dedykowane jego chorobie i jego czynnikom wewnętrznym.

    Zdarza się Panu rozmawiać z chorymi o śmierci?

    Rzadko, bo ja staram się ich przygotować do życia, nie do śmierci. Ale takie rozmowy prowadzą, w sposób niezwykle umiejętny, onkopsycholodzy. Jeśli więc widzę, że rozmowa zbacza na tor, który wymaga konsultacji onkopsychologa, proszę go, aby był przy rozmowie. Staram się chorym do końca mówić, że mają żyć. I to życie jest w ich głowach. Jeśli będą myśleć, że mają coś jeszcze do zrobienia, to mówimy o życiu, nie o śmierci.

    Lekarze są uczeni do tego, że walczą o życie. Ale kiedy widzi się naprawdę krytyczny stan, to jak powiedzieć choremu, że nie zostało mu już dużo czasu i że powinien zacząć się przygotowywać do odejścia?

    Na pewno jest to trudny temat. Ale kiedy rozmawiam z pacjentami, którzy przyciskają mnie do muru, mówię: "Nie wolno zapominać o tym, że jest wiele rzeczy przez medycynę niezdefiniowanych". I zawsze jest szansa, zawsze jest światełko w tunelu, do którego trzeba dążyć. Jest przecież medycyna alternatywna. Nie namawiam do niej, ale jeśli, jako lekarz, nie mam już nic pacjentowi do zaproponowania, to nie wolno mi mówić mu, że robi błąd. Jego intuicja powinna wybrać między tym, co czuje, a tym, co chce zrobić.

    Ale zdarza się, że chęć przywracania pacjenta do życia wiąże się jedynie z dłuższym umieraniem. Nie ma Pan takich dylematów? Uporczywa terapia może przynieść choremu tylko więcej cierpienia. Chory nie ma już woli życia, chęci walki, a rodziny chciałyby wyrwać mu jeszcze choć tydzień, miesiąc życia.


    W takich sytuacjach lekarz nie powinien sam podejmować decyzji. Ja proszę zwykle o konsylium lekarskie. Jedna, dwie osoby mogą się pomylić, ale jak jest pięć czy sześć osób, to wybór decyzji jest trafniejszy, zdecydowanie bardziej wyważony. Onkologia to nie zabawa, leczenie może niekiedy spowodować większe skutki uboczne niż sama choroba. Na pewno duże doświadczenie zespołu jest wymagane, aby oszacować zyski i straty. Ważną rzeczą jest rozmowa z rodziną. Rodzina często mówi: "Pan już nie będzie ratował? Dla nas liczą się nawet dwa tygodnie". Tylko pytanie, w jakim komforcie? Nie jest tak, że lekarze nie chcą leczyć. Tylko czasem możemy spowodować więcej krzywdy. Chory nie powinien cierpieć. Wtedy również rodzina ma poczucie, że zrobiła wszystko, a ich bliski odchodzi godnie. Nie w bólu.

    Co, Pańskim zdaniem, w procesie choroby i leczenia jest pacjentowi najbardziej potrzebne?

    Myślę, że miłość. I rodzina. Przywiązuję wagę do relacji osoby chorej z rodziną. Jeśli rodzina jest skonsolidowana, czuła, opiekuńcza, to wiem, że proces leczenia będzie dużo lepiej przebiegał. Jeśli człowiek zostanie w chorobie osamotniony, a bywają takie przypadki, kiedy mąż porzuca żonę, bo boi się zetknięcia z chorobą, to na nią wpływa to destrukcyjnie. Ważna jest też rola personelu. Chorzy są wyczuleni na rzucone na boku zdanie: "Temu już nie warto podawać leków". Trzeba tu być bardzo delikatnym i ostrożnym. Przestrzegam też chorych przed rozmowami z innymi pacjentami. Wiadomo, że w szpitalu rozmawia się o chorobach. Ale to sprawia, że pacjenci, słysząc historie różnych chorób i ich finału, niepotrzebnie się denerwują. Trzeba starać się uciekać od tych złych rozmów, przygnębiających dyskusji.

    Cierpienie tłumią też modlitwa i wiara.

    Absolutnie! Bywałem świadkiem, kiedy nawet ateiści w pewnym momencie zaczynali się modlić. To naturalne. Ale drugą rzeczą, którą podkreślam, jest intuicja pacjenta. Traktuję ją z dużą dozą atencji. Jeżeli pacjent mówi, że boi się operacji, boi się radioterapii, nigdy go do tego nie namawiam. Staram się szukać metod alternatywnych, zastępczych. To chorzy decydują o fundamentalnych rzeczach dla siebie. Warto się zastanowić, posłuchać siebie, wypracować swoją filozofię. Pacjent będzie inaczej traktował metody leczenia, jeśli powie: "OK, to jest to, w co wierzę, czemu ufam".

    W tych momentach, kiedy ma Pan pełną świadomość, że ratuje życie kobiecie, matce kilkorga dzieci, czuje się Pan jak Bóg wskrzeszający Łazarza? Czy może raczej jak człowiek, który wygrał właśnie walkę z Bogiem?

    Nie miałem nigdy odczucia, ani że jestem Bogiem, ani że walczę z Bogiem. Staram się zrobić to, co umiem najlepiej. Nie ma ludzi, którzy się nie mylą. Ja też miałem w swojej karierze kilka porażek. To naturalne, że odczuwam to boleśnie, choć robiłem wszystko, jak umiałem najlepiej. Ale kiedy jest sukces, to się bardzo cieszę, że to wyszło. Podkreślam, to nie jest teatr jednego aktora. Pacjent w tym sukcesie ma wielki udział - on zdecydował, że podda się zabiegowi.

    W starożytności medycyna miała wiele z magii. Zajmowali się nią kapłani i szamani. Nie ma Pan dziś, w XXI w. wrażenia, że ta magia ciągle w medycynie jest obecna?

    Na pewno. Taką magią jest leczenie słowem. Przychodzą do mnie chorzy i mówią: "Panie doktorze, my już tak naprawdę nie potrzebujemy lekarstwa. Pan nas uspokoił. Zdjął z nas stres. I niech ten spokój trwa choćby tydzień. Ale niech trwa". Wie pani, myślę sobie, że chciałbym być kapłanem. Na kapłanów inaczej patrzono. To była grupa ludzi obdarzona wielkim zaufaniem. Na lekarzy dziś często się psioczy. Trochę zapracowaliśmy na tę opinie, bo i wśród lekarzy nie wszyscy są aniołami. Ale kapłani nie byli zainteresowani tym, żeby sobie dorabiać.

    Dlaczego został Pan onkologiem?


    Trochę z przypadku. Kiedy skończyłem specjalizację z położnictwa, trafiłem do dobrej kliniki, miałem dobrego szefa. Ale położnictwo, mówiąc szczerze, trochę mnie męczyło. Bo ono głównie rozgrywa się w nocy. A ja w nocy lubię spać. (śmiech) Wyczerpywała mnie ta praca. Akurat był wolny etat na ginekologii onkologicznej. Przyszedłem do sekretarki mojego nowego szefa. Spojrzała na mnie i mówi: "Pan przyszedł do centrum onkologii, miejsca, gdzie ludzie umierają, i przyszedł pan z miejsca, gdzie się ludzie rodzą? Czy pan rozumie, co pan zrobił?". Pół roku później byłem pewien, że trafiłem dobrze. Widziałem chorych, którzy wracali do życia. Po latach mogę powiedzieć, że onkologia jest moją pasją. Mówi się, że z ginekologii można żyć. Ale to dla onkologii warto żyć.


    Rozmawiała Anita Czupryn

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Pozdrawiam i dziękuję

      Tarnowska (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 1

      W roku 2000 był Pan jeszcze docentem i ordynatorem w Warszawskim szpitalu Centrum Onkologii.Wówczas trafiłam do Pana gabinetu przy ul. Grzybowskiej.Była w krutce pomyślna operacja w Centrum...rozwiń całość

      W roku 2000 był Pan jeszcze docentem i ordynatorem w Warszawskim szpitalu Centrum Onkologii.Wówczas trafiłam do Pana gabinetu przy ul. Grzybowskiej.Była w krutce pomyślna operacja w Centrum Onkologii.Zgadzam się ze wszystkim co tu wyżej o Panu przeczytałam.Jest Pan doskonałym lekarzem i wspaniałym człowiekiem. Cudownie by było gdyby wszyscy lekarze mieli takie umiejętności i podejście do pacjenta jak Pan Profesorze. Jeszcze raz dziękuję za wszystko. Wdzięczna pacjentka.zwiń

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama