Kapitan Wrona latał po całym Żywcu

    Kapitan Wrona latał po całym Żywcu

    Łukasz Gardas

    Dziennik Zachodni

    Dziennik Zachodni

    O sentymentalnej podróży do rodzinnego miasta, białym szaleństwie, górze Żar, szybowcach i wspomnieniach z pełnego obaw, ale szczęśliwego lądowania 1 listopada 2011 r. na Okęciu, z kpt. Tadeuszem Wroną rozmawia Łukasz Gardas
    Panie kapitanie, żywczanie przywitali pana tydzień temu jak przystało na bohatera. Śpiewali, gratulowali szczęśliwego lądowania (W listopadzie 2011 roku, w dramatycznych okolicznościach pilot Tadeusz Wrona, kapitan boeinga 767 lecącego z Newark w USA z 220 pasażerami i 11 członkami załogi na pokładzie, zmuszony był do awaryjnego lądowania na warszawskim Okęciu. Kapitan Wrona bezpiecznie posadził samolot "na brzuchu" i uratował dzięki temu wszystkie osoby, które były na jego pokładzie - przyp. red.) oraz pozdrawiali wyjątkowego gościa, a w zasadzie swojego człowieka. Co pan czuje po przyjeździe do miasta, w którym się pan urodził?

    Czuję ogromną radość. To wspaniale spotkać się znów z ludźmi z terenu, gdzie spędziłem długi okres swojego życia.

    Czy to jest taka sentymentalna podróż do miejsca, w którym się pan urodził i wychowywał?
    Po części na pewno tak, bo spotykam tutaj rodzinę, a także wielu przyjaciół. Witam się z nimi, rozmawiamy i wspominamy dawne czasy. Przecież w końcu w Żywcu, ale też okolicach, mieszka większość mojej rodziny.

    Wielu mieszkańcom Żywca bardzo trudno było się do pana przedostać, bo - jak stwierdzili - "lata pan po całym mieście". Chodzi oczywiście o latanie po różnych miejscach na piechotę, a nie samolotem. Sporo osób chciało dostać autograf, zamienić z panem dwa zdania, ale nie wszystkim się to udało. Ma pan świadomość, że jest pan bohaterem?
    To głownie media do tego doprowadziły. Jeśli z kolei chodzi o znalezienie czasu dla wszystkich, to jest to bardzo trudne, ponieważ jest sporo wydarzeń z moim udziałem, na które zostałem zaproszony, a ja się spieszę, bo niestety już dziś muszę wracać do Warszawy. Bardzo chciałbym zostać dłużej, by porozmawiać z każdym, ale obowiązki mi na to nie pozwalają.

    Często przyjeżdża pan prywatnie do Żywca?
    Nie mam zbyt wiele wolnego czasu, dlatego rzadko tutaj bywam, ale zdarza mi się przyjeżdżać do mojej mamy, która mieszka w Wieprzu. Lubię swoje rodzinne strony. Nie od dzisiaj przecież wiadomo, że tutaj jest pięknie, są góry, wspaniałe lasy i czyste powietrze. W takim miejscu naprawdę można odpocząć. Oprócz tego jeżdżę też na nartach, a w tych okolicach są przecież wspaniałe trasy do uprawiania tego sportu. Mam na myśli choćby Korbielów czy Szczyrk. Żałuję, że nie mogę bywać w tym miejscu częściej. Kolejnym z moich ulubionych miejsc jest góra Żar w Międzybrodziu Żywieckim, gdzie działa Górska Szkoła Szybowcowa. Z tego miejsca również są piękne widoki.

    Czy na emeryturze ma pan zamiar przeprowadzić się na stałe na Żywiecczyznę? Rzeczywiście są takie plany?
    Myślę, że tak właśnie zrobię, bo nie wyobrażam sobie, żeby gdzieś tam moje kości tłukły się po świecie, tym bardziej po płaskich terenach. To nie może być tak, że widzę 20 km w jedną i drugą stronę. Tutaj widać tylko kawałek, bo dalej zasłaniają piękne góry i to mi się podoba. Reszty trzeba się już domyślać, co znajduje się dalej, czyli za górami. Taki pejzaż mi się podoba i w takim rejonie chciałbym zamieszkać na emeryturze. Wreszcie byłoby spokojnie, życie nie byłoby w takim pędzie. Tam gdzie teraz mieszkam, czyli pod Warszawą, jest tak płasko, że nawet oczu nie chce się rano otwierać.

    Został pan wpisany do Złotej Księgi Miasta Żywca, w której upamiętniane są osoby lub instytucje, które przyczyniły się do rozwoju kulturalnego, gospodarczego i społecznego miasta. Czy jest to dla pana ważne wyróżnienie?
    Oczywiście, że tak i bardzo się cieszę z tego powodu oraz dziękuję tym, którzy mnie nominowali. To wyróżnienie, jak też cała wizyta, są dla mnie niezwykle wzruszające, choć wpisanie mnie do takiej ważnej księgi zasłużonych w moim odczuciu jest trochę na wyrost. W związku z tym myślę, że teraz będę musiał dopiero na to zasłużyć.

    Często wraca pan do tego ubiegłorocznego, chyba najbardziej dramatycznego w pana życiu, lądowania?
    Wracam do tego zdarzenia głównie podczas wywiadów z dziennikarzami, którzy ciągle dopytują mnie o wiele różnych szczegółów.

    Co pan wtedy czuł? Tylko wielki strach?
    Poczucie strachu na pewno też mi towarzyszyło, podobnie zresztą jak pozostałym członkom załogi i pasażerom. W naszym przypadku nie mógł on jednak wziąć góry. Dlatego musieliśmy zachować zimną krew oraz starać się przezwyciężać strach. Najważniejsze było bowiem wtedy to, aby dostosować się do wszelkich procedur, które w takich przypadkach trzeba zastosować. Priorytetem było przecież, by uratować wszystkich ludzi, którzy lecieli w niesprawnym samolocie, czyli pasażerów, jak też załogę.

    Rozmawiał Łukasz Gardas


    *Burze szaleją nad Śląskiem. Idą kolejne. Zobacz zdjęcia
    *Nowy podział Śląska: koniec woj. opolskiego i śląskiego, wspólne górnośląskie
    Codziennie rano najświeższe informacje z woj. śląskiego prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama