Smolorz: Hałas piejących kogutów

    Smolorz: Hałas piejących kogutów

    Paweł Smolorz

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    Paweł Smolorz

    Paweł Smolorz ©arc.

    Ten region nie ma elit - spontanicznie rzucił do dziennikarzy marszałek Saługa, gdy obejmował urząd. Specjalnie błyskotliwe i odkrywcze to, to nie było, mogło być ważne, budzące refleksje, ale obecny śląski marszałek nie jest tak wyrazisty jak poprzednik. Mało kogo interesuje to co ma do powiedzenia.
    Paweł Smolorz

    Paweł Smolorz ©arc.

    Marszałka Saługę da się naprawić. Można posłać go do specjalistów od wizerunku, piarowców, którzy niemal z każdego przeciętniaka potrafią zrobić Clooneya polityki. Ale nie da się naprawić tego, co zrobili m.in. jego partyjni koledzy, którzy - w imię jakiejś wydumanej troski o polskość Śląska - dziobali "niepokornego", "kontrowersyjnego" dyrektora Muzeum Śląskiego, za budowanie wystawy "w duchu niemieckiego nacjonalizmu".


    Leszek Jodliński, sprawny manager, muzealnik, erudyta, intelektualista, został publicznie zjedzony przez stado piejących kogutów, tylko dlatego, że orły widzą kurnik z innej perspektywy. Odleciał za granicę - wedle staropolskiego zwyczaju, którego nie kupują niektórzy sąsiedzi, z premierem Wielkiej Brytanii na czele, a Macierz - szanując tradycje - na wskroś go pielęgnuje.

    Na Górnym Śląsku łatwo być "kontrowersyjnym". Wystarczy "być kojarzonym z RAŚ". To taka metka, na którą trzeba sobie zapracować - i nie wymaga płacenia składek. By ją zdobyć, wystarczy nauczyć się historii, bez "patriotycznych" - a może, by patriotyzmu nie znieważać - nacjonalistycznych lechickich okularów. Na ziemi, która setki lat kwitła poza obecną państwowością, nietrudno stać się wtedy trędowatym Niemcem - zakamuflowanym, a obecnie już jawnym, zdrajcą polskiej racji stanu. To chyba ta machina pchnęła już nawet redaktora Piotra Semkę - podobno intelektualistę - do twierdzenia, że górnośląska flaga, to flaga RAŚ-u.

    "Kontrowersyjny" Leszek Jodliński próbował wrócić do pracy w kraju. Miał w Krakowie objąć stanowisko dyrektora Muzeum Armii Krajowej. Tak się jednak nie stanie, bo prezydent Jacek Majchrowski, który pana Jodlińskiego wskazał na to stanowisko, poległ w ogniu "zatroskanych" o los muzeum "patriotów". Wygląda na to, że status "kojarzonego z RAŚ" - w bojaźliwym hałasie piejących kogutów - nie da "niepokornemu" dyrektorowi wyboru i wsadzi go w budę z kebabami.

    W ten sposób III RP pielęgnuje swoje niechlubne tradycje, przejęte po poprzedniej epoce. To jest zdjęty obraz z mojego wczesnego dzieciństwa; Ojca, dziennikarza, z którego zrobiono kierowcę autobusu - bo "negatywnie zweryfikowany".

    Paweł Smolorz,
    felietonista
    smolorz.com



    *Kontrowersyjna reklama Żytniej to wstyd dla całej branży. Polmos przeprasza
    *Pies uratował dziecko od śmierci! Suczka Perełka bohaterką. Oto ona
    *Sosnowiec lepszy od Katowic. Ulica Małachowskiego bardziej zabawowa niż Mariacka
    *Przepis na leczo SPRAWDZONY I NAJSZYBSZY
    *Gdzie jest Basia, która jako dziecko zaginęła 15 lat temu? Rodzice wciąż szukają

    Czytaj także

      Komentarze (141)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      skonczyliscie juz

      Tyta (gość)

      Zgłoś naruszenie treści

      z tymi waszymi welunkami?

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Szlezjodojcze, profda, ino profda wom do ukojenie

      filatelista (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 2

      RACHELA OLEWSKI Z D. ZELMANOWICZ - WSPOMNIENIA Z OKRESU PRZED DEPORTACJĄ GETTA W BĘDZINIE
      AutorzyAktualizuj tekst i lokalizacjęAktualizuj kształtDodaj zdjęcieDodaj audioDodaj film
      Poniższe...rozwiń całość

      RACHELA OLEWSKI Z D. ZELMANOWICZ - WSPOMNIENIA Z OKRESU PRZED DEPORTACJĄ GETTA W BĘDZINIE
      AutorzyAktualizuj tekst i lokalizacjęAktualizuj kształtDodaj zdjęcieDodaj audioDodaj film
      Poniższe wspomnienia Racheli Olewskiej z d. Zelmanowicz stanowią fragment książki "Crying is forbidden here", wydanej w Izraelu w 2009 r. Dziękujemy wydawcy, Arie Olewskiemu za zgodę na zamieszczenie materiału na stronie www.sztetl.org.pl

      W bunkrze

      Byliśmy w bunkrze wewnątrz pokoju. Wchodziliśmy do bunkra przez dziurę w ścianie i mój brat stawiał szafkę na dziurze. Bunkier stanowił duży pokój z szafką i mieliśmy wiadro wody.
      - Czy bunkier był pod ziemią?
      - Nie, w środku mieszkania, w pokoju, wewnątrz.
      - Wewnątrz pokoju?
      - Tak. Była ściana i szafka stała przy ścianie. Zapamiętałam do dziś wiele zdarzeń. Mieliśmy wiadro wody do picia oraz wiadro do toalety (....)
      - Czy to było przed deportacją? To zapewne było w czerwcu.
      - Deportacja była w sierpniu. Było tak gorąco w bunkrze. Były tylko małe okienka i ludzie nie mogli znieść tych warunków. Byli tacy, którzy zeszli.
      - Ilu ludzi było w bunkrze?
      - Wszyscy mieszkający w domu, nawet nie wiem ilu. Było wielu ludzi. Wiesz, każdy próbował ucieczki. To zdarzyło się, gdy pełniłam wartę nocną. Siedziałam z kimś i pilnowaliśmy przez okno i widzieliśmy jakieś ruchy. Wtedy pobiegłam, pamiętam, miałam biegunkę. Widziałam zbliżających się Niemców. Zaczęłam biec do bunkra. Był wtedy w domu mój brat i postawił szafkę na dziurę i wyszedł. Usłyszałam pytanie: "Gdzie są wszyscy?". A on powiedział: "Też ich szukam. Wszedłem i nikogo nie było w domu". I Niemcy go zabrali.
      - Kto przygotował bunkier?
      - Nie wiem. Był bunkier, zamknęli ścianę w tym pokoju. Ale wcześniej był bunkier pod podłogą, jak piwnica. I były drzwi, które się otwierały i ludzie wychodzili. Przebywałam w pokoju powyżej. Myślałam, że ponieważ mam zaświadczenie z szopu, to nie zabiorą mnie. Wszyscy schodzili z dziećmi. A kiedy żydowscy policjanci weszli by "pomóc" Niemcom szukać ludzi, przesunęli sofę i szafkę nad wejście w podłodze i rzucali różne rzeczy do środka pokoju, który był dokładnie w miejscu wejścia do bunkra.
      - Czy oni ostrzegali was przed "akcją"?
      - Nie zawsze wiedzieliśmy.
      - Skąd wiedzieliście kiedy zejść do bunkra?
      - Kiedy widzieliśmy, że się zbliżają, każdy biegł do pokoju. Każdy był przygotowany. Ludzie mieli własne pakunki i wszystko naszykowane, by je złapać i biec.
      - Czy wiedzieliście co dzieje się z wysiedlonymi Żydami?
      - Czy wiedzieliśmy? Dokładnie nie. Wiedzieliśmy jedynie co Niemcy szykują. To jest inna opowieść. Kiedy ciągle żyłam przy głównej ulicy, była deportacja z Oświęcimia. Przyjechali ludzie i przyjęliśmy do naszego domu młodą kobietę z Oświęcimia. Ona miała polskiego przyjaciela (Niemcy zostawili Polaków) w Oświęcimiu. Więc on przyjechał do niej i powiedział: "Nie wiesz co oni robią w Auschwitz? Przygotowują wielki obóz". To wszystko co wiedzieliśmy.
      - Skąd to wiedział?
      - Wiedział. Pracował tam. Pracował w Oświęcimiu przygotowując obóz. Miał tam pracę. Więc powiedział jej. Ale on sam nie wiedział co dokładnie tam będzie. Żydzi przyjechali do Będzina, przyjechali do Sosnowca i rozproszyli się po różnych zwiń

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Tu mocie sfoich reprezentantów Szlezjodojcze

      filatelista (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 3 / 3

      ABRAHAM GREEN (UR. 1928) – O RODZINIE, ŻYCIU W CZELADZI, POBYCIE W OBOZIE I ZIOMKOSTWIE W IZRAELU
      AutorzyAktualizuj tekst i lokalizacjęAktualizuj kształtDodaj zdjęcieDodaj audioDodaj film
      ARTYKUŁ...rozwiń całość

      ABRAHAM GREEN (UR. 1928) – O RODZINIE, ŻYCIU W CZELADZI, POBYCIE W OBOZIE I ZIOMKOSTWIE W IZRAELU
      AutorzyAktualizuj tekst i lokalizacjęAktualizuj kształtDodaj zdjęcieDodaj audioDodaj film
      ARTYKUŁ ZWERYFIKOWANY

      W styczniu 1945 r., w niedzielę, więźniom nakazano ustawić się w rzędzie. Baruch Meister powiedział im, że zostaną przeniesieni do Fimptichen (obozu pracy i obozu koncentracyjnego), który był częścią Gross-Rosen. Więźniom dano wtedy więźniarskie mundury, ale dalej pracowali w tym samym miejscu. Sytuacja Abrahama była całkiem dobra, i od czasu do czasu przynosił chleb Fajwlowi Goldfreindowi, mężowi swej ciotki. Fajwel przeżył wojnę i wyemigrował do Palestyny.
      W nowym obozie oprócz Żydów znajdowali się również polscy, ukraińscy i niemieccy więźniowie. W obozie panował chaos, a więźniowie byli agresywni. Żydowscy więźniowie pracowali razem z polskimi i niemieckimi cywilami, od których słyszeli plotki o postępie wojny.

      21 stycznia 1945 r. powiedziano im, że następnego dnia opuszczają obóz i udają się do Gross-Rosen. To właśnie to wydarzenie później nazwano „marszem śmierci”. Więźniowie mieli dwie godziny, aby przygotować się do podróży. Abraham dowiedział się, że jego wujek Fajwel trafił do obozowego szpitala. Był zbyt słaby, by iść i tylko pobłogosławił Abrahama na drogę. Abraham musiał opuścić obóz bez niego. Szli przez 5 dni, w środku zimy, aż dotarli do Gross-Rosen. W tym czasie, przeznaczenie lub opatrzność boska ocaliła wujka Fajwla, gdyż dwa dni po tym jak Abraham opuścił obóz, przybyli Rosjanie i wyzwolili obóz.

      Jeden z więźniów, rabi Chaim był starszy od Abrahama i jego znajomych. Był on kimś w rodzaju mentora dla młodszych więźniów, którym był bardzo bliski. Starali się mu pomóc dojść do celu, jednakże po jednym z postojów, Chaim nie miał siły, by iść dalej i został zastrzelony przez jednego z esesmanów. Rabi Chaim był jednym z wielu Żydów, którzy w ten sposób zakończyli swe życie. Abraham pamięta, jak śnieg zrobił się czerwony od jego krwi. Więźniowie przebywali w Gross-Rosen dwa dni w pustych barakach bez latryn. Dano im bochenki chleba i trochę dżemu, i umieszczono na otwartych wagonach towarowych. Wielu więźniów zmarło w pociągu, a jako że w wagonach panował ścisk, ci, którzy wciąż żyli, siedzieli na martwych ciałach. Kiedy pociąg dotarł na stację w Weimarze, został zbombardowany z powietrza. Podczas gdy niemieccy żołnierze ukrywali się w bunkrze dworcowym, u więźniów głód przezwyciężył strach i zaczęli otwierać torby, które znaleźli na stacji i zabierać z nich jedzenie.

      Z Weimaru szli dziewięć kilometrów pieszo do Buchenwaldu, obozu w którym w roli nadzorujących osadzono niemieckich więźniów komunistycznych. Obóz był przepełniony, więc nowoprzybyli spali na materacach w wielkich namiotach, cierpiąc z przeraźliwego zimna. Kolejki po jedzenie były tak długie, że „śniadanie” więźniowie otrzymywali dopiero popołudniu. Podczas jednego apelu, poproszono by na ochotnika wystąpiło trzydziestu więźniów. Abraham i dwudziestu dziewięciu innych więźniów zostało przewiezionych do Altenburga. Był to obóz dla kobiet, w którym ukraińskie i węgierskie Żydówki produkowały ręczne granaty dla Niemców. Abraham i jego przyjaciele zajmowali się utrzymaniem obozu.

      Miesiąc później do obozu przybył dowódca SS, który oznajmił, że nadchodzą Rosjanie i będą zabijać więźniów. Znów byli zmuszeni opuścić obóz. Szli do Waldenburga, wioski pomiędzy Weimarem i Dreznem. Szli przez wioskę w strugach deszczu, kiedy nagle usłyszeli strzały. Niemcy rozkazali im iść do lasu, gdzie nagle zauważyli amerykańskie flagi i znaki. Niemieccy strażnicy poddali się Amerykanom, a Amerykanie zabrali więźniów z powrotem do Waldenburga, gdzie więźniowie mieszkali w pustych mieszkaniach. Następnego dnia Abraham usłyszał w radio, że dzień wcześniej zmarł amerykański prezydent Roosevelt, i tak poznał datę swego uwolnienia. Był to 13 kwietnia 1945 roku.

      Trzy dni po wyzwoleniu Abraham wyruszył w podróż do domu. Kiedy przybył do Czeladzi spotkał czterech Żydów,zwiń

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      fila, sandmanku,

      Tyta (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 4 / 2

      a wiela to zescie wy gorole wysiedlanym Slonzokom na droga napakowali?,
      bo tyz duzo ludzi pomarlo, mozno zescie jym "przeterminowane" jedzynie narychtowali?

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Gott mit uns Shlonsaken

      filatelista (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 4 / 2

      Potomkowie tych co tu plują, rybniczanina, karlusów i inkszych nazistowskich abfali.
      ARTYKUŁ O WYSIEDLENIACH Z ŻYWIECCZYZNY W CZASIE DRUGIEJ WOJNY ŚWIATOWEJ.
      AutorzyAktualizuj tekst i...rozwiń całość

      Potomkowie tych co tu plują, rybniczanina, karlusów i inkszych nazistowskich abfali.
      ARTYKUŁ O WYSIEDLENIACH Z ŻYWIECCZYZNY W CZASIE DRUGIEJ WOJNY ŚWIATOWEJ.
      AutorzyAktualizuj tekst i lokalizacjęAktualizuj kształtDodaj zdjęcieDodaj audioDodaj film
      Jeden policjant odprowadzał rodzinę wysiedlonych do tzw. punktu zbornego (Sammellager), drugi pozostawał na miejscu pilnując dobytku. Punkty zborne zorganizowano w Rajczy, Suchej, Żywcu – w starej szkole w Zabłociu, a drugi w dawnym domu Sokoła (dziś Miejski Dom Kultury). Na placach dokonywano podziału wysiedlanych na grupy po 40 osób i wyznaczano starszego, który niósł tablicę z numerem odpowiadającym numerowi wagonu. Przeznaczeni do wysiedlenia udawali się piechotą do tzw. Auffangslager, skąd wyruszały transporty do Generalnej Guberni. W „Sammellagrach” wysiedloną ludność poddawano odpowiednim badaniom rasowym. Przeprowadzał je SS-Obersturmbannführer Lorenz z Centrali Przesiedleńczej (Umwandererzentrallstelle) w Poznaniu oddział w Łodzi. Osoby „wartościowe” pod względem rasowym oddzielano od pozostałych.

      W myśl przepisów niemieckich, landrat żywiecki Hering miał zapewnić utrzymanie wysiedlonym na 14 dni. Wysiedleni mieli otrzymać po 20 złotych i pewną ilość towaru na jedną osobę, czyli: 7 kg kaszy, 4 kg chleba, 350 g marmolady, 500 g mąki oraz pewną ilość mleka dla karmiących oraz niemowląt. W praktyce było jednak inaczej a pieniądze wysiedleni mieli oddać, jeśli jeszcze je posiadali.

      Po opuszczeniu domu przez gospodarzy do akcji przystępowało tzw. Ordungkommando, aby przeprowadzić akcję porządkową. Dowódca takiej grupy miał wyznaczone do zasiedlenia domy, które najpierw myto i szorowano, a później zaopatrzono w ewentualnie potrzebne sprzęty gospodarstwa domowego. Specjalna grupa zwana Desinfekteure rekrutująca się spośród tzw. Rükenwanderer zajmowała się dezynfekcją pomieszczeń. Do czyszczenia pomieszczeń przez oddziały, na czele których stał tzw. Waschtruppführer, wykorzystywano głównie Żydów. Dowódca tej grupy po zakończeniu akcji wieszał w pomieszczeniu portret Hitlera a inny policjant - Fahnentruppführer umieszczał na budynku hitlerowską flagę, co miało być znakiem, że budynek jest gotów do zasiedlenia i wszelkie prace zostały zakończone.

      Pierwsi osadnicy niemieccy przybywali do opuszczonych gospodarstw od godziny 15. Określone urzędy prowadziły nowe pomiary ziem i nowe mapy przydzielonych osadnikom gospodarstw. Zabezpieczono także ujęcia wody pitnej, która do chwili przebadania mogła być tylko używana po wcześniejszym przegotowaniu. Bardzo często nowo przybyli osadnicy doznawali rozczarowania, gdyż obiecywano im wielkie gospodarstwa i dobre ziemie, wielkie murowane domy, a na miejscu zastali drewniane góralskie domy i grunty orne w większości V i VI klasy. Po początkowym efekcie zaskoczenia, mieszkańcy Żywiecczyzny zaczęli wysprzedawać swój dobytek, a bydło kryto po lasach. Członkowie „ Hofposten” mieli zadbać o pozytywne nastawienie nowych gospodarzy, przypomnieć o misji dziejowej Niemiec i obiecać poprawę warunków życia.

      „Akcję żywiecką” oficjalnie zakończono 12 grudnia 1940 roku. W tym dniu Politzei-Batalion Nr. 83, który brał udział w organizowaniu akcji, opuścił powiat żywiecki. Landtrat żywiecki w oficjalnym piśmie do prezydenta rejencji donosił ze akcję przeprowadzono bez żadnych problemów, a oddział wykazał się „ wzorową dyscypliną”.

      W sumie w ramach „Saybusch-Aktion” trwającej do 31 stycznia 1941 roku wysiedlono 19.856 mieszkańców powiatu żywieckiego. zwiń

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Pieronsko cyntralizycja

      Opa (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 1

      Mocie prawie Panie Schmolosch! Nur so weiter, mein Herr! Ouone niy chyciouy co to federacjo.

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Ino profda Szlonsaken wos ukoi

      filatelista (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 5 / 8

      BOLESŁAW PALIKOT
      urodził się 17 kwietnia 1935 roku we wsi Wola Mała k/Biłgoraja. Opowiada:
      Mój dom rodzinny znajduje się około 1 km. od głównej drogi Biłgoraj - Zamość. W dniu 28 września 1939...rozwiń całość

      BOLESŁAW PALIKOT
      urodził się 17 kwietnia 1935 roku we wsi Wola Mała k/Biłgoraja. Opowiada:
      Mój dom rodzinny znajduje się około 1 km. od głównej drogi Biłgoraj - Zamość. W dniu 28 września 1939 roku do wsi wkroczyły wojska sowieckie, zaś po około dwu tygodni wkroczyły wojska hitlerowskie.
      We wsi były dwa tartaki, jeden należał do rodziny polskiej, natomiast drugi do rodziny żydowskiej Grynapel. Rodzina ta razem z wojskami sowieckimi wyjechała do Rosji.
      W 1940 r. Niemcy zlikwidowali tartak, natomiast sprzęt przekazali rodzinie polskiej, która to już posiadała tartak. W zamian zostali zobowiązani do produkcji tarcicy na rzecz Armii Niemieckiej. W 1942 roku mając siedem lat rozpocząłem uczęszczać do Szkoły Podstawowej w Biłgoraju. Do tej Szkoły nie chodziłem długo. Otóż wczesnym rankiem 26 czerwca 1943 roku wieś nasza została otoczona przez wojska Wermachtu i Żandarmerii i zaczęła się akcja wysiedleńcza.
      Mieszkańcy zostali zgromadzeni przy drodze Biłgoraj - Zamość na leśnym uroczysku zwanym ,,Olszowe Stawki". Na placu została przeprowadzona kontrola i selekcja. Ci mieszkańcy co mieli dokumenty, że są pracownikami miejscowego tartaku zostali zwolnieni. Moja rodzina: ojciec, mama, brat i mnie załadowano na samochody i przewieziono do obozu w Zwierzyńcu. W czasie transportu jedni się modlili a inni płakali. W obozie Zwierzyniec byliśmy dwa dni.
      Po czym załadowano nas do wagonów towarowych i przewieziono do Lublina na ul.Krochmalną, po przeprowadzonej selekcji, uformowano z nas kolumnę i pod eskortą wojska i SS przeszliśmy do obozu Majdanek. Tutaj najpierw skierowano nas do łaźni. Pamiętam był początek lipca 1943 r. Będąc zamknięci w tej łaźni zostaliśmy poinformowani przez żołnierza Wermachtu (który znał język polski), że zostaniemy zagazowani. Widać, że był tym bardzo przejęty. Był dobry dla nas,gdyż jak w nocy miał wartę to otwierał okna aby dostarczyć świeżego powietrza.Po trzech dniach w oczekiwaniu na śmierć, zmieniono decyzję i umieszczono nas w barakach obozowych.
      Przeprowadzono nastpną selekcję, mężczyzn i dzieci powyżej 14 roku życia umieszczono oddzielnie. Natomiast matki z małymi dziećmi w innych barakach.Nasze ubrania spakowaliśmy w worki, po czym wydano nam ubrania więzienne (pasiaki). Tak ubrani zostaliśmy skierowani do baraku na polu nr 5. Znajdował się na skraju i graniczył z polem, na którym były zgromadzone kobiety z dziećmi narodowości rosyjskiej i cygańskiej, od strony południowej znajdowały się baraki narodowości żydowskiej. Z kolei od strony północnej w odległości około 1,5 km. znajdowało się krematorium. Każdego ranka i wieczorem przeprowadzane były apele, na których to blokowi składali meldunki esesmankom o stanie osobowym baraku. Nasz barak był pod opieką Pań zatrudnionych przez Szwedzki Czerwony Krzyż.
      Do jedzenia dostawaliśmy gotowane ziemniaki w mundurkach (często zgniłe), kapustę oraz kawałek chleba.
      Dla małych dzieci raz w tygodniu przydzielano talerz zupy mlecznej z rozgniecionymi ziarnami owsa, po który w kolejce musiała stać mama. Jednak część matek nie zgłaszała się po zupę, gdyż ze względu na wycieńczenie organizmu nie były w stanie i nie miały sił stać w kolejce.
      Pamiętam,że pod koniec lipca 1943 r .cały dzień pędzono do krematorium ludność narodowości żydowskiej . W tym czasie nasz barak był zamknięty i pilnowany by nikt z nas go nie opuścił, gdyż w ten sposób mógł dołączyć do kolumny żydowskiej. Po chwili z kominów krematorium zaczął unosić się czarny, cuchnący dym, który roznosił się po całym polu obozowym. Pod koniec lipca 1943 r. poinformowano nas, że idziemy do łaźni i na badania lekarskie. ,, A więc to koniec - idziemy do pieca".
      Tylko taka myśl kłębiła nam się w głowach. Jednak były to przedwczesne obawy, gdyż po badaniach oznajmiono nam, że jesteśmy zdrowi i zostaniemy wywiezieni do III Rzeszy na przymusowe roboty. Uformowano nas w kolumnę, otoczono kordonem żołnierzy i pędzono do stacji kolejowej. Tutaj po raz pierwszy dostaliśmy kaszę jaglaną z mlekiem. Jednak mama pilnzwiń

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Szlezjodojcze, profda, ino profda wom do ukojenie

      filatelista (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 4 / 7

      WSPOMNIENIA ANITY LASKER-WALLFISCH
      Społeczność żydowska przed 1989 – Relacje, wspomnienia
      Polska / dolnośląskie
      AutorzyAktualizuj tekst i lokalizacjęAktualizuj kształtDodaj zdjęcieDodaj...rozwiń całość

      WSPOMNIENIA ANITY LASKER-WALLFISCH
      Społeczność żydowska przed 1989 – Relacje, wspomnienia
      Polska / dolnośląskie
      AutorzyAktualizuj tekst i lokalizacjęAktualizuj kształtDodaj zdjęcieDodaj audioDodaj film
      ARTYKUŁ ZWERYFIKOWANY

      „Anita Lasker-Wallfisch urodziła się w 1925 r. w bogatej rodzinie wrocławskich Żydów. Jej ojciec był odnoszącym sukcesy prawnikiem, dumnym ze swego niemieckiego dziedzictwa, mimo że urodził się w Kępnie należącym od 1918 r. do Polski. Jej matka była zdolną skrzypaczką. Muzyka klasyczna i nauka języka francuskiego stanowiły część edukacji trzech córek małżeństwa Laskerów. W niedziele Anita uczyła się języka francuskiego na prywatnych korepetycjach u francuskiej guwernantki, dlatego już jako nastolatka znała biegle ten język. Uczęszczała do szkoły prywatnej, gdzie zetknęła się z pewnymi przejawami antysemityzmu. Na ulicy od czasu do czasu wołano na nią „brudna Żydówka”. Rodzice Anity nie byli do końca przekonani, że nazizm stwarza długoterminowe zagrożenie dla nich i dla państwa. Ojciec jej należał do, jak sama to opisywała, „niepoprawnie optymistycznych Żydów”. Wierzył, że ten nonsens wkrótce się skończy, gdy Niemcy się opamiętają. Rodzice rozważali emigrację, ale ojciec był jej, co zrozumiałe, niechętny – wykształcony w niemieckim systemie prawnym, nie byłby zdolny do wykonywania innego zawodu gdzie indziej. Rodzice Anity wiedzieli, że istnieją także przyzwoici Niemcy nienawidzący Hitlera, czego doświadczyli wiele razy. W czasie „nocy kryształowej” przyjaciel rodziny Walter Mathias Mehne, właściciel fabryki skrzypiec, woził ojca Anity przez kilka godzin po całym mieście, dzięki czemu uniknął on aresztowania przez gestapo. Książę Kunigl, także niebędący Żydem, znalazł sposób na wynajęcie ojca Anity jako pełnomocnika w skomplikowanym procesie sądowym i zrobił wszystko, by ochronić Laskerów przed deportacjami. Jednak nawet to nie pomogło i 09.04.1942 r. rodzice zostali wysłani do Izbicy, niedaleko Lublina, gdzie Żydzi z Wrocławia zostali zmuszeni do wykopania dla siebie grobów, a następnie rozebrani i rozstrzelani.

      Do tego czasu najstarsza z córek – Marianne – osiedliła się w Wielkiej Brytanii. Z jakiejś przyczyny dwie młodsze córki – Anita i jej starsza siostra Renate (ur. 1924 r.) nie pojawiły się na liście deportowanych. Obie chciały dołączyć do rodziców, ale oni nie chcieli o tym słyszeć. Ostatnią instrukcją od ojca Anity były słowa: „Uważaj, jak stawiasz kroki. Wiązało się to z tym, że stawiała ona stopy do środka, a miała próbować poruszać się bardziej elegancko”. Anita i Marianne mogły przeżyć dzięki ciężkiej pracy w fabryce. Obie mieszkały z 82-letnią babcią do momentu, gdy została ona deportowana. Dziewczyny planowały uciec do nieokupowanej części Francji. Miały im w tym pomóc aryjskie papiery. Zostały jednak złapane przez gestapo zanim wsiadły do pociągu. Schwytane, zdecydowały się na połknięcie cyjanku, jednak okazało się, że ich kolega Konrad Latte zastąpił cyjanek bezpieczną, słodką substancją. Po przesłuchaniu zostały osadzone w celi, gdzie czekały na wyrok. Anita wspomina, że traktowano je tam dosyć łagodnie, ponieważ jeden z byłych kolegów jej ojca interweniował w ich sprawie. Obie pozostały w więzieniu przez 9 miesięcy, od 16 września do 5 czerwca 1943 roku. W tym czasie większość Żydów, która jeszcze pozostała we Wrocławiu, została deportowana na wschód. Był to los zdecydowanie gorszy niż przetrzymywanie w więzieniu, gdzie warunki były złe, ale znośne.

      W końcu Anita i Renate stanęły przed Sądem Specjalnym, który oskarżył je o „fałszerstwo”, „udzielanie pomocy wrogom” i „próbę ucieczki”. Nie był to oczywiście uczciwy proces. Renate skazano na 18 miesięcy więzienia, nie wliczając w to pobytu w areszcie. Anitę skazano na 3,5 roku ciężkich robót. Ale ten wyrok okazał się szczęściem w nieszczęściu. Na początku grudnia 1943 r. Anita została deportowana do Auschwitz, gdzie została zaklasyfikowana jako więzień z kartoteką, co sprawiło, że uniknęła natychmiastowej śmierci w komorze gazowej, żebzwiń

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Yno prowda was gorole ukoi

      Rybniczanin-Ślonzok (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 11 / 4

      Armia Czerwona nie dzialala sama.Scisle wspolpracowala z polskimi kumunistami.ojcami i Dziadkami obecnych tu filatelistów Sandmanów Lutków i Smiechów Widac,ze ci ludzie jakze szybko zapomnieli o...rozwiń całość

      Armia Czerwona nie dzialala sama.Scisle wspolpracowala z polskimi kumunistami.ojcami i Dziadkami obecnych tu filatelistów Sandmanów Lutków i Smiechów Widac,ze ci ludzie jakze szybko zapomnieli o tych mordercach w polskich mundurach.Nie mozna tez zapomniec udzialu Zydow w tej akcji "oczyszczania" Polski z elementow niepewnych.Obozy koncentracyjne na Slasku,nieomalö w kazdej miejscowosci,mialy swoich komendantow Zydow.Moze pamietacie takich zbrodniarzy,jak Morel.Margules,oraz Ubekow..zwiń

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Yno prowda was gorole ukoi

      Rybniczanin-Ślonzok (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 10 / 3

      obóz był zarządzany przez UB a jego naczelnikiem był Salomon Morel. Żyd Polskiego pochodzenia Od lutego 1945 był komendantem Obozu Zgoda w Świętochłowicach gdzie, w całym okresie istnienia obozu...rozwiń całość

      obóz był zarządzany przez UB a jego naczelnikiem był Salomon Morel. Żyd Polskiego pochodzenia Od lutego 1945 był komendantem Obozu Zgoda w Świętochłowicach gdzie, w całym okresie istnienia obozu zginęło 1855 osób (przypadki udokumentowane przez IPN, domniemana liczba ofiar jest większa). Powodem była głównie epidemia czerwonki, tyfusu plamistego i tyfusu brzusznego, które powstały i rozprzestrzeniły się w wyniku głodu oraz trudnych warunków sanitarnych i higienicznych, dochodziło również do tortur, gwałtów oraz morderstw na terenie obozu. Do obozu kierowano osoby bez żadnych sankcji prokuratorskich, na podstawie decyzji władz bezpieczeństwa. W większości więźniami obozu byli Ślązacy oraz obywatele III Rzeszy, część więźniów stanowili również Polacy z tzw. "Centralnej Polski" oraz co najmniej 38 obcokrajowców (Austriacy, Belg, Czesi, Francuzi, Jugosłowianie, Rumuni). Występowały przypadki, że do obozu wraz z rodzicami kierowano dzieci. Władze starały się przekonać mieszkańców Śląska, że do obozu trafiają wyłącznie Niemcy oraz kolaboranci. Teodor Duda, dyrektor Departamentu Więziennictwa i Obozów, ukarał Morela 3-dniowym aresztem domowym oraz potrąceniem 50% z pensji za to, że Morel dopuścił do rozwinięcia się epidemii tyfusu oraz nie poinformował o tym na czas zwierzchników a także, za inne uchybienia w prowadzeniu obozu. Obóz został zlikwidowany 16 listopada 1945 roku, zaś Salomon Morel został przeniesiony na stanowisko komendanta do innego obozu. 17 września 1946 władze PRL odznaczyły go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. zwiń

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama