Dlaczego proboszcz uciekł

    Dlaczego proboszcz uciekł

    Jolancie Pierończyk

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    Tyski kościół Jana Chrzciciela powstał przed 50 laty. Arcybiskup Damian Zimoń był wtedy młodym wikarym w jedynym wówczas w tym mieście kościele Marii Magdaleny. Był mocno zaangażowany w budowę nowej świątyni. O tym, dlaczego władze nie chciały dopuścić do jej powstania, metropolita katowicki opowiada Jolancie Pierończyk
    To była ze wszech miar niezwykła uroczystość - wspomina arcybiskup Damian Zimoń poświęcenie 50 lat temu 21 grudnia 1958 roku tyskiego kościoła Jana Chrzciciela. Kiedy 55 lat temu rozpoczęto - jak wtedy mówiono - "realizację miasta Nowe Tychy", w starym miasteczku Tychy był tylko jeden kościół, pw. św. Marii Magdaleny. W nim właśnie młodym wikarym był wówczas obecny metropolita katowicki Damian Zimoń. Ten jedyny kościół nie był jednak w stanie pomieścić parafian, których liczba gwałtownie rosła w czasie wznoszenia i zasiedlania w mieście kolejnych osiedli. Dopiero jednak po "odwilży" politycznej 1956 roku - 8 stycznia 1957 roku wydano zgodę na budowę pierwszej nowej świątyni w Tychach.
    Budowniczym kościoła na polach żwakowskich został ks. Jan Kapołka. Projektantem był inż. arch. Zbigniew Weber, a konstruktorem inż. Tadeusz Szczęsny. Rozpoczęcie budowy nastąpiło w sierpniu 1957 roku.

    - Tychy kościołów miały nie mieć. Tym większa była więc nasza radość, gdy święciliśmy powstanie nowej świątyni. Zwłaszcza, że zgoda na jej powstanie została szybko cofnięta i rozpoczęta budowa napotykała na wiele problemów. Tylko determinacja ks. Jana Kapołki, budowniczego tego kościoła i jego proboszcza, doprowadziła do stanu, kiedy możliwe było poświęcenie, nim władze zdołały wydać decyzję o innym przeznaczeniu tego obiektu. Napięcie, jakie wówczas towarzyszyło temu wydarzeniu było jednak tak duże, że w decydującym momencie ks. Kapołka... zniknął - wspomina ksiądz arcybiskup.

    Dzisiejszy metropolita katowicki, jak wszyscy księża z Tychów, był wówczas mocno zaangażowany w budowę nowego kościoła w mieście. Do dziś arcybiskup Damian Zimoń pamięta, jak z kolegami zwykłą kosą kosili trawę w miejscu, w którym w roku 1957 miała ruszyć budowa.

    - Zniknięcie proboszcza bardzo nas zaskoczyło. Nie byliśmy przygotowani na odprawienie liturgii bez niego, ale Msza musiała się odbyć - wspomina metropolita katowicki. - A potem biskup Herbert Bednorz obchodził kościół z zewnątrz i święcił jego mury. Tłok był tak duży, że siłą rzeczy i my, księża, byliśmy stłoczeni wokół biskupa. I pamiętam, że oberwało mi się kropidłem w głowę - opowiada metropolita katowicki.

    W dniu poświęcenia kościoła ilość mieszkańców do niego przydzielonych wynosiła piętnaście tysięcy. Wydarzenie sprzed pół wieku dobrze zapisało się w pamięci arcybiskupa Zimonia, bowiem zniknięcie proboszcza szybko okazało się... nieprzypadkowe. Już nazajutrz po poświęceniu kościoła ks. Kapołka został bowiem wezwany do ówczesnych władz, żeby się wytłumaczyć z uroczystości, na którą nie było zgody.

    - I wtedy z czystym sumieniem mógł odpowiedzieć, że jego tam nie było. Że kościół poświęcił biskup bez jego udziału. A biskupa już jakoś nie mieli odwagi pytać - wyjaśnia metropolita katowicki.

    Nie był to oczywiście koniec kłopotów z nową świątynią w Tychach, bo władze, mimo wszystko, nie uznały tego kościoła i aż do 28 marca 1976 roku nie dały pozwolenia na odprawianie w nim nabożeństw. A ponieważ się one jednak odbywały, karą grzywny karano zarówno ks. Wilhelma Słomkę, ówczesnego proboszcza parafii Marii Magdaleny, jak i ks. Jana Kapołkę.

    Tymczasem nowego kościoła, jak podkreśla arcybiskup Damian Zimoń, oczekiwali przede wszystkim repatrianci z kresów wschodnich, którzy opuszczali ziemie zabrane po wojnie przez Sowietów, bo pozostanie oznaczało wyrzeczenie się Boga. I tłumnie przybywali na msze, choć nowoczesna architektura kościoła pw. Jana Chrzciciela zaskoczyła wielu parafian przyzwyczajonych do tradycyjnych, starych kościołów o bogatych zdobieniach. Niektórym nie odpowiadała prostota i surowość stylu kościoła, a Chrystus Ukrzyżowany - dzieło inż. Webera do dziś jest przedmiotem kontrowersyjnych opinii.

    W obronie nowego domu Bożego stanął nieznany z nazwiska parafianin Teodor, którego list z 1 stycznia 1959 roku przetrwał w kronikach kościoła. Czterostronicowy maszynopis jest jedną wielką pochwałą nowej architektury. "Ponieważ Chrystus, który kocha skromność i ubóstwo, chce mieć skromny kościół - pisał - nawet taki niedokończony, bez drzwi, gdzie wiatr wieje, bo w takiej szopie bez drzwi urodził się w Betlejem. (...) W żadnej innej wyzłacanej świątyni nie czuje się on tak przytulnie (...) jak wśród tych surowych murów. Nigdzie indziej śpiewanie kolęd nie wychodzi tak naturalnie jak tu (...) Oddając nam do użytku surowy, niewykończony kościół, nie chce złota, przepychu, ornamentów, kaloryferów. Chce, żeby zimny wiatr wiał do świątyni, ale żeby tę świątynię rozgrzały nasze serca".

    W swoim liście parafianin Teodor wręcz upominał proboszcza, by nie nazywał już więcej tej świątyni nowoczesną, bez tradycji, bo w jego przekonaniu ta świątynia to wzór tej pierwotnej, z początku chrześcijaństwa, kiedy to na modły ze świecami pierwsi chrześcijanie spieszyli do grot, katakumb.

    Nowoczesna architektura pierwszego kościoła w Tychach, które - jak już zaznaczył arcybiskup - z założenia miały być miastem bez kościołów, nie była jednak czymś szczególnie nowym w Polsce.

    - Próby zerwania z eklektycznym powielaniem historycznych wzorów w budowie kościołów sięgają II Rzeczpospolitej - wyjaśnia architekt Andrzej Czyżewski, bliski współpracownik projektantów Nowych Tychów.

    - Już przed wojną powstawały takie kościoły. Najbardziej znanym przykładem jest kościół św. Rocha w Białymstoku, projektowany przez prof. Oskara Sosnowskiego, jednego z wybitniejszych polskich architektów działających w okresie międzywojennym.

    Tyski kościół Jana Chrzciciela nie mógł wyglądać inaczej, skoro i projektant, i sam budowniczy, ks. Kapołka, byli zwolennikami sztuki nowoczesnej.

    Mało kto jednak rozumiał metaforę, jaką niósł równie nowoczesny, żeby nie powiedzieć awangardowy wystrój. Bardzo trafnie odczytał ją jeden z ówczesnych parafian, zapisując to w kronikach kościoła. Dla niego od początku Chrystus namalowany przez Zbigniewa Webera, wprost na cegle był metaforą współczesnego eliminowania niewygodnych jednostek. Wszak w XX wieku, zamiast przybijania do krzyża, stawiano ludzi pod ścianą, do rozstrzelania. Ten parafianin, patrząc na to malowidło nad ołtarzem, wyobrażał sobie, że gdyby Chrystus żył w XX wieku, mógłby zginąć właśnie pod taką ścianą, od strzału w głowę.

    Wielu parafian jednak do dziś niechętnie patrzy na to nowoczesne malowidło. Z ich niechęcią przegrała równie awangardowa, dość abstrakcyjna Droga Krzyżowa, także namalowana wprost na ceglanych ścianach. Przychylając się do protestów, sam biskup Herbert Bednorz wydał polecenie jej zamalowania. Obecna jest dziełem tyskiej malarki, Reginy Lipeckiej. Prace wykończeniowe kościoła Jana Chrzciciela trwały... 40 lat. Jak już wcześniej przeczytaliśmy w liście parafianina Teodora, w chwili poświęcenia stały tylko ściany, które powstały w kilkanaście miesięcy. Natomiast urządzanie nowej świątyni trwało i trwało. W roku 1981 została wybudowana wieża w kształcie krzyża, w której umieszczono trzy dzwony odlane w słynnej przemyskiej firmie Janusza i Walerii Felczyńskich.

    Ostatnie prace - wystrój prezbiterium, bocznego ołtarza Matki Bożej, chrzcielnica i kropielnice - powstały dopiero w roku 1998.

    Miasto planowane jako twór bez kościołów miało już ich wtedy wiele. Dziś jest ich 17. - Tyskie kościoły należą dziś do najpiękniejszych w całej diecezji - zauważył arcybiskup Damian Zimoń.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama