Ważne
    Zmowa milczenia wokół... płotu na stoku w Istebnej

    Zmowa milczenia wokół... płotu na stoku w Istebnej

    Witold Kożdoń

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    "Moda" na grodzenie stoków dotarła w Beskidy m.in. z Białki Tatrzańskiej
    1/4
    przejdź do galerii

    "Moda" na grodzenie stoków dotarła w Beskidy m.in. z Białki Tatrzańskiej ©Anna Kaczmarz

    Na stoku Złotego Gronia stanął tej zimy drewniany płot. - Co zrobić, ludzie oglądają telewizję, biorą przykład ze Szczyrku i Zakopanego. W efekcie tamtejsze praktyki dotarły już również do nas - martwią się górale. Pisze o tym Witold Kożdoń
    Płot pojawił się w ostatnich dniach stycznia i zagrodził część trasy narciarskiej ośrodka Złoty Groń. Jego ominięcie nie nastręcza narciarzom i snowboardzistom wielkich problemów, od razu więc stał się lokalną atrakcją. W Istebnej z powodu płotu zrobiło się jednak nerwowo. - Nie udzielam na ten temat żadnych informacji. A jak chcecie robić aferę, to róbcie, ale bez mojego udziału - ucina krótko Danuta Rabin, wójt Istebnej.


    My o płocie nic nie wiemy

    Na temat płotu niewiele można się dowiedzieć również w ośrodku Złoty Groń. Pracownicy twierdzą, że... nie znają właściciela bariery. Mieszkańcy są generalnie nieprzyjemni i mało rozmowni.

    - O płocie nic nie wiemy. W poniedziałek, gdy przyszliśmy do pracy, on już stał. A w jeździe na nartach raczej nie przeszkadza - twierdzą ratownicy Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

    Podobnie przekonują pracownicy działającej przy ośrodku narciarskim wypożyczalni sprzętu sportowego. - O płocie nic nie wiemy, a jak pan źle napisze o Istebnej, to narciarze do nas nie przyjadą i pójdziemy z torbami - przekonują.

    Wszyscy odsyłają też do szefostwa ośrodka, które w specjalnym oświadczeniu przeprasza narciarzy i snowboardzistów za powstałe utrudnienia. Dyrekcja stacji narciarskiej podkreśla jednak, że wyłączony odcinek trasy zjazdowej nie ogranicza w znaczący sposób ruchu narciarskiego, choć "w pewnym stopniu zaburza walory estetyczne tego miejsca".

    "Przez ostatnie lata, wspólnie z władzami gminy i właścicielami gruntów położonych na stoku Złoty Groń oraz dzięki pomocy lokalnej społeczności, udało się rozbudować ośrodek, który przyczynił się do wzrostu turystycznej atrakcyjności gminy Istebna. Dotychczasowe, dobre relacje z dzierżawcami, oparte na dialogu i współpracy sprawiają, iż trudno pogodzić się z zaistniałą sytuacją. Wierzymy jednak, że nie wpłynie ona negatywnie na atmosferę i postrzeganie ośrodka w oczach naszych klientów" - stwierdza w oświadczeniu Aleksandra Libera-Cichy, prezes zarządu spółki GRONO, będącej właścicielem stacji narciarskiej Złoty Groń.

    Kanapy zrobiły furorę

    Złoty Groń to niewielki, zaledwie 700-metrowy szczyt w Istebnej. Ciągnąca się obok dolina Olzy od dawna znana jest turystom, gdyż prowadzi nią popularny zielony szlak ze Stożka na Baranią Górę. W dolinie do ubiegłego roku funkcjonowało również schronisko młodzieżowe "Zaolzianka". Dziś po schronisku nie ma śladu, za to na Zaolziu wyrosły dwa nowoczesne ośrodki narciarskie. Jako pierwszy popularną "kanapę" uruchomił ośrodek Zagroń. W ub. roku podobną inwestycję zrealizował Złoty Groń. W miejscu starego, wysłużonego orczyka pojawiła się nowoczesna, sześcioosobowa kolej linowa szwajcarskiej firmy BMF. Oba ośrodki błyskawicznie stały się jednymi z najpopularniejszych w Beskidach. Dzięki nim Istebna może dziś skutecznie konkurować narciarsko zarówno z sąsiednią Wisłą, jak i leżącym nieco dalej Szczyrkiem.

    - Obie narciarskie stacje są zimowymi wizytówkami naszej gminy, dlatego postawienie tego nieszczęsnego płotka było dla wszystkich prawdziwym szokiem. Zwłaszcza że wcześniej nic nie zapowiadało, że mogą się u nas pojawić takie problemy - mówi Aneta Legierska, szefowa Referatu Promocji, Informacji Turystycznej i Sportu Urzędu Gminy w Istebnej.

    Nieoficjalnie górale przyznają jednak, że za "aferą" stoją względy finansowe. Na początku roku właścicielom ośrodka narciarskiego skończyła się jedna z umów dzierżawy gruntu. Właściciel działki postanowił wykorzystać okazję i zażądał większych pieniędzy. Prezes Aleksandra Libera-Cichy nie komentuje sytuacji.

    - Sprawę chcemy załatwić polubownie, dlatego reprezentująca nas kancelaria prawnicza wystąpiła już do właściciela gruntu. Jeśli nie przyjmie naszych propozycji, wówczas przestaniemy milczeć. Funkcjonowanie ośrodka narciarskiego leży bowiem nie tylko w naszym interesie, ale także w interesie innych mieszkańców gminy, którzy dzięki niemu czerpią korzyści finansowe - stwierdza krótko Libera-Cichy i kończy rozmowę.

    Negocjacje, czyli droga przez mękę

    Sytuacji nie komentuje również Janusz Waszut z konkurencyjnego ośrodka Zagroń. Tłumaczy za to, że negocjacje z właścicielami gruntów stanowią czasami prawdziwą drogę przez mękę.

    - Starając się o pozwolenie na budowę rozmawialiśmy aż z 34 osobami. W większości przypadków działki udało się odkupić, ale bywało też tak, że słyszeliśmy: "Nie, bo nie". Wtedy negocjowaliśmy wysokość dzierżawy. Nie podpisywaliśmy jednak umów krótszych niż 10 lat - zastrzega Waszut.

    Jeszcze dłuższe, bo 30-letnie umowy z właścicielami gruntów obowiązują w ośrodku narciarskim Dębowiec w Bielsku-Białej. Zainaugurował on działalność w styczniu, w efekcie po latach ziściły się marzenia wielu bielszczan, którzy nie muszą już jeździć na narty do Szczyrku, Wisły czy Korbielowa, lecz mogą poszusować u siebie. Pod Dębowcem czeka na nich czteroosobowa kolej kanapowa o długości 600 metrów, która w ciągu godziny wywozi na górę 2400 osób, do tego oświetlony i naśnieżony stok. Dla miłośników sportów ekstremalnych zaplanowano trasę snowboardową z torem przeszkód. Natomiast dla dzieci i chcących nauczyć się jazdy na nartach dostępny jest wyciąg zaczepowy o długości 84 m i różnicy poziomów 15 metrów, usytuowany przy górnej stacji kolei kanapowej.

    Zanim jednak bielszczanie mogli skorzystać z tych wszystkich atrakcji, spółka zarządzająca ośrodkiem musiała się dogadać z właścicielami terenu.

    - Na inwestycję pozyskaliśmy fundusze unijne, więc była to jedna z kluczowych kwestii. Sprawa była jednak stosunkowo prosta, bo trzeba było negocjować zaledwie z dwoma osobami. Ci ludzie nie byli zainteresowani sprzedażą gruntów, dlatego podpisaliśmy umowy wieloletniej dzierżawy. U nas nie ma więc niebezpieczeństwa, że ktoś zagrodzi stok - zapewnia Tomasz Ficoń, rzecznik prasowy Urzędu Miejskiego w Bielsku-Białej.

    A ile kosztuje dzierżawa? - Precyzyjnych kwot nie znam, sądzę natomiast, że to wydatek rzędu kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie - stwierdza Ficoń.

    Szczyrk - specjalista od blokad

    Przez lata znany z grodzenia stoków był niedaleki Szczyrk, zwany trochę na wyrost "Narciarską Stolicą Polski". Sytuacja powróciła do normy dopiero w 2010 roku. Wcześniej dosłownie każdej zimy ośrodek Czyrna-Solisko przyciągał uwagę narciarzy, ponieważ zastanawiano się, czy górale będą tarasować nartostrady, czy nie.

    Ale też konflikt między Gliwicką Agencją Turystyczną a właścicielami gruntów miał wieloletnią historię. Po upadku PRL górnicze ośrodki narciarskie w Szczyrku i Korbielowie stały się własnością ówczesnej spółki węglowej, a do zarządzania wyodrębnionego z niej majątku utworzono GAT. W 2000 roku, po przejęciu majątku za długi, właścicielem GAT stał się Skarb Państwa. Do państwowej spółki należała część gruntów ośrodka, a tereny, gdzie są wyciągi i trasy, pozostały w rękach Lasów Państwowych i kilkudziesięciu prywatnych właścicieli. Najpierw górale domagali się odszkodowań za wykorzystywanie ich terenów, potem zażądali nowych inwestycji i prywatyzacji ośrodka, w której mogliby wziąć udział. Nie mogąc się dogadać z GAT, grodzili swoje trasy, a narciarze nie mogli z nich korzystać.

    - Te protesty związane były jednak przede wszystkim z faktem, że w Szczyrku brakowało inwestycji. Ludzie byli źli, że GAT nie inwestował, a jedynie wywoził stąd pieniądze - wspomina Stanisław Richter, szef Szczyrkowskiego Ośrodka Narciarskiego, do którego obecnie należą nartostrady w rejonie Czyrnej-Soliska.

    Richter dodaje, że także w Szczyrku przymierzają się do budowy nowoczesnych kolejek linowych.

    - Na razie jednak cieszymy się, że nasze stare wyciągi jeszcze pracują. Zanim bowiem wybudujemy kanapę, musimy mieć podpisane wieloletnie umowy z właścicielami gruntów. Niestety, te rozmowy są bardzo trudne, bo większość ludzi zwyczajnie nie zna się na biznesie i dla nich nasze wyliczenia to z reguły czarna magia - tłumaczy Richter.

    Przekonuje, że podobne konflikty wybuchają z reguły wtedy, gdy w górach pojawią się pieniądze. - Niestety, ludzie widzą tylko złotówki, jakie wpływają do kasy. Nie interesują się kosztami, a one są ogromne. Dla przykładu, doba odśnieżenia kosztuje nas 27 tysięcy złotych. To rachunki za sam prąd, do tego ratraki, pracownicy, inne urządzenia - wylicza Richter i tłumaczy, że inwestycja na Złotym Groniu zwróci się zapewne dopiero po kilkunastu latach.

    - Tak to obecnie wygląda w naszym interesie. Przedsiębiorcy z Istebnej jeszcze długo nie odzyskają zainwestowanych pieniędzy, natomiast ludzie widzą piękny ośrodek narciarski i sądzą, że mogą coś wyrwać dla siebie - wzdycha Richter.




    *Ranking szkół nauki jazdy 2013
    *Restauracja Rączka gotuje otwarta ZOBACZ ZDJĘCIA
    *Granica polsko-niemiecka 1922 na Górnym Śląsku [SENSACYJNE ZDJĘCIA]
    *Podziemny dworzec autobusowy w Katowicach działa! [ZDJĘCIA]

    Codziennie rano najświeższe informacje z woj. śląskiego prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama