Mayday na deskach Teatru Śląskiego to fenomen. Sztukę grano...

    Mayday na deskach Teatru Śląskiego to fenomen. Sztukę grano 400 razy!

    Henryka Wach-Malicka

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    Bogumiła Murzyńska i Zbigniew Wróbel
    1/3
    przejdź do galerii

    Bogumiła Murzyńska i Zbigniew Wróbel ©Krzysztof Lisiak/z archiwum Teatru Śląskiego

    Taki wieczór zdarza się tylko… 400 razy! O fenomenie artystycznym (i frekwencyjnym) Teatru Śląskiego - sztuce Raya Cooneya pt. "Mayday" - pozostającej na afiszu katowickiej sceny od 20 lat - pisze Henryka Wach-Malicka
    Najgorzej szło z liczeniem. Bo czy to możliwe, żeby jeden tytuł obejrzało 160 tysięcy widzów, całkiem spore miasto przecież?! A może nam się zera pomyliły?

    Nic się nie pomyliło - ani zera, ani uwielbienie publiczności dla tego przedstawienia. Co prawda, istnieje gdzieś zastęp (co tam zastęp, zastępik raczej) tych, którzy farsy "z definicji nie lubią", ale ponieważ każda reguła musi mieć wyjątek, więc oni ten wyjątek dzielnie reprezentują.


    Gdy 20 lat temu sztuka "Mayday" wchodziła na afisz Teatru Śląskiego, spodziewano się sukcesu. W końcu angielski pisarz Ray Cooney to nie tylko autor świetnie skonstruowanych komedii, ale też aktor i reżyser teatralny. Kto zatem, jak nie on, miał wiedzieć, z czego ulepić farsowe cacko doskonałe? W dodatku spektakl reżyserował Wojciech Pokora, artysta o wrodzonej sile komicznej, który wiedział, do czego katowickich kolegów namawia, bo sam grał w warszawskiej realizacji tej sztuki.

    Tak więc spodziewano się powodzenia, ale nikt nie przypuszczał, że tytuł grany będzie 400 razy, przy nieodmiennie pełnej sali! Niektórzy "widzowie recydywiści", co to wracają na spektakl, gdy tylko pojawia się w repertuarze, znają nawet na pamięć fragmenty tekstu i uprzedzają aktorów, śmiejąc się, zanim padnie kolejna błyskotliwa kwestia. Więc aktorzy, na wszelki wypadek, co jakiś czas zmieniają ociupinę sytuacje albo dodają do dialogów nieoczekiwane zdanko, żeby recydywistów zaskoczyć. Czasem zaskakują też samych siebie. Jak Adam Baumann (inspektor Porterhouse), który na jeden ze spektakli przyniósł oskubanego kurczaka i wręczył go niespodziewającej się niczego Alinie Chechelskiej (Barbara Smith) ze słowami: "Będzie na obiad", czym teatralną koleżankę kompletnie (nomen omen) "zgotował". Czytaj: doprowadził do niepohamowanego śmiechu.

    O co, do diabła, chodzi?!

    Fenomen sztuki Cooneya nie polega wcale na jakiejś obłędnie oryginalnej intrydze. Ba, jak się zastanowić, to całą fabułę da się streścić w kilku zdaniach.

    Oto scena podzielona na dwie części, a w każdej mieszkanie taksówkarza Johna Smitha i jego stęskniona… małżonka. Dwa mieszkania, dwie żony, dwa życia, które przeuroczy bigamista prowadzi na granicy ryzyka, ale nad wyraz skutecznie. Pracę ma taką, że się zawsze z nieobecności wytłumaczy, a precyzyjny harmonogram wizyt domowych (raz tu, raz tam) działa bez zgrzytu. Do czasu jednak, do czasu!!!
    1 3 »

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Teatr mayday

      Zakochany w mayday (gość)

      Zgłoś naruszenie treści

      Zero komentarz to trzeba zobaczyc i plakac ze smiechu jeszcze nie jestem recydywista w tej kwestii ale na pewno bede

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama