Radwańska chciała sukienki, a Lewandowski podwyżki. Czy...

    Radwańska chciała sukienki, a Lewandowski podwyżki. Czy menedżerowie są potrzebni w sporcie?

    Hubert Zdankiewicz

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Trener Orest Lenczyk (rok temu piłkarski mistrz Polski ze Śląskiem Wrocław) nazywa ich "szczurami". Robert Radwański "pasożytami". - Niby dlaczego mamy dzielić się zyskiem z kimś, kogo jedyną zasługą jest fakt, że kogoś zna - narzekał swego czasu ojciec tenisistek Agnieszki i Urszuli, oburzony tym, że nie jest w stanie załatwić niczego bez pomocy pośredników. - Znowu ten Kucharski. I co ja mogę powiedzieć? - zgrzytał zębami trener Jürgen Klopp, komentując wiosną kolejne medialne przecieki na temat odejścia Roberta Lewandowskiego z Borussii Dortmund.

    - Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Gdy oglądam niektóre umowy, jakie prezesi klubów dają do podpisania młodym piłkarzom, to najłagodniej można by je określić mianem cyrografu, choć bardziej adekwatnym słowem byłoby: złodziejstwo. Złamali już tym niejedną karierę - ripostuje jeden z działających w Polsce menedżerów.

    To najlepiej pokazuje, jak sprzeczne emocje budzą dziś menedżerowie i wszelkiej maści pośrednicy działający w sporcie. Zwłaszcza w piłce nożnej, gdzie w dzisiejszych czasach nie sposób wręcz zmienić klubu bez pomocy agenta. Dziennikarze "Przeglądu Sportowego" przeprowadzili swego czasu eksperyment, wysyłając do kilkunastu drużyn w Europie (m.in. do hiszpańskiego Deportivo La Coruna) informację o "młodym, zdolnym polskim piłkarzu, który ewentualnie mógłby być dla nich wzmocnieniem". Większość nie raczyła nawet odpowiedzieć, nie mówiąc już o zaproszeniu na testy.

    - Mnie to nie dziwi. W dzisiejszych czasach każdy może być Leo Messim. Wystarczy kamera i laptop. Potem dopiero się okazuje, że taki gwiazdor z YouTube'a nie potrafi prosto kopnąć piłki - dyrektor sportowy jednego z polskich klubów. Na dowód przytacza historię Wisły Kraków, która zaprosiła w czerwcu na testy niejakiego Sorina Oproiescu. Rumun podesłał takie piłkarskie CV, że nabrać dał się nawet dyrektor sportowy Białej Gwiazdy Zdzisław Kapka. Szwindel wyszedł na jaw dopiero, gdy jeden z kibiców zwrócił uwagę na internetowym forum Wisły, że filmiki z Oproiescu są spreparowane. Wstyd był tym większy, że Rumun zdołał nawet zagrać w jednym ze sparingów, który ostatecznie zweryfikował jego umiejętności.

    - Czy kogoś w tej sytuacji dziwi, że wolimy brać piłkarzy z zaufanego źródła - mówi nasz rozmówca. Jakby zapominając, że za całym zamieszaniem Oproiescu też stał menedżer. Nie był to zresztą pierwszy przypadek, gdy pośrednicy próbują wciskać klubom piłkarski szrot, a w najlepszym razie wykorzystać swoje dobre relacje z działaczami do tego, by kupowali tylko od nich.

    Tak jest nie tylko w Polsce - nie wszyscy pamiętają, że jednym z powodów odejścia w 2007 roku z Chelsea słynnego José Mourinho była znajomość właściciela klubu Romana Abramowicza z izraelskim menedżerem Pinim Zahavim. Na tyle bliska, że ten ostatni ulokował na Stamford Bridge swojego rodaka Avrama Granta (w roli dyrektora sportowego, później trenera). Co więcej, gdy Mourinho poprosił o transfery, otrzymał od Abramowicza listę graczy do wyboru. "Przypadkiem" wszyscy byli klientami Zahaviego.
    1 »

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama