Najlepiej latem i żeby były wieczorki zapoznawcze, codziennie, aż do pożegnalnego. Na forach internetowych często wrze - wara od sanatoriów! Nie sprzedawać, dotować, wysyłać spracowany naród kraju, w którym jest przecież najwięcej w Europie emerytów, i to najmłodszych.
Argumenty są. Bo przecież ludzie pracowali za grosze, więc należą im się chociaż te sanatoria, gdzie wstyd nie być, gdy skończyło
się 40 lat. Turnusy przewidziano dla pensjonariuszy w słusznym wieku, ale było jak w szkole - pełno rówieśników wokół. I jak w szkole - tylko niezdary nie miały swojej pary. Kiedy weszliśmy do UE, okazało się nagle, że w innych krajach o sanatoriach nikt nie ma pojęcia. Nie ma ich w Skandynawii, Beneluksie, Wielkiej Brytanii. Jak to możliwe? Tam państwa nie bardzo wierzą w borowinową maczankę i kąpiele perełkowe. Kto chce się leczyć staroświecko, niech płaci za to sam. Pieniądze z budżetu idą na specjalistyczne, sprawdzone terapie. Tyle że emeryt z tamtych krajów może sobie pozwolić na płacenie z własnej kieszeni za wodne kaprysy, a polski nie.
Trzeba jednak sobie zdać sprawę z tego, że w polskich sanatoriach nie chodzi o konkretne leczenie, tyko o poprawę samopoczucia. Jeśli kąpiele i masaże przynoszą ulgę w reumatyzmie, to na krótko. Dla najbardziej chorych i tak ośrodki są niedostępne. Niepełnosprawni skarżą się, że w Goczałkowicach, gdzie leczy się schorzenia ortopedyczne, nie ma warunków na wózki. Z drugiej strony, miłe wspomnienia i godziwy wypoczynek za małe pieniądze dają siły na wiele miesięcy. I dlatego w Polsce sanatoria nadal egzystują, choć ich przyszłość nie zapowiada się różowo. Na pewno jednak przetrwają aż do ostatniego emeryta z PRL-u ze starym portfelem. Bo to najbiedniejsi powinni mieć prawo do taniego turnusu, a wszyscy, których stać na inny wypoczynek, powinni zapomnieć o masażach i kąpielach za publiczne pieniądze.