Godka na plaży, czyli Ślązak jedzie na wczasy w PRL...

    Godka na plaży, czyli Ślązak jedzie na wczasy w PRL [HISTORIA DZ]

    Grażyna Kuźnik

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    PRL-owskie wczasy w Wiśle. Mieszkańcy woj. katowickiego chętnie odpoczywali w Beskidach, w Wiśle, Szczyrku, Ustroniu. Ale jeszcze większą atrakcją były
    1/3
    przejdź do galerii

    PRL-owskie wczasy w Wiśle. Mieszkańcy woj. katowickiego chętnie odpoczywali w Beskidach, w Wiśle, Szczyrku, Ustroniu. Ale jeszcze większą atrakcją były wczasy nad morzem, przed wojną dostępne tylko dla zamożnych. ©arc. DZ

    - Wypoczynek jest rzeczą zbyt poważną, aby zajmowali się nim tylko wypoczywający - twierdziła władza w PRL. Ale na początku do wczasów trzeba było namawiać.
    Zwykli robotnicy po wojnie bronili się przed wysłaniem na wczasy rękami i nogami. Nie wiedzieli, jak się tam zachować i co robić. Na letniskach bywali dotąd tylko ludzie zamożni, wykształceni, robotnikom takie próżnowanie nie przychodziło do głowy.

    - Około 80 procent śląskich i zagłębiowskich robotników pochodziło ze wsi, często mieli jeszcze własne gospodarstwa rolne albo pomagali wiejskiej rodzinie. Tak spędzali wolny czas - mówi dr Bogusław Tracz z katowickiego IPN. - Nie wyjeżdżali w obce strony. Byli bardzo mało mobilni.

    Jeśli ktoś nie miał obowiązków w polu, to i tak zostawał na lato w mieście. Górnik Oleś z rudzkiej kopalni „Walenty-Wawel”, który w 1950 roku znalazł się w Zakopanem, wyznawał lokalnej gazecie: - Gdzie to człowiek przed wojną mógł myśleć o wyjeździe na wczasy, do takiego Zakopanego, gdzie jeździli ludzie z pękatym portfelem. Czasem nie wierzę, że tu jestem. Teraz oglądam wszystkie cudowności i tylko odpoczywam.

    Zakłady wzięły się za organizowanie wyjazdów już w 1945 roku. Przy Centralnej Radzie Związków Zawodowych powołano wtedy Wydział Wczasów Pracowniczych. Nie szło najlepiej, chociaż straszono, że kto nie weźmie skierowania na odpoczynek, to wyleci z roboty.

    Wczasy nie były wtedy rodzinne, korzystać z nich mógł tylko pracownik i ta zasada utrzymywała się przez parę lat. Żony nie chciały puszczać mężów samych i odwrotnie. Kilku panów z różnych miast lokowano w jednym pokoju, a w innym obce sobie panie. Żona górnika Olesia ujrzała w “Trybunie Robotniczej” zdjęcie męża tańczącego z ładną warszawianką, z komentarzem gazety, że taniec potwierdza znany „sentyment Śląska do Warszawy”. Co dzień były takie zabawy, grano w „fujarę” i „perskie oczko”. Oleś żonę i dzieci miło pozdrawiał.

    Zakłady najpierw wynajmowały miejsca w pensjonatach, o różnym standardzie i stawkach, aż w końcu państwo postanowiło uregulować sprawę wypoczynku ludzi pracy. Wypchnąć ich masowo na wczasy.

    - Zajęła się tym Centralna Rada Związków Zawodowych. Decyzja o powołaniu Funduszu Wczasów Pracowniczych zapadła w 1949 roku - mówi dr Tracz. - Fundusz zarządzał domami wypoczynkowymi z ramienia związków, które decydowały poprzez rady zakładowe, komu należy się skierowanie. Oczywiście promowano lojalnych pracowników. Dofinansowanie było bardzo duże.

    Cena jednego skierowania na dwutygodniowe wczasy, na przykład nad morzem wynosiła około 15 proc. miesięcznej pensji. Poza sezonem koszt był jeszcze niższy, wyjechać można było za 20 proc. wakacyjnej ceny.

    Mimo to wciąż potrzebna była reklama. Apelowano w prasie: „Należy przekonać każdego robotnika, nawykłego dotąd do spędzania urlopu w domu, w kurzu i zgiełku wielkiego miasta, że obecne wczasy to nie dawne wyjazdy, na które mógł sobie pozwolić kapitalistyczny pasożyt.

    Socjolog Zygmunt Skórzewski tak wtedy tłumaczył opór klasy robotniczej przed nową zdobyczą socjalną: „Robotnicy niechętnie wyjeżdżają do domów wczasowych o charakterze pensjonatów, zorganizowanych według mieszczańskich wzorów, bo spotykali się tam z obcą atmosferą, do której nie byli przyzwyczajeni.” Ale do dobrego przyzwyczaić się łatwo. Kto raz pojechał w góry czy nad morze, ten chciał tam wrócić.

    - Nigdy nie myślałem, że będę mógł wyjechać na wczasy, że zobaczę góry. A w dodatku urlop spędziliśmy z dyrektorem - cieszył się robotnik z koksowni „Knurów”. Nowe kontakty to zaleta tej formy wypoczynku. Żartobliwy kodeks wczasowicza PRL ujął to słowami: „Kulturalny wczasowicz nie dąży nachalnie do poznania wszystkich. Potrafi obejść się jedną znajomością, ale za to dobrą.”

    Na wczasy nareszcie można było zabrać rodzinę. I jeśli w pierwszym roku działania FWP pojechało na wypoczynek w 54 ośrodkach 12 tys. osób, to siedem lat później wczasowiczów było pół miliona, a domów półtora tysiąca. Te liczby stale rosły.
    1 »

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      mondre som te uczone w IPN-iu!

      Francik Posypa (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 2

      ......Około 80 procent śląskich i zagłębiowskich robotników pochodziło ze wsi, ....... - mówi dr Bogusław Tracz z katowickiego IPN. ......

      Widac pan uczony z IPN badal wypowiedzi yntelektualnych...rozwiń całość

      ......Około 80 procent śląskich i zagłębiowskich robotników pochodziło ze wsi, ....... - mówi dr Bogusław Tracz z katowickiego IPN. ......

      Widac pan uczony z IPN badal wypowiedzi yntelektualnych "komentatorow" tutejszego forum (temat obojetny). To potwierdza wyniki - nie zmienilo sie do dzisiaj!
      zwiń

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama