Słownik Ptaszków Polskich, czyli eksperyment językowy...

    Słownik Ptaszków Polskich, czyli eksperyment językowy RECENZJA+ZDJĘCIA

    Magdalena Nowacka-Goik

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    Słownik Ptaszków Polskich: spektakl Teatru IMKA na deskach Teatru Rozrywki w Chorzowie
    1/4
    przejdź do galerii

    Słownik Ptaszków Polskich: spektakl Teatru IMKA na deskach Teatru Rozrywki w Chorzowie ©Tomasz Słupski/mat.prasowe

    Słownik Ptaszków Polskich, czyli eksperyment językowy. RECENZJA spektaklu Teatru IMKA na deskach Teatru Rozrywki w Chorzowie.
    Słownik Ptaszków Polskich, czyli eksperyment językowy

    "Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa" - pisał Juliusz Słowacki i niewątpliwie miał rację. A język na scenie w sztuce Teatru IMKA - "Słownik Ptaszków Polskich" jest giętki, różnorodny, metaforyczny i...mało komunikatywny. Pokazanie braku tej komunikacji,semantyki, jest clou spektaklu w reżyserii Krzysztofa Materny (na scenie także jako aktor, ornitolog walczący o "polskie ptaki w Polsce"), który można było zobaczyć 26 lutego na deskach Teatru Rozrywki w Chorzowie.

    W obsadzie grą wyróżniają się niewątpliwie Janusz Chabior i Iwona Bielska oraz sam Materna. Eksperymentem reżyserskim i to udanym było także obsadzenie w jednej z ról, Doroty Rabczewskiej, czyli Dody

    Pomysł na spektakl? Maternę zainspirowało opowiadanie Jakuba Morawskiego, które zostało nagrodzone w konkursie satyrycznego miesięcznika „Chimery.

    Reżyser jest doskonałym obserwatorem życia codziennego i chociaż na scenie pojawia się zaledwie kilka razy, jego monologi są na świetnym poziomie dowcipu, nie tylko językowego; co ciekawe, pewne fragmenty monologu Materny, nawiązujące do niedawnych wydarzeń są dowodem na to, że ta rola ewoluuje, a więc widz, który już widział spektakl (pierwszy raz wystawiono go dwa lata temu), może być zaskoczony...

    Trudno zaklasyfikować sztukę; niewątpliwie gra słów, satyra, może sugerować komedię. Z drugiej strony, sam reżyser przyznaje, że przesłanie spektaklu przypomina komediowy... thriller.

    W pierwszym akcie znajdujemy się w gabinecie psychoterapeutki Heleny de Fraud "zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa" (w tej roli Iwona Bielska), badającej pacjentów na podstawie języka, którym się posługują. Już pierwszy monolog pacjentki Bezimiennej B.-Bożeny( Olga Bołądź), która opowiada swój życiorys od poczęcia, posługując się napuszoną terminologią medyczną, wyraźnie kontrastuje z jej infantylnością "dziewczynki".
    Każdy z pacjentów to inna "jednostka chorobowa". Chociaż wszyscy mówią po polsku, to ich styl jest na tyle różny, że nie ma mowy o jakiejkolwiek możliwości nawiązania kontaktu, wejścia w dialog.

    Obserwacja sesji w gabinecie wymaga skupienia - aktorzy wyrzucają z siebie potok słów, dziwnych metafor, związków frazelogicznych, neologizmów. Mówią wiele, niewiele (?) przekazując. Już po chwili zaczynamy mieć wrażenie, że zostaliśmy wciągnięci w kołowrotek słów...

    Dla oddechu, przenosimy się w świat telewizji śniadaniowej, gdzie tym razem Iwona Bielska wciela się w rolę prezenterki, witającej widzów: "niesłychanie przykładnie, uprzejmie i najładniej, uroczyście gorąco i ciepło, atmosferycznie, kłaniam się w pasie, jak scyzoryk do ziemi". I tu dopiero mamy całą gamę językoznawczą : od papki reklamowej, język pasków telewizyjnych, rozmów "teologicznych" ( w roli ksiądza, bardzo dobry Janusz Chabior ) i życiowych. A w tle... aerobik.

    Mamy też w końcu język codzienny, który słyszymy na spotkaniu znajomych. Zamknięci w świecie komunikacji wirtualnej, nawet zwracają się do siebie, posługując się skrótami,a zanim coś powiedzą poprzedzają to słowem "hasztag", niczym na Facebooku czy Twitterze; są na diecie "bezpokarmowej", a zbierając się do wyjścia "wprawiają nogi w pośpiech" . Smutny jest finał za zamkniętymi drzwiami, kiedy mąż mówi do żony: "nie ingeruj w moje bycie samemu bez ciebie"...

    Warto zwrócić uwagę na rolę Dody, kontrowersyjna piosenkarka świetnie poradziła sobie z naprawdę trudnym językowo i aktorsko monologiem. Gra Andżelikę, dziewczynę z problemami damsko-męskimi i gra ją naprawdę dobrze. To nie jest ani udawanie, ani pójście na żywioł. Pomysł z obsadzeniem w tej roli Doroty Rabczewskiej, chociaż mógł się wydawać kontrowersyjnym, okazał się trafionym.Mimo że Doda zapewnia, iż jej prawdziwym powołaniem jest bycie piosenkarką, to zobaczyć ją w tej roli, oznacza zobaczyć zupełnie inną osobę...

    W spektaklu są wulgaryzmy, ale tak dobrze wkomponowane w całość, że nie przeszkadzają, nie rażą. To tylko kolejne słowa, które chociaż niewątpliwie oddają emocje, to jednak też tworzą blokadę komunikacyjną.

    Zobacz galerię

    Warto jeszcze zwrócić uwagę na wykorzystanie jako "przerywników reklamowych" krótkich filmów przyrodniczych o polskich ptakach (uwaga - czyta Krystyna Czubówna). Prezentacja gatunków takich jak dzierlatki, wodniczki, zaganiacze, skowronki czy dylematy wobec "obcych" bocianów, tworzą jakby drugą warstwę językowo-społecznego spojrzenia na polską rzeczywistość. Szkoda tylko, że są przerywnikami, bo rozbudowa tego tematu mogłaby być ciekawa.

    Pomysł na spektakl bardzo dobry, ale trudno się nie oprzeć wrażeniu, że sztuka, ze względu na tak dynamiczny rozwój języka (zwłaszcza tego w internecie) może się nieco zestarzeć. Na pewno jednak warto ją zobaczyć, może stać się inspiracją do tego, abyśmy zastanowili się nad formą komunikacji. Język to narzędzie, którym czesto skuteczniej można wykluczyć, niż gestem.I bardziej dotkliwie.

    POLECAMY PAŃSTWA UWADZE:




    Magazyn reporterów Dziennika Zachodniego TYDZIEŃ








    Czytaj treści premium w Dzienniku Zachodnim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    DZ poleca

    Wideo