Największej polskiej sieci dyskontowej wiedzie się kiepsko, choć prawdziwej katastrofy udało się uniknąć. Jak?

- Po latach przywiązania do żywej gotówki w sklepach zaczęto przyjmować płatności kartami. To ożywiło ruch - twierdzi "Dziennik Gazeta Prawna".

Wystarczyły dwa miesiące, by udział płatności kartami w Biedronce stanowił 20 proc. ogółu. Wzrosła też średnia wartość paragonu - wylicza w "DGP" Kamil Szlaga, analityk z Trigon Domu Maklerskiego. - Wprowadzenie kart na pewno uatrakcyjniło placówki Biedronki w dużych miastach, gdzie sytuacja tej sieci jest obecnie najtrudniejsza. Obroty w nich rosną zaraz po otwarciu. Po upływie roku sytuacja jednak się zmienia, czyli wynik zaczyna spadać.

Czytaj też: Lidl w Szkocji dyskryminuje polskich pracowników zabraniając im mówić w ich języku. Jest reakcja Ambasady RP w Wielkiej Brytanii

O tym, że karty uratowały Biedronkę przed katastrofą, są też przekonani inni eksperci.

 - Wprowadzenie akceptacji kart w sklepach powoduje zwykle wzrost obrotów początkowo nawet o 5 proc. - mówi temu dziennikowi Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, zrzeszającej duże sieci handlowe w naszym kraju.

Przedstawiciele Biedronki nie ukrywają też, że udział płatności kartami w ogóle transakcji rośnie z miesiąca na miesiąc. - I liczymy, że w przyszłości karty będą zyskiwać kolejnych zwolenników - mówi cytowany przez "DGP" Alfred Kubczak, dyrektor ds. korporacyjnych w Jeronimo Martins, właścicielu sieci.

Czytaj też: Święta Bożego Narodzenia 2014. Sieci handlowe ruszyły do boju o klientów. Ile wydają na reklamy?

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna