W tamtym tygodniu przez chwilę frank był droższy niż euro. W szczytowym momencie sięgnął 5,14 zł. Teraz jego kurs utrzymuje się na poziomie 4,30 zł.

W czwartek rano jeszcze nic nie zapowiadało katastrofy. Frank kosztował średnio 3,54 zł. Wszystko zmieniła decyzja banku Szwajcarii, który przestał "bronić" franka. Nagle jego kurs wzrósł do 5,14 zł, a później zatrzymał się w okolicach 4,20-4,50 zł.

Co to oznacza? - To najbardziej uderzy w kredytobiorców. Szczególnie tych mających kredyt na mieszkanie. Jeśli kurs franka przez długie miesiące, a nawet lata, utrzyma się na tak wysokim poziomie, to będą zmuszeni do każdego franka dołożyć prawie złotówkę - tłumaczy Tomasz Starzyk, ekspert z wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska w Warszawie.

Raty podskoczyły

Zakładając, że miesięcznie rata kredytobiorców wynosi 600 franków, to jeszcze wczoraj rano ich miesięczna rata wynosiła 2100 zł, w południe sięgnęła już 2700 zł. To wzrost o 600 zł, a w skali roku - aż o 7200 zł.

- Biorąc pod uwagę, że kredyt mamy zaciągnięty na 30 lat, to prosty rachunek matematyczny pokazuje, że jesteśmy zobligowani zapłacić więcej o 216 tys. To, oczywiście, czysta teoria, ale pokazuje skalę decyzji i jej konsekwencje dla przeciętnego kredytobiorcy. To także stawia w niekorzystnej sytuacji banki, które w swoim portfelu mają znaczny wolumen kredytobiorców we franku. Ci w tej sytuacji mogą swoje kredyty przestać spłacać, bo nie będzie ich stać na wysokie raty - zwraca uwagę Tomasz Starzyk.

Pan Tomasz w 2007 roku przeprowadził się z Rzeszowa do Warszawy. W dużej firmie znalazł dobrą pracę i rok później postanowił kupić dom w jednej z podwarszawskich miejscowości.

- Frank kosztował wówczas nieco ponad 2 zł. Skuszeni atrakcyjnym kursem, wzięliśmy z żoną kredyt w tej walucie. Pożyczyliśmy równowartość 600 tys. zł. Dziś, po 6 latach spłaty zadłużenia, mamy dług niemal dwa razy większy niż na starcie. Jesteśmy załamani! Ciągle śledzę w Internecie kurs franka. Nie wiem, co zrobimy, gdy sytuacja się utrzyma - nie kryje rozpaczy mężczyzna.

Ekonomiści podkreślają, że jest też druga strona medalu.- Stara zasada mówi przecież o tym, żeby zaciągać dług  w walucie, w której się zarabia, czyli w przypadku Polski - w złotówkach. Poza tym - kredytobiorcy zawsze byli przez banki informowani o ryzyku walutowym. Te osoby, które mają kredyt we frankach, powinny były zdawać sobie sprawę z ryzyka. Zaciągały więc kredyty z pełną odpowiedzialnością - podkreśla Starzyk.

Ponadto niektórzy zaciągali kredyty, gdy kurs franka był bardzo niski, nie bacząc na to, że waluta ta raczej będzie drożeć niż tanieć. Kurs franka jeszcze na początku 2008 roku był na poziomie 2,2 zł. Rata więc była o połowę niższa niż obecnie.

Nie licz na państwo

- Już dziś, na wniosek kredytobiorcy, banki umożliwiają karencję w spłacie części kapitałowej albo nawet całej raty. Wielu "frankowiczów" i tak żąda pomocy państwa. Sądzę jednak, że na wprowadzenie w życie scenariusza, na jaki zdecydował się np. węgierski rząd, nie ma co liczyć. Na Węgrzech przewalutowano kredyty z franków na forinty po kursie z dnia zaciągnięcia pożyczki, ale według obecnej stopy procentowej.

To rozwiązanie byłoby korzystne dla kredytobiorców, ale u nas jest raczej nierealne. Biorąc pod uwagę wyliczenia Ministerstwa Finansów, mocno ucierpiałyby na tym banki, które mogłyby wskutek przewalutowania stracić aż 44 miliardy złotych - komentuje Starzyk.