Większość prognoz mówiła, że polska gospodarka ożywi się w drugiej połowie roku. Jednak...

Na nich opierały się rekomendacje i strategie inwestorów giełdowych. Z początkiem drugiego półrocza, wszyscy coraz bardziej nerwowo wypatrują oznak poprawy. Na razie niewiele ich widać.

- Skala spowolnienia polskiej gospodarki, z którym mamy do czynienia od początku 2012 r., należy do największych w ostatnich kilkunastu latach - zauważa Roman Przasnyski z Open Finance. - Szans na bardziej dynamiczne ożywienie nie daje sytuacja w globalnej gospodarce. Niekorzystne są także prognozy zarówno na bieżący, jak i następny rok, wciąż korygowane w dół.

Jak podaje ekspert, w tej sytuacji trudno być optymistą, choć na naszym podwórku zaczęły pojawiać się pierwsze jaskółki, zwiastujące możliwość poprawy. Największe powody do zadowolenia dał ostatnio wskaźnik aktywności polskiego przemysłu. W czerwcu PMI wzrósł do 49,3 punktu, czyli poziomu najwyższego od lipca 2012 r. Zwiększa on wartość od dziewięciu miesięcy (wyłom w tej tendencji stanowił jedynie kwietniowy spadek do 46,9 punktu), co wskazuje na trwałość trendu. Znajduje się on też coraz bliżej bariery 50 punktów, powyżej której zaczyna się faza ożywienia. Choć PMI jest wskaźnikiem dobrze prognozującym przyszłą sytuację w przemyśle i całej gospodarce, to jednak inwestorzy najchętniej widzieliby poprawę w postaci twardych danych. W tym zakresie na razie nie jest zbyt dobrze. Można wnioskować, że większość z nich osiągnęła już swoje najniższe wartości i można oczekiwać ich poprawy w najbliższych miesiącach.

Produkcja przemysłowa dołek w tym cyklu koniunktury osiągnęła prawdopodobnie w lutym, 2013 r., spadając o 9,6 proc. Nie licząc pokryzysowego załamania o 15,3 proc. w styczniu 2009 r., był to wynik najgorszy od prawie dwudziestu lat. Kwietniowa zwyżka o 2,8 proc. okazała się nietrwała, w maju produkcja zaliczyła jeszcze spadek o 1,8 proc., ale kolejne miesiące dają nadzieję na powolną poprawę. Pod znakiem zapytania stawia ją jednak silny majowy spadek zamówień w przemyśle, sięgający aż 12,6 proc. Ten wskaźnik ma jednak to do siebie, że ostatnio co dwa-trzy miesiące następuje jego silne załamanie, po czym wraca do normy, więc prawdopodobnie tak będzie i tym razem. Niewielką poprawę w tym zakresie sygnalizował właśnie czerwcowy PMI. Nie przełożyła się ona jeszcze wyraźnie na wzrost produkcji. W kategorii zamówień zwiększyły się te zza granicy. Jednak dane z Niemiec wyraźnie chłodzą nadmierny optymizm na ich dynamiczną zwyżkę w najbliższej przyszłości. Mimo to, właśnie w eksporcie upatrywać można głównego czynnika, napędzającego wzrost polskiej gospodarki.

Po bardzo słabej sytuacji z ubiegłego roku, poprawę wyraźnie widać w dynamice obrotów handlu detalicznego. Nie jest ona imponująca, ale od początku roku każdy miesiąc przynosił jej niewielki wzrost, co można uznać za przełamanie niekorzystnego trendu. Potwierdza to także, choć w nieco mniejszym stopniu, dynamika sprzedaży detalicznej. Poprawę tendencji wykazują też wskaźniki ufności konsumenckiej, choć nadal pozostają głęboko na minusie. Odbudowie konsumpcji indywidualnej powinna sprzyjać w najbliższych miesiącach sezonowa poprawa sytuacji na rynku pracy. Liczba zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw w maju co prawda jeszcze kontynuowała rozpoczętą jesienią ubiegłego roku tendencję spadkową, jednak stopa bezrobocia obniża się już trzeci miesiąc z rzędu. Ten sezonowy efekt utrzymuje się zwykle do lipca-sierpnia. Prawdziwym testem sytuacji na rynku pracy będzie więc dopiero jesień i koniec roku.

Choć w ostatnim czasie inwestorzy największą wagę przykładają do tego, co dzieje się w polityce pieniężnej, to jednak wkrótce mogą się zacząć baczniej przyglądać gospodarce. Jeśli będą rozczarowani opóźniającą się poprawą sytuacji lub niezadowalającą jej skalą, może to być widoczne w giełdowych notowaniach.