Kompania Węglowa padła łupem polityków koalicji PO-PSL. Wcześniej też traktowana była jak łakomy kąsek. Z górniczego potentata stała się jednak teraz spółką zagrożoną upadłością. I na pewno nie są temu winni górnicy. Raczej: niekompetentni, obsadzani zwykle z partyjnego klucza, zarządzający, no i nadzór właścicielski, czyli kolejne rządy. Te z lewa, prawa i środka. Bez wyjątku. To dlatego w styczniu tak kibicowaliśmy protestującym.

Podobnie było też nieco wcześniej, pod koniec 2014 roku, kiedy spod ziemi nie wyjechali górnicy z przeznaczonej do likwidacji kopalni Kazimierz-Juliusz. Groziła im utrata pracy, a niektórym z nich także dachu nad głową. Ludzie to rozumieli. Zawarto porozumienie.

Jastrzębska Spółka Węglowa przed politykami potrafiła się obronić nieco lepiej. Prezes Jarosław Zagórowski, powołany na to stanowisko jeszcze przez Pawła Poncyljusza, za  czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości i Jarosława Kaczyńskiego, przetrwał polityczną zmianę warty i związaną z nią wymianę kadr menedżerskich. Przetrwał też związkowe protesty. Do jego zasług zalicza się również to, że wprowadził spółkę na giełdę. Nie da się jednak ukryć, że akcje JSW są teraz kilka razy mniej warte niż w momencie debiutu.

JSW była w stanie, w krytycznym dla Kompanii Węglowej momencie, przyjść jej na ratunek i kupić kopalnię Knurów-Szczygłowice. Te niemal 1,5 miliarda złotych z kasy JSW zostało przez Kompanię przejedzone. A Zagórowski, najpierw postawiony pod ścianą przez rząd Platformy Obywatelskiej, teraz zbiera za to cięgi od związkowców.

To niejedyny powód związkowej nienawiści. Szef JSW to zdaniem ekspertów sprawnie zarządzający, dobry menedżer, który sprawdził się w bardzo trudnych czasach światowego kryzysu na rynku węgla. Ma jednak też pewną wadę: nie potrafi porozumieć się ze związkami, jest przez nie odbierany jako arogant.

Kiedy górnicy Kompanii Węglowej protestowali pod ziemią i wychodzili na ulice naszych miast - wspierali ich Ślązacy, wspierała ich cała Polska, jak długa i szeroka. To poparcie skłoniło rząd Ewy Kopacz do daleko idących ustępstw i podpisania porozumienia. Czy realnego - pokaże czas.W każdym razie dało ono nadzieję na uratowanie miejsc pracy, kopalń. Nadzieję na to, by górnicze rodziny nie musiały żyć w niedostatku.

Kiedy teraz strajkują związkowcy z załogami kopalń Jastrzębskiej Spółki Węglowej nie czuć już społecznego poparcia dla protestu. Zdecydowanie więcej jest słów potępienia, niezrozumienia. Poza samymi zainteresowanymi protest w JSW właściwie nie obchodzi zbyt wiele osób. Najprawdopodobniej dla-tego, że samo podłoże protestu jest niezrozumiałe, oczywiście poza wątkiem personalnym.

Zdaniem większości obserwatorów, w JSW nie chodzi o przyszłość polskiego górnictwa, byt, tylko o ambicje liderów związkowych, którzy chcą głowy prezesa Jarosława Zagórowskiego. Są gotowi za jego dymisję zapłacić wysoką cenę: związaną z przyszłością spółki. Do tego, w tle całego zamieszania wokół spółki, doszedł jeszcze jeden element - fałszywe tony politycznej opozycji, która postanowiła na konflikcie ugrać jak najwięcej dla siebie.

Co dalej? JSW za chwilę będzie w bardzo trudnej sytuacji. Dobowo traci od 20 do 30 milionów złotych, a do tego cena węgla koksującego spada. Spółka nie wywiązuje się z umów. Jeśli zostaną zerwane, straci swoją pozycję na rynku. Czy naprawdę związkowcy wiedzą, jak wysoko licytują?