Chłopiec do mamy: A my byliśmy na tym w kinie? Jak to, nie było takiego filmu? To chodź do "Gwiezdnych wojen".

 Taką rozmowę usłyszałam oglądając niedawno fantastyczną wystawę klocków lego na Stadionie Narodowym w Warszawie. Jednak zanim się obejrzałam, również moje dziecko zostawiło mnie sam na sam z plastikowym stanem wojennym.

1981 przegrał z bitwą "Lego castle", w której do boju ruszyło aż 3,5 tysiąca rycerzy z klocków. Imponująca kompozycja i niemożliwa do wykonania w domowych warunkach - nie czarujmy się, że także ze względów finansowych.

Jednak dla mnie to i lepiej, bo dzięki ogólnemu brakowi zainteresowania miałam szansę swobodnie obejrzeć wystawę z każdej strony, co w przypadku m.in. "Gwiezdnych wojen", "Harry'ego Pottera", "Piratów z Karaibów", "Władcy pierścieni", wykonanego z 500 tys. klocków 11-metrowego Titanica czy wspomnianego "Lego castle" - raczej nie było możliwe.

Stan wojenny pamiętam przez mgłę, byłam bardzo mała. Jednak, gdy zobaczyłam śnieg z klocków - bił bielą po oczach - w wyobraźni od razu zaczął mi skrzypić pod butami. Zima była sroga, więc na chodniku stanął legendarny koksownik, przy którym można było ogrzać zmarznięte dłonie. Skorzystali m.in. złonierze LWP. Obok przejechał czołg, a gdzieś z dala od centrum ZOMO pałowało człowieka - pod transparentem z hasłem: "Obrońmy pokój". Ktoś zamalowywał partyjne obwieszczenie: PZPR-em na szubienicy, a w jednym z domów na ostatnim piętrze mama po kryjomu - przy małej lampce - czytała dzieciom zakazane książki. W kolejce do sklepu mięsnego, tuż za Peweksem, czekało kilkadziesiąt osób. Ulicą przemknęły mały czerwony fiat i milicja. Zupełnie na końcu ulicy stała mała budka z piwem i napojami, przy której dwaj mężczyźni popijali wódeczkę z gwinta (milicjant i żołnierz).

Trochę na wesoło, ale naprawdę to smutny obraz PRL- u. Nawet, jeśli patrzymy na historię przez pryzmat kolorowych klocków do zabawy. Z drugiej strony nadarzyła się okazja, by sprobować zainteresować dzieci historią.

Wychodząc z pomieszczeń, w których podziwialiśmy klockowe makiety, trzeba było przejść przez sklep z lego. Celowy zabieg organizatorów! Nie widziałam dziecka, które by nie dostało w prezencie - od rodziców - kartonika z charakterystycznym logo. Lego to fenomen łączący pokolenia i również ogromny biznes. Średni zestaw kosztuje ok. 100 złotych. 

Nazwa pochodzi z połączenia dwóch duńskich słów "leg godt" (baw się dobrze). Firmę założył w 1932 roku Duńczyk Ole Kirk Christiansen. Była przekazywana z ojca na syna. Klocek w obecnej formie pokazano po raz pierwszy w 1958 roku.

- Niejeden rodzic kupując dziecku klocki lego pomyśli, że robi to poniekąd również dla siebie i między innymi w tym tkwi ich fenomen - komentuje Anna Urbańska, psycholog biznesu z Grudziądza. - Tatuś może je układać godzinami z synem. Oczarowały świat swoją, w gruncie rzeczy, prostotą. Nie trzeba z nich budować według schematów, ale jak podpowiada wyobraźnia, czyli właściwie co się chce. Lego dają nieograniczone możliwości łączenia za pomocą wypustek, różne zestawy pasują do siebie. Nie widziałam stanu wojennego w tej wersji, ale na pewno robi wrażenie.

Kilka dni temu marka Lego została uznana najmocniejszą na świecie. Duński producent zajął miejsce Ferrari.