Ewa Sternal, współwłaścicielka i pomysłodawczyni stworzenia w gliwickim porcie Mariny Gliwice. Założyła Marinę Gliwice, którą prowadzi wraz z mężem Czesławem. Zaczynała od czterech motorówek i kajaków. Dzisiaj jej flota, stale wzbogacana, to już nie tylko różnej wielkości motorówki, houseboaty, ale także statek wycieczkowy. Kocha wyprawy własnymi ścieżkami - najcieplej wspomina beztroską włóczęgę po wyspie Bali. Tak, szukanie nowego i pędzenie w nieznane to jej pasja. Czego jeszcze nie wiecie o Ewie Sternal? EWA STERNAL:

Woda i sport to mój żywioł. Pierwszy raz na łódce? Miałam chyba z 12 lat, byłam harcerką. Taka włóczęga z plecakiem po mazurskich jeziorach wzdłuż i wszerz. Do dziś tak lubię wypoczywać - z gitarą, na łajbie, przy szantach. Jeśli mam do wyboru hotel i bungalow, zawsze wybiorę to drugie.

Przyznaję, jestem perfekcjonistką. Uprawiałam biegi na orientację (to taka wyrosła z harcerstwa pasja, trenowałam w klubie Zamonit przy Chorągwi Katowickiej), uczestniczyłam w Mistrzostwach Europy. Zakończyłam je na IV miejscu. Biegając, startowałam na Węgrzech, w NRD, w Czechosłowacki, dotarliśmy nawet na Mistrzostwa Europy do Szwecji. W tamtych czasach takie wyjazdy to było naprawdę coś.

Lubię wyzwania. Jeśli już coś robię, to na 100 procent i więcej. Chodziłam do klasy o profilu matematyczno-fizycznym, byłam wzorową uczennicą. Miałam nawet pseudonim „Mistrzyni”. Czy jestem umysłem ścisłym? Może, ale kocham naturę. Pełen dom kwiatów, dosłownie spadały mi z parapetów. Marzyłam o szklarni i zapachu ziemi, które kojarzyły mi się z dziadkiem - był ogrodnikiem. I w takiej scenerii widziałam siebie. Wyruszyłam więc na studia do Krakowa, na ogrodnictwo. Okropnie oblegany kierunek. Ale już po pierwszym semestrze zorientowałam się, że to nie to. To był koniec lat 80. Chciałam specjalizować się w bukieciarstwie, tymczasem ku mojemu rozczarowaniu okazało się, że jedyne trzy miejsca są już dawno rozdysponowane. To było takie pierwsze zderzenie marzeń z rzeczywistością. Postanowiłam więc wrócić do Gliwic i pójść na Politechnikę. Szukałam takiego kierunku, by mieć jak najmniejsze różnice programowe. Wymyśliłam sobie biotechnologię. I wszystko się udało, ale kiedy okazało się, że będę mamą, to po pierwsze - córka Martusia stała się najważniejsza, a po drugie - na zaocznych biotechnologii nie było. I tak myślę sobie, że wszystko w życiu jest po coś i we wszystkim jest zamysł Boży (śmiech).

Ostatecznie bowiem wylądowałam z tytułem... inżyniera do spraw zaopatrzenia w wodę, utylizacji ścieków i odpadów. I nawet miałam ambicję pracy w zawodzie. Niestety, gdziekolwiek aplikowałam, oczywiście - dochodziłam do ostatniego etapu rekrutacji, ale na końcu i tak pracodawcy wybierali facetów. Cóż, obraziłam się w końcu i postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Założyłam w 1997 roku firmę zajmującą się promocją sprzedaży, urodziłam syna Michała. I znów to życie miało dla mnie plan. Bo kiedy mój mąż po latach pracy w korporacji powiedział „dość” i chciał zmienić swoje życie, moje doświadczenia się przydały. A to on, także zapalony wodniak, który mnie tą pasją przed laty zaraził, miał pomysł na założenie Mariny Gliwice. Czy jestem szczęśliwa? Nie potrafię rozwiązać problemu nowej lokalizacji dla mariny. Czegoś udało nam się dokonać, do czegoś dojść i... nie mogę iść dalej. Mam takie dni, kiedy myślę, żeby wszystkie nasze sprzęty i zabawki spakować i wyjechać w taki rejon, gdzie przyjmą takich zapaleńców jak my z otwartymi rękami. Ale sport nauczył mnie wytrwałości. I nie poddaję się.