Rozmowa z prof. Stanisławem Gomułką, byłym wiceministrem finansów, obecnie głównym ekonomistą Business Centre Club - o projekcie budżetu na 2016 rok.

- Rząd przyjął założenia do projektu budżetu na przyszły rok. I tak: wzrost PKB ma wynieść 3,8 proc., inflacja 1,7 proc, dochody zaplanowano na poziomie 296 mld zł, wydatki - 351 mld zł, limit deficytu budżetowego przekroczy 54 mld zł. Założenia są optymistyczne, czy zbyt optymistyczne? 
- Prognoza jest optymistyczna, ale raczej ryzykowna. Ropa i jedzenie na pewno nie będą już tak tanie. Oczywiście, trudno powiedzieć, o ile ceny pójdą w górę i jak wpłyną na inflację. Rząd zakłada 5-proc. wzrost konsumpcji. Jednak skoro płace mają rosnąć wolniej, czy swoje większe wydatki w sklepach Polacy będą w tej sytuacji finansować z oszczędności?

Z ochotą pójdą na zakupy nie martwiąc się, że wydają więcej niż zarabiają? Sam optymizm tutaj więc nie wystarczy. Dlatego uważam, że rząd ryzykownie założył. Spodziewałem się również lepszego wyniku deficytu budżetowego, bo 54 mld zł to kwota na granicy wymaganej przez Unię Europejską. Wydatki państwa będą przecież aż o tyle wyższe niż dochody. 

- To skutek np. obietnic wyborczych. Rząd planuje przecież w 2016 roku choćby odmrożenie płac w budżetówce i wzrost przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw o 3,8 proc. 
- Rząd szacuje, że przeznaczy 2 mld zł na wzrost płac w sektorze publicznym. Wysokość kwoty świadczy jednak, że nie wszyscy pracownicy budżetówki mogą liczyć na podwyżki.

Zatrudnieni w sektorze prywatnym też mają zarabiać więcej. Kto konkretnie? 
- Również w tym przypadku nie dotyczy to wszystkich osób, a najbardziej wykwalifikowanych. Wzrost gospodarczy w 2016 roku będzie utrzymywał się na poziomie 3-4 procent, co oznacza m.in. większą konkurencję na rynku pracy i spadek bezrobocia. 

- Jest to także bardzo optymistyczny budżet dla polskich rodzin. Bo zakłada po 1 tys. zł na rękę przez rok dla każdej, w której urodzi się dziecko. Nie będzie miało znaczenia czy rodzice szukają pracy, są ubezpieczeni, czy mają umowy o dzieło. Na ile pan wycenia ten ciężar dla budżetu? 
- W Polsce rodzi się średnio 400 tys. dzieci rocznie, więc ta obietnica wyborcza może kosztować 4 mld zł. Jednak 500 zł PIS-u na dziecko byłoby dla budżetu jeszcze większym obciążeniem - w wysokości 25 mld zł. 

- Będący w najtrudniejszej sytuacji emeryci, renciści i korzystający ze świadczeń przedemerytalnych, mają zaś otrzymać jednorazowe zasiłki. Osoby, których świadczenia wynoszą do 900 zł, dostaną 350 zł, od 901 zł do 1100 zł - 300 zł, od 1100 zł do 1500 zł - 200 zł, a od 1500 zł do 2000 zł - 100 zł. Są to kwoty netto, czyli na rękę. Jaki to będzie z kolei koszt dla budżetu? 
- Wyniesie 1,4 mld zł. Ja już wyceniłem cały pakiet wyborczy rządu, który znalazł się w projekcie budżetu na 2016 rok na ponad 10 mld zł. 

- Na próżno w nim jednak szukać większej kwoty wolnej od podatku, pewnie dlatego, że to pomysł Andrzeja Dudy, ale również obiecywanej od dawna przez koalicję rządzącą obniżki VAT-u z 23 do 22 proc. 
- O kwocie wolnej od podatku wiemy na pewno tyle, że ma w przyszłym roku nie wzrosnąć. VAT zostanie na dotychczasowym poziomie. Koszty rządowych obietnic wyborczych będą przecież miliardowe. Oczywiście, propozycja opozycji, by zwiększyć kwotę wolną do 8 tys. zł również oznaczałaby spory wydatek państwa, bo na poziomie 20 mld zł. W tym wszystkim najbardziej niepokoi mnie jednak, że w ogóle nie ma mowy o uszczelnieniu systemu podatkowego. Wczoraj wpadło mi w ręce najnowsze opracowanie Komisji Europejskiej dotyczące różnic między planowanymi wpływami do budżetu państwa z podatku VAT, a rzeczywistymi. W Polsce nie wygląda to ciekawie - różnice są coraz wyższe. To skutek naszej 1000-stronicowej ustawy o VAT, która była zmieniania kilkadziesiąt razy, co nie przyniosło efektu w postaci więszych wpływów, a wręcz przeciwnie. Dlatego oczekuję od przyszłeego rządu, by pokazał, że najpierw potrafi zarobić pieniądze, a dopiero później je wydawać.