W stolicy przy Wiejskiej właśnie poszły w ruch niszczarki. Na przemiał pójdą wszystkie te projekty ustaw, których parlament nie rozpatrzył w mijającej kadencji. Spośród 1300 projektów ustaw Sejm uchwalił 753. Reszta, czy to celowo, czy przez opieszałość polityków i urzędników, nie doczekała się rozpatrzenia. I właśnie ta druga grupa najbardziej martwi ekspertów przyglądających się pracom nad tworzeniem prawa.



- U schyłku kadencji Sejmu zauważamy coraz większą liczbę projektów „porzuconych”. Szczególnie rażące jest to, że w przypadku zawieszenia prac nad projektem aktu prawnego nie ma zwyczaju informowania o tym opinii publicznej oraz podmiotów, które zaangażowane są w proces konsultacyjny, a czasem nawet podawane są informacje wprowadzające w błąd - alarmuje działające przy Fundacji Batorego Ogólnopolskie Forum Legislacji, w swoim ostatnim raporcie z monitoringu prac rządu i parlamentu. Problem, na który zwraca uwagę Forum, ma też drugą stronę, która jest dzisiaj palącym problemem.

Za chwilę trafią do kosza projekty zmian (ba, nawet projekty kompleksowych reform!) wymuszonych zobowiązaniami międzynarodowymi, wyrokami Trybunału Konstytucyjnego czy choćby najpilniejszymi potrzebami. Przy czym niezbyt często problemy te przebijają się do głównego nurtu debaty publicznej. 1Billingi poza kontrolą. Lista zastrzeżeń do przepisów regulujących dostęp służb specjalnych do danych telekomunikacyjnych Polaków jest długa. Wątpliwości budzi brak zewnętrznej kontroli nad dostępem do billingów, łamanie tajemnicy adwokackiej, lekarskiej czy dziennikarskiej, a także brak rozwiązań, gwarantujących niszczenie zdobywanych przez służby danych, gdy stają się one zbędne. Na alarm biły nie tylko organizacje pozarządowe, ale też Rzecznik Praw Obywatelskich, Najwyższa Izba Kontroli, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej, Naczelna Rada Adwokacka, a wreszcie i Prokuratura Generalna.

Sprawa trafiła pod obrady Trybunału Konstytucyjnego. W lipcu 2014 roku TK w pełnym składzie wydał wyrok. Dwunastoosobowy skład sędziowski stwierdził, że przepisy regulujące dostęp specsłużb do billingów nie zapewniają niezależnej kontroli nad działaniami służb, a przez to naruszają podstawowe prawa obywatelskie. Trybunał dał rządowi 18 miesięcy na dostosowanie przepisów do standardów konstytucyjnych - w lutym 2016 r. zaskarżone przepisy stracą moc, a służby specjalne jakiekolwiek prawo do sięgania po nasze dane telekomunikacyjne. Tyle że przez rok rząd PO-PSL nie zaproponował żadnego rozwiązania. Inicjatywa wyszła za to od grupy senatorów Platformy. Przygotowany naprędce projekt spotkał się jednak ze stanowczym sprzeciwem Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji oraz Generalnego Inspektora Danych Osobowych. W efekcie dalsze prace wstrzymano, tym bardziej że przeciwko projektowi zaprotestowali też posłowie SLD i PiS.


- Takich przepisów nie wolno pisać w pośpiechu, a ten projekt sprawia takie wrażenie. Mamy do czynienia z sytuacją niebezpieczną. Nad takimi ustawami trzeba pracować dłużej i spokojnie - mówił w Sejmie poseł Jarosław Zieliński z PiS (otrzymał mandat na kolejną kadencję), były wiceminister spraw wewnętrznych i administracji.

Teraz obowiązek przygotowania nowych rozwiązań spada na rozpoczynające właśnie rządy Prawo i Sprawiedliwość, ale czasu jest niewiele. Ponadto trudno powiedzieć, jaki plan ma PiS na rozwiązanie tego problemu. Nie precyzuje tego program PiS, a dotychczasowe wypowiedzi przedstawicieli partii są ogólnikowe. 2Powolny pośpiech w sprawie transportu. Praktyka pokazuje, że nawet status „pilne” nie gwarantuje, że projekt zmian w prawie będzie sprawnie procedowany, a tym bardziej wprowadzony w życie.

W połowie lutego bieżącego roku Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju wyszło z inicjatywą powołania Krajowego Rejestru Elektronicznego Przedsiębiorców Transportu Drogowego. Rejestr miałby stanowić część europejskiego systemu informacyjnego. Między innymi miał uprościć weryfikację uprawnień przewoźników międzynarodowych. O stworzenie takiego narzędzia apelowali urzędnicy UE, przy okazji wytykając zwłokę w dostosowaniu przepisów szczegółowych do prawa unijnego. Wobec Polski wszczęto postępowanie „w sprawie naruszenia przepisów rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady Wspólnoty Europejskiej”. Bruksela straciła cierpliwość, bo w grudniu tego roku miną cztery lata, odkąd stosowne rozwiązania powinny funkcjonować.

W odpowiedzi polski rząd zobowiązał się, że doprowadzi do tego, by odpowiednie przepisy weszły w życie 1 stycznia 2016 roku. Ruszyły prace legislacyjne. Pod kierownictwem wiceministra Zbigniewa Rynasiewicza przygotowano projekt ustawy i przekazano go do konsultacji społecznych. Kilkanaście instytucji - w tym związki zrzeszające przedsiębiorców transportowych - zgłosiło swoje zastrzeżenia. Kwestionowano szczegółowe postanowienia, wytykano, że niektóre przepisy są korupcjogenne. Uwagi wniosły także inne resorty. Wywiązała się ostra dyskusja, a bitwę na pisma podsycały dodatkowo ponaglenia ze strony resortu infrastruktury. 1 września, półtora miesiąca przed wyborami, Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju przedstawiło siódmą, ostateczną wersję projektu.

W raporcie wspomnianego Ogólnopolskiego Forum Legislacji, które przyglądało się pracom nad tym projektem, czytamy, że minister Maria Wasiak poprosiła wówczas o rozpatrzenie projektu ustawy możliwie jak najszybciej. Swoją prośbę uzasadniała troską „aby umożliwić Sejmowi pilne rozpoczęcie procedury legislacyjnej”, gdyż istnieje „konieczność uchwalenia ustawy jeszcze w obecnej kadencji parlamentu.” Co ciekawe, choć minister Wasiak przekonywała o potrzebie pośpiechu, to z datowania pism wynika, że przedstawiony rządowi projekt trzymała w szufladzie... 7 tygodni. Zgodnie z kalendarzem Rady Ministrów projekt miał być poddany pod obrady 22 września. Posiedzenie jednak nie odbyło się. Masowy napływ uchodźców zmusił premier Kopacz do wyjazdu na szczyt szefów rządów UE.

Do październikowych wyborów temat rejestru transportowego nie wrócił już na forum rządu. 3Cichy upadek wielkiej reformy. Już w połowie 2013 roku gruchnęła wieść, że rząd nareszcie zabiera się za uporządkowanie spraw gospodarki wodnej. Brak jednego gospodarza rzek i kanałów, bałagan w kompetencjach i rozdrobnienie zadań między rozmaitymi urzędami i resortami, brak spójnej polityki i wreszcie zagmatwane przepisy - to wszystko powodowało, że niewykorzystane rzeki i kanały nie tylko coraz bardziej dziczały, ale też stawały się miejscami niebezpieczne. Problem szczególnie wyraźnie widać na przykładzie Wisły. Inny urząd odpowiada za koryto rzeki, a inny za teren między wałami przeciwpowodziowymi.

Mało tego, każda z tych instytucji ma nad sobą inne ministerstwo. Paradoksy obecnego ustroju można mnożyć. Choć do zadań wojewody należy koordynacja akcji zabezpieczającej w razie zagrożenia powodziowego, to wszelkie kluczowe decyzje - w tym te dotyczące urządzeń hydrotechnicznych - należą do regionalnego zarządu gospodarki wodnej. Do reformy prawa wodnego podchodzono już wielokrotnie, ale w połowie 2014 roku reforma wydawała się już niemal pewna. Ministerstwo Środowiska przekonywało, że sprawa zostanie rozwiązana raz a dobrze, a przeprowadzenie reformy jest kwestią najbliższych miesięcy. Pod koniec 2014 r. gotowy był już wstępny projekt ustawy wprowadzającej rewolucję wodną.

Zgodnie z jego założeniami wszelkie kompetencje związane z zarządzaniem infrastrukturą wodną miałyby być skupione w rękach jednego z dwóch urzędów - Zarządu Dorzecza Wisły lub Zarządu Dorzecza Odry. Przy okazji wprowadzono zasadę „korzystający płaci”, co przyniosłoby do budżetu solidny zastrzyk gotówki z przemysłu energetycznego. Raz jeszcze przeformułowano i uporządkowano kompetencje związane z użytkowaniem wód. Przygotowana ustawa liczyła łącznie ponad 100 stron zapisanych szczegółowymi przepisami. Drugie tyle liczyło uzasadnienie projektu. Konsultacje publiczne przyniosły kilkaset kolejnych uwag, głos zabrała blisko setka organizacji i urzędów. W kwietniu 2015 r. tak opracowany projekt przedstawiono Komitetowi Stałemu Rady Ministrów.

W czerwcu zakończyły się międzyresortowe uzgodnienia, a dopracowany projekt wymagał właściwie tylko formalnej akceptacji Rady Ministrów i mógł być skierowany do Sejmu. Wielka reforma wodna utknęła jednak w rządowych szafach. W sierpniu minister środowiska Maciej Grabowski przyznał publicznie, że resort odstąpił od dalszego opracowywania przełomowych zmian. - To nie jest nowelizacja prawa wodnego, to jest nowe prawo wodne i w związku z tym, biorąc pod uwagę kalendarz parlamentarny, szansa, żeby ten parlament uchwalił tę ustawę, jest według mnie, mówiąc wprost, żadna.

Wczoraj rzeczniczka ministerstwa jeszcze przekonywała, że wypracowany projekt jest gotową propozycją dla parlamentu nowej kadencji. - Czekamy na ukonstytuowanie się nowego parlamentu i rządu - zapewniała Katarzyna Pliszczyńska. Tyle że PiS ma inny pomysł. Zamiast zarządów dorzeczy chce stworzyć jedno ministerstwo, odpowiedzialne za gospodarkę wodną i żeglugę śródlądową. A przygotowywana przez dwa lata reforma wodna Platformy w tej sytuacji skończy najpewniej w rządowej niszczarce.