Po latach spadków cen surowce znowu zaczynają zyskiwać na wartości. W górę idą kursy metali przemysłowych. Przed kapryśną ropą również otwiera się perspektywa wzrostu. Niepewne są prognozy dla metali szlachetnych, choć i one potrafią nieźle zaskoczyć.

Bank Światowy ocenia, że bieżący rok będzie rokiem surowców. Po latach spadków i wieloletnich minimach osiągniętych w 2016 r. teraz są na ścieżce wzrostowej. W styczniu ekonomiści organizacji zweryfikowali swoje prognozy wzrostu cen metali w 2017 do 11 proc. wobec 4 proc. szacowanych w październiku 2016 r. Nieznacznie, ale mimo wszystko w górę, mają iść ceny produktów rolnych. Znacznie więcej, bo aż 26 proc. na koniec roku może podrożeć ropa. Tylko metale szlachetne czeka przecena o 7 proc.

Ostatnia rewizja prognoz Banku Światowego z marca potwierdza kontynuację wzrostu cen metali i umiarkowany surowców rolnych. W przypadku ropy oczekiwania rozmijają się z zachowaniem rynku. Podobnie jest ze złotem, srebrem i innymi metalami szlachetnymi.

Wielki powrót

Po pięciu latach spadków kurs miedzi zmienił kierunek na północ. Od 2011 r. metal taniał aż do końca 2015 r., kiedy cena sięgnęła siedmioletniego minimum – 4330 dolarów za tonę. Od tamtego momentu miedź zyskuje na wartości i według prognoz do końca roku może osiągnąć cenę 7000 USD.

Miedź jest o tyle interesującym aktywem, że ruchy cen na giełdach tego surowca mają bardzo duże przełożenie na wyceny akcji spółek ją wydobywających. Wynika to z bardzo dużej przeceny, jaka dotknęła te walory w ostatnich latach. Lewar jest na tyle duży, że 5-procentowy wzrost ceny surowca zwiększa cenę akcji o 14-28 proc.
Spadek podaży miedzi w ostatnich latach spowodował wzrost jej cen. Dopiero teraz rynek odbudowuje moce wydobywcze. Metal drożeje również dlatego, że znacząco rośnie na niego popyt.

Co z tą ropą

Bank Światowy swoją prognozę odnośnie czarnego złota oparł na założeniu, że cięcia wydobycia surowca uzgodnione przez państwa OPEC i producentów nienależących do kartelu, jak Rosja, zmniejszą presję na ceny, które wzrosną powyżej 50 dolarów za baryłkę. Ograniczenia w produkcji obowiązują od stycznia do czerwca tego roku.

Tymczasem okazało się, że w lutym rafinerie wyprodukowały o 10 proc. surowca więcej, niż zakładał uzgodniony plan. Rynek natychmiast zareagował przeceną ropy poniżej 50 dolarów. Oliwy do ognia dolały spekulacje, że za nadwyżkę częściowo odpowiada Arabia Saudyjska. Co ciekawe, to właśnie ten kraj będąc liderem negocjacji między producentami, usilnie dążył do osiągnięcia porozumienia. Czyżby po cichu sabotował z trudem zawarty sojusz przekraczając limity, by ratować budżet królestwa? Większość wpływów do kasy państwowej Saudów, bo aż 90 proc., pochodzi z handlu ropą.

Wraz z kurczeniem się ceny dochody królestwa zaczęły maleć. Żeby uciąć spekulacji następca tronu wydał bezprecedensowe oświadczenie w mediach, że Arabia Saudyjska absolutnie wspiera porozumienie i go dotrzymuje. Nadwyżka produkcji to kwestia techniczna związana z rozliczaniem magazynów.

Okazało się zresztą, że za większe wydobycie odpowiadają amerykańscy nafciarze, którzy uruchomili wydobycie z rafinerii szczelinowych. To właśnie oni byli odpowiedzialni za wstrzymanie wzrostów ropy w ostatnim czasie. Liczba czynnych szybów naftowych wynosi blisko 650 i jest największa od października 2015r. Dla wielu firmy wydobywczych cena 50 USD stanowi próg rentowności. Wzrost ceny powyżej skłania ich więc do wznowienia produkcji. To z kolei powoduje wzrost podaży i tym samym presję na spadek cen.

W ostatnim czasie pojawiły się pogłoski o nowym porozumieniu krajów – producentów, zakładającym kolejne ograniczenia w wydobyciu ropy. To może doprowadzić do zwiększenia jej ceny, na czym bardzo zależy Arabii Saudyjskiej, która przygotowuje do giełdowego debiutu państwowy koncern naftowy. Wartość IPO ma wynieść 68 mld dolarów.
 
Złoto się nie poddaje

Niezgodnie z prognozami zachowują się też metale szlachetne. Złoto po ostrym rajdzie w górę w lutym, na początku marca mocno wyhamowało w związku z oczekiwanym wzrostem stóp procentowych w USA. Dość niespodziewanie, po tym jak bank rezerwy federalnej rzeczywiście podwyższył koszt pieniądza na marcowym posiedzeniu kurs żółtego metalu skoczył w górę. Odbicie było efektem rozliczeń kontraktów terminowych na złoto i dolara. Wielu inwestujących zajęło krótkie pozycje na kruszcu i długie na walucie. Kiedy metal zaczął tanieć część inwestorów ruszyła do kupna przecenionego aktywa. W konsekwencji uderzyło to w dolara, którego kurs obniżył się. Wtedy inwestorzy zaczęli zamykać długie pozycje walutowe i dla minimalizowania strat zaczęli kupować złoto.

Historycznie przy podwyżkach stóp w 2015 r. i w 2016 r. złoto zawsze zyskiwało tuż po ogłoszeniu decyzji FED.
Notowania w kolejnych dniach po podwyżce zepchnęły kurs złota w kierunku 1200 dolarów za uncję. Dalszy rozwój wypadków na tym rynku zależy przede od ruchów FED i wzrostu inflacji. Seria podwyżek może stanowić mocne uderzenie w ceny metalu. Z drugiej strony, jeśli inflacja będzie rosła szybciej od stóp kruszec może błysnąć jako aktywo chroniące kapitał przed wzrostem cen.

Warto przypomnieć, że w latach 2004-07 FED 17 razy podnosił stopy z 1 proc. do 5,25 proc., a w tym czasie złoto zyskało na wartości 49,8 proc. rosnąc z 393 dolarów do 589 USD za uncję.

Pallad odporny na ruchy stóp

Od początku roku śladem złota podąża srebro, które po wzrostach zapoczątkowanych jeszcze w grudniu wyhamowało marsz na północ w oczekiwaniu na decyzję FED.

Ten sam los podzieliła platyna. Jej cena spadła w okolice 1000 dolarów, podczas gdy jeszcze we wrześniu 2016 r. wynosiła 1100 USD. Platyna, podobnie jak złoto, szczytową formę osiągnęła w 2011 r., kiedy jej kurs doszedł do 1900 dolarów. Od tamtego czasu nie odzyskała wigoru, a w tym roku niewykluczone, że potanieje poniżej 1000 USD.

Generalnej przecenie na rynku metali szlachetnych nie oparł się pallad, taniejąc do 760 dolarów. Jest on jednak bardziej odporny na ruch stóp, niż inne metale z tej rodziny, ze względu na szerokie zastosowanie w przemyśle. Pallad od dłuższego czasu znajduje się w fazie wzrostowej a perspektywa inwestycji infrastrukturalnych zapowiedzianych przez Donalda Trumpa dodaje mu skrzydeł.

Rynek wnikliwie obserwuje oznaki ożywienia w światowej gospodarce. Szczególną uwagę poświęca danym z Chin, pod kątem sygnałów potwierdzających koniec spowolnienia w Państwie Środka. Oznaki ożywienia nie są jeszcze jednoznaczne i oczekiwania inwestorów rozmijają się czasem z fundamentami. Widać to na przykładzie rynku rudy żelaza, rosnącego od początku 2017 r. w związku ze spodziewanym wzrostem zapotrzebowania z Chin. Tymczasem popyt chińskich producentów wciąż jest umiarkowany, co doprowadziło do ostrej przeceny surowca w drugiej połowie marca. Sytuacja jeszcze nie jest klarowna, niemniej na rynku surowców panuje ożywienie i choć ceny wahają się, sentyment inwestorów jest pozytywny.

To dobra informacja dla posiadaczy funduszy inwestycyjnych zaangażowanych na rynku surowców, którzy weszli w inwestycje kilka lat temu na fali hossy. Wraz ze wzrostem cen poprawi się wycena ich inwestycji. Po latach spadków ceny surowców są niskie, co może stanowić okazję do zainteresowania się tym rynkiem, dla tych którzy dotąd omijali go szerokim łukiem.

Obejrzyj wideo:

60sekundBIZNESU - o zakazie handlu w niedzielę