Sprzedałem mieszkanie po babci, żeby zainwestować w Runmageddon. Do pierwszej edycji dołożyłem prawie 100 tys zł. Ludzie patrzyli na mnie jak na kompletnego świra – Jaro Bieniecki, prezes Runmageddonu Czym się zajmowałeś wcześniej? Skąd pomysł, żeby zająć się organizacją tego typu imprezy?

Pracowałem w korporacjach, łącznie było ich 7, ale z 5 mnie wyrzucili – pod tym względem jestem rekordzistą wśród ludzi, których znam. Zajmowałem stanowiska: kierownicze a nawet dyrektorskie w obszarze sprzedaży i strategii, w energetyce i w komunikacji. Na „koniec” swojej kariery byłem szefem we francuskiej spółce – jeżeli chodzi o pracę w korporacji, to było najlepsze, co mogłem sobie wymarzyć. Wtedy się zorientowałem, że wszystko fajnie, ale lepiej robić coś dla siebie w obszarze, który się lubi.

Równolegle do pracy w korporacji zaczynałem współpracę z Markiem Troniną. Gdy on robił swój drugi maraton warszawski, ja byłem tam szefem trasy, następnie przez jakiś czas dyrektorem sportowym. Później uruchomiliśmy pierwszy półmaraton i się rozstaliśmy. Założyłem razem z bratem „Bieg Rzeźnika”. Po ośmiu latach dokładania do tego biegu brat zajął się tym na poważnie, a ja odpuściłem. Po roku przerwy zabrałem się za Runmageddon.

r

fot. Runmageddon.pl

Jak zaczynaliście? W jaki sposób prezentował się ten projekt od strony biznesowej?

Nie miałem odłożonych takich środków, żebym na pół roku czy na rok mógł zrezygnować z pracy i zająć się tym projektem. Sprzedałem mieszkanie po babci, żeby zainwestować w Runmageddon. Dodatkowo mój przyjaciel i jego wspólniczka zostali inwestorami, a resztę pieniędzy pożyczyłem. Do pierwszej edycji dołożyłem, zgodnie z planem, prawie 100 tys zł. Ludzie patrzyli na mnie jak na kompletnego świra: rzuciłeś świetną pracę, tyle w to zainwestowałeś i jeszcze jesteś blisko 100 tys zł w plecy po pierwszej imprezie? Czyste wariactwo! Wtedy stwierdziłem, że to jest najlepszy moment na biegi przeszkodowe w Polsce. Jeszcze dwa lata temu mało kto słyszał o biegach przeszkodowych,a teraz mało kto z biegaczy o nich nie słyszał. Tak jak kiedyś rosły biegi górskie, potem triathlon a teraz runmageddon, czyli generalnie segment biegów przeszkodowych. Postawiłem na to, że to będzie działać i... działa. Chcemy to robić na tyle profesjonalnie i porządnie, żeby zagraniczne firmy wchodzące na ten rynek się od nas odbiły, jak ebay od allegro. I jak narazie, tak się dzieje.

Kto jest dla Was największą konkurencją? Czy jesteście już bezkonkurencyjni?

W skali globalnej jest to amerykański Tough Mudder, który w Polsce jeszcze nie istnieje. Natomiast w kraju poza nami są jeszcze dwa cykle: Spartan Race i Survival Race, ale to jest skala absolutnie nieporównywalna. Jako runmageddon mamy ponad 50 proc. rynku ilościowo i ponad 60 proc. wartościowo.

Ok, wróćmy jeszcze raz do początku. Ilu chętnych było jak zaczynaliście, a ilu jest teraz?

W pierwszej edycji wystartowało 800 osób, a teraz w ostatnie 4 dni października 800 osób zapisało się na różne edycje. Na pierwszą imprezę zbieraliśmy zapisy przez 8 miesięcy – to najlepiej obrazuje te różnicę.

r

fot.Runmageddon.pl

Jak docieraliście do potencjalnych uczestników? Reklamowaliście? Internet? Prasa?

Zdecydowanie internet i cały czas się tego trzymamy. Mamy kilku patronów medialnych, dzięki którym jesteśmy jeszcze w prasie, radio czy telewizji. Jednak największą wartość sprzedażową ma internet.

Co decyduje o wyborze danego miejsca? I co jest największą przeszkodą w doborze odpowiedniego terenu?

Zaczynaliśmy od tego, żeby znaleźć miejsce w którym oprócz odpowiedniego „terenu” znajdowało się zaplecze sanitarne i organizacyjne. Teraz do naszej listy wymogów doszła atrakcyjność geomarketingowa, czyli potencjał lokalizacji pod kątem naturalnych przeszkód: interesują nas góry, woda, piasek, kamienie. Ogólnie im gorszy i trudniejszy teren, tym lepiej. Również jakiekolwiek zaplecze sanitarne ułatwia nam pracę, chociaż organizowanie imprezy na hałdach kopalnianych w Gliwicach świadczy o tym, że jesteśmy w stanie robić imprezy bez „fizycznego” zaplecza na miejscu. Jesteśmy już w stanie przywieźć w dane miejsce całe miasteczko namiotowe, w którym znajduje się wszystko, co jest potrzebne nam, jak i uczestnikom: począwszy od pryszniców i toalet, kończąc na sklepie i biurze depozytów. A zaraz po evencie zwinąć wszystko.

Ale musicie spełniać jakieś wymogi? Czy przyjeżdżacie i rozkładacie sprzęt, tak jak Wam się podoba?

To wszystko zależy od właściciela terenu. Zawsze staramy się tak dogadać, żeby tych obostrzeń było jak najmniej. Bardzo ważnym aspektem dla nas jest możliwość ingerencji w teren.

Skąd bierzecie pomysły na przeszkody?

Mamy swój park kilkunastu przeszkód, który zawsze wozimy ze sobą, ponieważ świetnie się sprawdzają, np. ściany niższe i wyższe, wspinanie się po linie, wciąganie trylinki. Oczywiście staramy się, żeby na każdej edycji znajdowały się przeszkody specyficzne dla danego eventu. Tak jak mieliśmy w Myślenicach przejście nad rzeką Rawą na poziomo rozwieszonej linie o długości 50m, Indianę Jones’a w wersji XXL, czyli przelot na linie przyczepionej do dźwigu na wysokości kilkunastu metrów nad 15m basenem, który byliśmy w stanie stworzyć na hipodromie w Sopocie, czy na hałdach w Gliwicach, gdzie w ogóle nie ma wody. Więc logistycznie jest to potężne wyzwanie. Ponadto w Myślenicach mamy kilkudziesięciu metrową zjeżdżalnię i trochę krótszą w Gliwicach. Dlatego tak bardzo nam zależy na zróżnicowanym ukształtowaniu terenu.

Skąd biorą się pomysły?

To głównie nasza inwencja: mamy kilkunastoosobową stałą ekipę, plus kilkadziesiąt osób, które współpracuje z nami od eventu do eventu- każdy ma swoje pomysły na nowe przeszkody i część z nich udaje się nam zrealizować.

Sami też je pokonujecie? Sprawdzacie? Testujecie?

Oczywiście tor robimy po części dla siebie. Jako, że już jesteśmy trochę znudzeni i zblazowani, ponieważ trochę widzieliśmy i pokonaliśmy, nasz tor musi być na tyle atrakcyjny, żeby na nas robił wrażenie. A to z kolei dla ludzi, którzy przychodzą pierwszy raz, to jest absolutny kosmos. Ponadto, skąd wiemy jaką następną przeszkodę postawić? Pytamy o to uczestników. Po każdym evencie mamy ankietę, mierzymy satysfakcję uczestników, stąd wiemy co jeszcze mamy do poprawienia.

Która przeszkoda jest Twoją ulubioną? Czy są takie, które absolutnie zawsze muszą się pojawić?

Na pewno musi się znaleźć żywa przeszkoda przed metą w postaci zawodników futbolu amerykańskiego lub rugby. Stanowi to dla nich potężny trening, ponieważ nawet jak jest ich kilku na zmianę, a w perspektywie jest do przewrócenia 2 tys ludzi, to naprawdę oni też dostają w kość. Po 100 przewróconych osobach, nawet Ci najtwardsi mają dość. Ja osobiście jestem fanem Indiany Jones’a, czyli przelotu nad kilkunastu metrowym basenem, zwłaszcza w tej wersji XXL. Lubię tez ściany, bo one pokazują charakter tego eventu. To co jest charakterystyczne dla runmageddonu, to współpraca. Nie ma takiej możliwości, żeby ktoś zmęczony, w ubłoconych butach poradził sobie z tą ścianą, chyba, że ma ponad 2 metry wzrostu. Za każdym razem się wzruszam, jak patrzę co się dzieje pod nimi – zupełnie obcy ludzie stają i pomagają innym uczestnikom – to jest piękne. To jest najfajniejsze w runmageddonie, współpraca, pomoc innym, to, żeby nikogo nie zostawić za tą ostatnią ścianą.

Właśnie! Co z tym ostatnim?

Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby ktoś został. Naprawdę robi wrażenie, jak ludzie stają i przerzucają kilkanaście osób, zanim sami przejdą. Mega dobrze zrozumiał tę ideę Bogdan Wenta, który startował u nas - stał pod ścianą i przerzucał kolejnych uczestników.

Bieg jest traktowany jako wyścig, czy chęć sprawdzenia siebie?

Zdecydowana większość ludzi współpracuje, ale jest grupa tzw. harpaganów, którzy się ścigają, walczą o wynik. Specjalnie dla nich zrobiliśmy serię elite, żeby nie mieszać ich z pozostałymi uczestnikami. Po części trochę zaprzeczają duchowi runmageddonu, czyli współpracy.

Podczas biegu jest więcej śmiechu czy przekleństw?

Jednego i drugiego, w zależności od edycji. Ludzie mówią, że w trakcie zawodów nas nienawidzili, a po biegu kochają. Czyli osiągamy zamierzony efekt. Ludzie na trasie dostają ostro w kość, dzięki temu zapamiętują to na długo i chcą wracać przy kolejnych imprezach.

Dla kogo skierowany jest ten bieg? Każdy może wystartować?

W wersjach najkrótszych, czyli intro i rekrut, odpowiednio 3 i 6 km praktycznie każdy może wziąć udział. Nie powinno być większych problemów z dotarciem do mety. Tutaj nie ma odcinka, gdzie trzeba przebiec więcej niż 200 metrów. Przeszkody są rozstawione co 100 – 150 m. Cały czas pojawiają się nowe emocje. Widzisz kolejną przeszkodę, dobiegasz do niej i próbujesz sobie z nią poradzić, przeskakujesz i od razu widzisz następną...

Czyli trzeba się przełamać?

Tak, w którymś momencie przełamujesz się. Stopniujemy przeszkody na trasie. Na początku mamy ścianę, która ma około 2,5 m i ludzie sobie z nią radzą, a jakby trafili od razu na 3m, to pewnie by zrezygnowali, natomiast jak mają stopniowanie, to jest im łatwiej. Gdybyśmy przeszkodę lodową, w której trzeba zanurkować w kontenerze wypełnionym wodą z lodem, postawili na początku, to zapewne wiele osób by zrezygnowało, a że jest jedną z ostatnich, to ludzie już są tak zdeterminowani i w pewnym sensie przyzwyczajeni do tego, że wiedzą, że muszą się przełamać, żeby ją pokonać.

Podczas biegu można zrezygnować? Dużo osób odpada w jego trakcie?

Jest taka możliwość, ale bardzo rzadko to się zdarza. Zdecydowana większość zawodników dociera do mety. Na trasie można sobie pomagać, a wręcz trzeba, ponadto ludzie nakręceni tymi emocjami chcą doświadczyć czegoś więcej, dlatego się nie poddają.

To chyba dość mocno kontuzyjny sport?

Kontuzje zdarzają się na każdej edycji, ale też na każdej imprezie mamy przynajmniej dwie karetki, patrol medyczny i punkt medyczny. Od tej strony zabezpieczenie jest wręcz nadmiarowe w stosunku do tego co się dzieje. Natomiast wolimy przeginać w tę stronę, niż jakby miało czegoś zabraknąć. Liczba interwencji wynosi poniżej 1 proc. do liczby uczestników, a liczba poważnych interwencji to 2, max 3 promile. Prawdopodobieństwo tego, że stanie się coś cięższego jest niewielkie. Natomiast jeżeli chodzi o jakieś zadrapania, siniaki, czy stłuczenia to już jest praktycznie 100 proc!

Co Ci utkwiło w pamięci? Co Cię utwierdza w tym, że to co robisz ma sens?

Dla mnie mega atrakcją jest seria organizatorów, w której sami startujemy i która odbywa się przy każdej imprezie. W pierwszych edycjach było to kilka osób, na pierwszej edycji hardcore biegłem sam. Natomiast teraz serie organizatorów liczą nawet po 60 osób. Wszyscy Ci, którzy przygotowują trasę, teraz sami lecą i pokonują przeszkody, które pokonywali chwile temu inni zawodnicy. To jest rewelacyjne, że sami się tym cieszymy i dlatego uważam, że robimy prawdopodobnie najlepsze eventy biegów przeszkodowych w Europie, przynajmniej jeżeli chodzi o trasę. Twierdzę tak, ponieważ sami się tym bawimy, bo robiąc coś dla siebie, robimy to najlepiej, jak umiemy.

Po co to wszystko? Dla satysfakcji?

To coś więcej, niż satysfakcja, bo gdy podejmuje się wyzwanie i udaje się mu sprostać to jest to jedna z atrakcji. Jednak żeby to zrobić, trzeba się przełamać w kilku momentach. Już samo zapisanie się na bieg jest momentem przełamania. Duża część ludzi boi się wystartować. Robić coś bojąc się, ma dużo większą wartość. Na trasie takich momentów przełamania przybywa, trzeba się wysilić i sięgnąć dalej, niż sięgało się do tej pory. Nikt nie wraca z runmageddonu z poczuciem, że nic wielkiego się nie wydarzyło. Ludzie na mecie czują, że coś osiągnęli. Do tej pory nie spodziewali się, że uda im się to zrobić. Ten moment kiedy się przełamujesz i robisz coś więcej, niż wcześniej - buduje Cię. To, że podejmujesz wyzwanie, które wydaje Ci się trudne i jesteś w stanie mu sprostać - buduje Cię. Ostatnią rzeczą jest współpraca, czyli to, że pomagasz innym, ale i otrzymujesz pomoc od nich. Myślę, że ludzie po takim starcie stają się lepszą wersją siebie.

Dlaczego runmageddon? W czym jest lepszy od innych biegów?

Maraton jest fajny pod tym względem, że towarzyszą mu emocje związane z rywalizacją. Każdy pokonuje kolejne bariery, dąży do życiówki. W momencie kiedy skończyłem swoją „karierę”, okazało się, że takie bieganie jest... nudne. Może nie dla każdego, ale dla mnie tak. Myślę, że mogę się wypowiadać na ten temat, ponieważ przebiegłem kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Tutaj, za każdym razem masz inną trasę i nowe przeszkody. Dlatego biegi przeszkodowe są same w sobie ciekawe. Dlaczego w biegach przeszkodowych zdecydować się na nas? Dlatego, że jesteśmy jedyną ekipą, która tak mocno angażuje się w to emocjonalnie, a dodatkowo też w tym startuje. Uważam, że jesteśmy najlepsi, jeżeli chodzi o trasy, nie mam tutaj żadnych wątpliwości (śmiech). Robimy takie przeszkody, takie trasy, po których najwięksi twardziele wracają i mówią, że dostali niezły wycisk.

Jeśli chodzi o samą organizację imprez, masz stałą ekipę? Wolontariuszy?

Zaczynaliśmy na zasadach pospolitego ruszenia, czyli szeroka grupa moich przyjaciół i znajomych zaangażował się w to, dzięki czemu mogliśmy zrobić pierwszą edycję. Przy każdej kolejnej imprezie zwiększała się liczba ludzi, która pracowała na stałe. Najpierw sami startowali, później byli wolontariuszami, a następnie trafiali do naszej ekipy. Teraz ten twór, który nazywamy ekipą runmageddonu liczy już ponad 50 osób. Tacy ludzi, którzy byli przynajmniej na pięciu edycjach, wiedzą o co chodzi, dlatego cały czas współpracują z nami. Przez runmageddon przeszło ponad 1 tys wolontariuszy. Stała ekipa, pracująca na co dzień to 15 osób. Dla nich to jest to główny temat działania w życiu. Mamy bardzo dobry zespół, który zapyla po Polsce i sprawdza co jeszcze ciekawego można tu zrobić.

Co dalej? Chcecie wyjść poza granice Polski?

Absolutnie tak! Nie mam żadnych wątpliwości, że w przyszłym roku będziemy mieć dwa eventy w Wielkiej Brytanii. Łapiemy też okazje, które się nadarzają, więc bardzo prawdopodobne, że pojawimy się w przyszłym roku w Czechach. W kolejnych latach planujemy ekspansję na kolejne kraje europejskie. Ponadto jestem przekonany, że w 2017- 2018 roku pojawimy się na rynku amerykańskim. To jest największy rynek, walka z najlepszymi z branży. W Europie są to imprezy organizowane w Wielkiej Brytanii, więc zaczynamy stamtąd, bo wierzę, że jesteśmy w stanie robić to lepiej! Rywalizując z najlepszymi, najszybciej można się uczyć i rozwijać. Chcemy pokazać, że produkt polskiego pochodzenia w mega dynamicznej branży na świecie, jest w stanie być najlepszym!

Co powiesz osobom, które jeszcze się zastanawiają, czy wystartować? Nie bać się?

Tylko idioci się nie boją. Chodzi o przełamanie tego strachu, zaryzykowania i zrealizowania swojej potrzeby zrobienia czegoś nowego, czegoś innego. To trzeba przeżyć. Później to będzie silniejsze od was i wrócicie przy z kolejną edycją. Są tacy, którzy startowali we wszystkich biegach. To też jest piękne, że ludzie do nas wracają i potrafią powiedzieć „fantastyczna trasa, zawsze robiliście rewelacyjne, ale ta przebiła wszystko”.


Jeżeli potrafimy być atrakcyjni dla siebie, tak samo potrafimy być atrakcyjni dla tych, którzy startują po raz 16, to dla tych, którzy robią to pierwszy raz, to będzie absolutne urwanie dupy!