Od 1 stycznia nie trzeba już ubiegać się o zgodę na wycinkę drzewa na prywatnej posesji. W całej Polsce trwa ich masowa wycinka. Firmy otrzymują mnóstwo zleceń, a ekolodzy apelują do polityków o powrót do poprzednich przepisów.

- W tej sprawie będę bardzo zdecydowany. Co do niedopracowania- Rzeczywiście problem jest trudny, ponieważ z jednej strony właściciele domów, ogrodów czy niewielkich posesji bardzo cieszą się z tego, że nie muszą zabiegać miesiącami a często i dłużej, płacić za to, żeby móc wyciąć jedno drzewo. Z drugiej strony mamy do czynienia z nadużyciami i to bardzo drastycznymi o których była mowa. Tutaj ci, którzy mówili, że dzieje się coś złego- mieli całkowitą rację- mówił podczas briefingu prasowego prezes PiS Jarosław Kaczyński.


Internetowe portale zalały ogłoszenia dotyczące wycinki drzew. Zleceniobiorcy to zarówno osoby prywatne jak i specjalistyczne firmy. Na usuwaniu drzew zarabiają krocie. Koszt wycięcia drzewa w stolicy to średnio 500-800 zł, ale zdarzają się również zlecenia za trzy tysiące złotych.

- Starodrzewy są wycinane, drzewa czy całe zespoły drzew, które w żadnym wypadku nie powinny być wycinane. Doszło tutaj do nadużyć, został popełniony błąd- dodaje prezes PiS.

Według Pawła Szypulskiego z Greenpeace Polska, problem z nowym prawem polega na tym, że tworzy luki i otwiera przestrzeń do nadużyć. Jego zdaniem prawo, które obowiązywało przed 1 stycznia br. uczyło nas szacunku do drzew. Zgodę na wycięcie drzewa na własnej działce trzeba było uzyskać i w zdecydowanej większości przypadków zgody były wydawane.

- Zalety tych rozwiązań polegały na tym, że ten proces był kontrolowany – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Polska Press. - Problemem związanym z prawem, które obowiązuje w Polsce od tego roku jest to, że wpisuje ono się w pewien większy trend ustaw i nowelizacji przygotowanych przez Ministerstwo Środowiska, które są ogromny zagrożeniem dla polskiej przyrody – ocenił Szypulski.

Ekspert podkreśla, że nowelizacja ustawy została przygotowana w MŚ, ale jest prezentowana jako projekt poselski. W sytuacjach wyjątkowych, kiedy ktoś chciałby wyciąć drzewo cenne przyrodniczo czy pełni jakieś niezwykle ważne funkcje społeczne w okolicy, samorządowcy mieli możliwość zatrzymania takiej wycinki.

W tym momencie urzędnicy nie są w stanie prawie nic zrobić, więc pod topór idą 100-letnie i starsze dęby. Jeśli w poprzednim prawie były jakieś uciążliwości, warto byłoby się nad nimi pochylić, można by negocjować te zmiany, natomiast kompletnym błędem jest wprowadzenia sytuacji gdzie w wycince drzew rozpoczyna się całkowita anarchia, nie ma żadnej kontroli ile i jakie drzewa są wycinane – zaznacza członek Greenpeace.

Zdaniem eksperta najlepszym rozwiązaniem byłby powrót do poprzedniego prawa i „rozpoczęcie procedur demokratycznych”, w których można by się pochylić nad zmianami. Jego zdaniem jednym z niewielu narzędzi, dzięki którym można ograniczyć tymczasowo wycinkę drzew jest obowiązujący od 1 marca okres lęgowy ptaków. Prawo zabrania wycinki drzew, w których swoje gniazda mają ptaki chronione, a takimi w większości są polskie ptaki.

Jednak to nie jedyny problem spowodowany przez ustawę pozwalająca na wycinkę drzew, eksperci alarmują, że tak zwany „efekt Szyszki” będzie widoczny nie tylko w zwiększonej wycince drzew, ale także w kosztach związanych z wypadkami przy pracy ponoszonymi przez pracodawców i społeczeństwo.

W pierwszym kwartale 2017 roku firmy zajmujące się wycinką drzew przeżywały prawdziwą hossę. Liczba zleceń dotycząca wycinki przerosła ich dotychczasowe możliwości i wymusiła zakupienie nowego sprzętu oraz zatrudnienie dodatkowych osób. Niestety zwiększony popyt na tego typu usługi może się również przełożyć na wzrost liczby wypadków przy pracach leśnych.

- W dużej mierze na wypadki narażeni są pracownicy o stażu poniżej jednego roku. Poza dobrym przeszkoleniem na stanowisku pracy, to doświadczenie zawodowe decyduje o wyrobieniu prawidłowych nawyków, które pozwalają na unikanie niebezpiecznych działań. Główną przyczyną zdarzeń, także w branży leśnej, jest niewłaściwe zachowanie pracownika, które niejednokrotnie wiąże się z obsługiwanymi pilarkami, ciągnikami, sprzętem do zabezpieczenia prac na wysokości – tłumaczy Łukasz Wawrzyniak, główny specjalista ds. BHP w W&W Consulting.