Katowice się wyludniają, ale dla mieszkańców ościennych miejscowości wciąż jawią się jako "ziemia obiecana". Codziennie do pracy w stolicy województwa przyjeżdża ponad 120 tysięcy osób. Najwięcej z Sosnowca, Tychów, Chorzowa, Siemianowic Śląskich i Bytomia, choć nie brakuje też pracowników rodem z zachodniej Małopolski. Przyciągają ich tutaj centrale dużych firm, urzędy oraz instytucje państwowe i samorządowe. To renta za stołeczność - mawiają ekonomiści.

Katowice nie są jednak jedynym miastem w regionie, które "importuje" pracowników. To samo dzieje się w Gliwicach, Bielsku-Białej, Częstochowie i Jastrzębiu, ale także w Lublińcu, Kłobucku oraz Mikołowie. W sumie takich miast mamy w województwie śląskim 15. Cała reszta spełnia rolę "eksporterów". W nich przeważają wyjazdy do pracy poza granice gminy, choć raczej nie pociąga to za sobą migracji na stałe.

Każdego dnia do pracy w Katowicach przyjeżdża ponad 120 tysięcy osób.

Najwięcej z Sosnowca, Tychów i Chorzowa. Stolica województwa jest największą, ale nie jedyną, "zieloną wyspą" w regionie. Poszukujących pracy intensywnie przyciągają także: Bielsko-Biała (ponad 30,5 tys. przyjeżdżających), Gliwice (blisko 28 tys.), Częstochowa i Jastrzębie-Zdrój (prawie 18 tys.). Wszystkie te miasta znalazły się w ogólnopolskim zestawieniu 20 gmin, które mogą wykazać się największą liczbą pracowników  z "importu".

Atrakcyjniejsza od Katowic jest tylko Warszawa
Migracje za pracą regularnie śledzi Główny Urząd Statystyczny. I właśnie na bazie tych danych swój opublikowany kilka dni temu raport oparł serwis mojapolis.pl. Wskazał, które miasta wojewódzkie cieszą się największym uznaniem wśród poszukujących zatrudnienia  (okazało się, że Katowice są pod  tym względem na  drugim miejscu w Polsce, ustępując atrakcyjnością jedynie Warszawie), a co ważniejsze pokazał, jak wygląda geografia "eksporterów" oraz  "importerów" pracowników w poszczególnych regionach kraju. Stąd też wiemy, że u nas - poza wymienioną piątką miast - na plusie w bilansie wyjazdów do pracy są jeszcze: Kłobuck, Lubliniec, Tarnowskie Góry, Mikołów, Dąbrowa Górnicza, Racibórz, Żywiec, Ustroń i Cieszyn.

Pozostałe miejscowości z naszego regionu spełniają rolę "dawców" - z nich codziennie więcej osób wyjeżdża do pracy, aniżeli w tym celu tam przyjeżdża. Dwa pierwsze miejsca w tym zestawieniu zajmują Sosnowiec i Bytom (odpowiednio prawie 22 tys. i ponad 18,5 tys. wyjeżdżających). Kolejne są Katowice (blisko 18 tys. "eksportowanych" pracowników), ale przy intensywności ruchu w drugą stronę ów exodus można uznać za nieistotny.

Za pracą gotowi są jeździć głównie ci, którzy ją mają
O ile obecność na liście "importerów" Katowic, Tychów czy Jastrzębia nie dziwi (dwa pierwsze to miasta o bardzo niskim bezrobociu, gdzie chętnie lokują się nowe firmy, zaś trzecie stanowi silny ośrodek górniczy), to już fakt, że znalazły się tam Kłobuck, Mikołów czy Lubliniec może nieco zaskakiwać. Dr Rafał Muster, socjolog pracy z Uniwersytetu Śląskiego, przyznaje, że można tylko spekulować na temat tego, co było przyczyną takiego stanu rzeczy.

- W tych miejscowościach nie ma dużych firm, więc gros dojeżdżających tam do pracy osób mogą stanowić ludzie zatrudnieni w sektorze publicznym, chociażby w placówkach samorządowych - mówi dr Muster. Inny scenariusz zakłada, że znaczną część z nich stanowią osoby, które wywodzą się z tych miejscowości, tam przez lata pracowały, później się wyprowadziły do  spokojniejszej okolicy, lecz miejsca pracy nie zmieniły.

Czy "eksport" pracowników można uznać za pierwszy krok do opuszczenia przez nich dotychczasowego miejsca zamieszkania? To zależy gdzie. W warunkach aglomeracji raczej takiego zagrożenia nie ma.

- Miasta są na tyle blisko położone, że nie ma potrzeby się przeprowadzać - ocenia dr Muster. Z drugiej strony podkreśla on jednak, że na dojazdy do pracy decydują się nie ci, którzy jej dopiero poszukują, ale ci, którzy ją mają, lecz chcą zmienić na lepszą.

- Sami bezrobotni są pod tym względem mało mobilni. Co prawda 70 procent z nich mówi, że gotowi byliby dojeżdżać do pracy, ale maksymalnie 20-30 minut. A im ktoś starszy, tym ta gotowość jest mniejsza - mówi dr Muster.