Dla słynnej projektantki modowej Grażyny Hase miłość była równie ważna jak tworzenie nowych kolekcji - fragment książki Krzysztofa Tomasika „Grażyna Hase. Miłość, moda, sztuka”

Miłość jest dla Grażyny Hase sferą życia równie ważną, co twórczość. O większości swoich związków z mężczyznami nie chce jednak opowiadać, tym bardziej że nie wiadomo, czy chcieliby tego jej partnerzy, zazwyczaj bardzo dyskretni w upublicznianiu dawnych romansów. Za największy sukces projektantka uznaje fakt, że z nikim nie rozstała się w gniewie, a po wygaśnięciu uczucia udawało się jej zachować przyjacielskie relacje.

Pierwszy związek zaczął się pod koniec lat pięćdziesiątych. Wybrankiem był Ryszard Manicki, pseudonim Ślepy, barwna postać ówczesnej Warszawy, stały bywalec Hybryd i basenu Legii. Początkująca modelka i grasejujący playboy tworzyli tak zjawiskowy duet, że jeszcze po latach Jerzy Gruza wspominał: „To była para!

On zajmował się organizacją imprez, dzisiaj powiedzielibyśmy dyskotek, ona jeszcze nie projektowała sukienek ani modnych bluzek. On szaleńczo jeździł na motorze, zarabiał nieźle na tych imprezach. To go zgubiło, a może tylko nadało inny wymiar jego wyczynom jako supermena. Mieli straszny wypadek, on z Grażyną z tyłu, na siodełku, pędził jak wariat mostem Poniatowskiego i jak zwykle wybierał drogę dla szpanu między dwoma mijającymi się tramwajami. Niespodziewanie wyjechała im karetka pogotowia w rejonach ronda Waszyngtona. Zderzenie. Ona przeleciała kilkanaście metrów w powietrzu, poza złamaniami nic się jej nie stało, on - oberwana noga. Jako kaleka ani na jotę nie zmienił trybu życia. Bawił się, ze sztuczną nogą tańczył, co było łatwiejsze, grał w pokera, ale też był wielokrotnym mistrzem w jeździe na nartach na światowych mityngach dla niepełnosprawnych w Alpach”. Wbrew temu, co napisał Gruza, do wypadku z września 1960 roku doszło nie na moście Poniatowskiego, tylko na alei Waszyngtona, a motor nie jechał między tramwajami, chociaż po zderzeniu z wojskową karetką Hase rzeczywiście wyleciała w powietrze na wysokość pierwszego piętra i wylądowała na torach tramwajowych. Prawdą jest też informacja o zabawowym trybie życia, który prowadził Manicki mimo amputowanej nogi.

Najbarwniejsze anegdoty dotyczą licznych zakładów Ślepego o duże pieniądze z młodymi góralami o to, kto wytrzyma dłużej z nogą zanurzoną w lodowatym górskim potoku. Oczywiście nikt nie wiedział o protezie, w efekcie Manicki zawsze wygrywał. W końcu po Zakopanem rozeszła się informacja, na jakiego rodzaju oszustwo zostają nabierani górale, i Ślepy nie mógł się pokazywać na Podhalu przez dłuższy czas.

Przywoływane wyżej wspomnienia świadków nie oddają dramatyzmu wypadku. Wydarzenie odcisnęło piętno nie tylko na dalszym życiu dwojga młodych ludzi, ale też scementowało ich związek.

Grażyna Hase: To było kilka lat wielkiej miłości. Być może gdyby nie liczne romanse, bylibyśmy razem do dzisiaj. Jego podrywy szły siłą rozpędu, bo przecież po wypadku był już inwalidą. Początkowo nie miałam pojęcia, co się dzieje, wszyscy przede mną ukrywali jego przygody; wśród licznych jego podbojów była większość moich koleżanek. Zawsze byłam tolerancyjna, więc nawet gdy już zorientowałam się w sytuacji, długo przymykałam oko.

Jeździł różnymi motorami, ale najczęściej sportową besą, w której rura wydechowa była zawsze przegrzana - jeśli nieopatrznie dotknęło się jej nogą, to zostawał ślad na łydce. Patrzyłam na łydki dziewczyn i od razu wiedziałam, z którą jeździł.

Paradoks polegał na tym, że za najszczęśliwszy okres naszego związku uważam rok po wypadku. Rozstaliśmy się dość nagle, po prostu kropla przelała czarę. To był czysty przypadek: przed kinem poszliśmy do niego, żeby coś zjeść i napić się herbaty. Kiedy był w kuchni, zobaczyłam w popielniczce zmięty papier, to był rachunek telefoniczny. Odruchowo wyciągnęłam go i zaczęłam prostować. Potem odwróciłam kartkę i okazało się, że po drugiej stronie był liścik: umawiał się na godzinę, kiedy ja zaczynałam zajęcia w szkole. Uznałam, że nie ma sensu dłużej tego ciągnąć. Do kina już nie poszliśmy, przestałam odbierać telefony, nie było mnie dla niego.

Okres związku z Ryszardem Manickim to jednocześnie czas, kiedy wokół Grażyny Hase pojawiali się liczni adoratorzy. Atrakcyjna, modnie ubrana dziewczyna podobała się wielu mężczyznom. Niektórzy jedynie testowali, czy mieliby u niej szansę, inni byli bardziej konsekwentni, ale zazwyczaj znajomość przebiegała dość niewinnie: kończyło się flirtem albo wspólnym spacerem. Wiele dziewczyn czuło się jednak zagrożonych samą obecnością modelki i potrafiły bezpardonowo dawać znać, że ktoś jest już zajęty. W czasie jakiegoś przyjęcia Grażyna koleżeńsko rozmawiała z Januszem Głowackim. Oni siedzieli, a wokół nich tańczył tłum znajomych, z którego nagle wyłoniła się związana wówczas z Głowackim Bożena Wahl, zbliżyła się w tańcu do rozmawiających, wysunęła nogę i niby niechcący kopnęła domniemaną konkurentkę, po czym pląsała dalej jak gdyby nigdy nic.

Nad Grażyną „czuwał” także narzeczony.

Grażyna Hase: Rysio był piekielnie zazdrosny, chociaż sam nagminnie podrywał i był podrywany. Trochę mnie szpiegował. Pamiętam, jak Jurek Gruza zaprosił mnie na premierę słynnej Opery za trzy grosze Brechta w reżyserii Konrada Swinarskiego w Teatrze Współczesnym, z Kaliną Jędrusik i Tadeuszem Plucińskim. Podejrzewam, że gdy zobaczono mnie razem z Gruzą, to poszły plotki, że playboy znowu przyszedł z nową dziewczyną. Kilka dni później umówiliśmy się jeszcze w Bristolu, ale nie w części nocnej, tylko dziennej. Tam pojawił się Rysio. Jak tylko Jurek go zobaczył, to powiedział: „Wiesz co, mam jeszcze coś do załatwienia” i zniknął. Stwierdził zapewne, że szkoda na mnie czasu.

Dzisiaj po wielu znajomościach pozostały anegdoty, które można wspominać z uśmiechem na ustach. Jaś Gawroński pisał w liście do Grażyny, że zawód modelki nie jest dla niej odpowiedni. Leopold Tyrmand pocieszał ją listem na liliowym papierze, gdy dowiedział się, że znalazła się w szpitalu. Władek Dadas to wspólny wyjazd do Paryża. Z kolei pobyt w stolicy Francji ze Zdzisławem Wardejnem zamienił się w przyspieszony kurs historii kina, tak łakomie oglądali filmy niedostępne w Polsce, wówczas pierwszy raz zobaczyli Salò, czyli 120 dni Sodomy Piera Paolo Pasoliniego. Niektórych listów od Krzysztofa Tyszkiewicza ze względu na charakter pisma nie jest dziś w stanie odczytać nawet on sam, przypominają elektrokardiogram.

W połowie lat pięćdziesiątych, jadąc do Pragi, Grażyna spotkała w pociągu całą grupę przyszłych filmowców (Stanisław Jędryka, Paweł Komorowski, Mieczysław Waśkowski), wśród których rej wodził Roman Polański. Ten jeszcze w czasie podróży podarował jej różę i poprosił o numer telefonu. Po jakimś czasie zadzwonił z zaproszeniem na mający się wkrótce odbyć bal łódzkiej Filmówki. Zapytana, czy przyjedzie, Grażyna odpowiedziała, że wszystko zależy od zgody jej taty. Więc Polański w czasie rozmowy z Karolem Hase obiecał, że zaopiekuje się jego córką, odbierze ją z dworca i dopilnuje, by wsiadła do pierwszego pociągu, który rano będzie jechał z Łodzi do Warszawy. Tak się stało, chociaż na samym balu Polański musiał przede wszystkim wypełnić obowiązki współorganizatora, więc przebywali w różnych towarzystwach. Po wielu latach Grażyna Hase dowiedziała się, że tamtego wieczoru była poszukiwana przez ówczesną dziewczynę przyszłego reżysera, trenującą narciarstwo sportsmenkę, która chciała siłą poinformować modelkę o swoich prawach do Polańskiego.

Z Łodzią wiąże się także niezwykłe spotkanie Hase ze Zbigniewem Cybulskim. Ona miała tam przymiarki strojów, on kręcił film. Umówili się, że spędzą razem kilka popołudniowych godzin, zanim Grażyna nocnym pociągiem pojedzie dalej, do Zakopanego, gdzie miał na nią czekać Ryszard Manicki. Cybulski zaczął namawiać modelkę, żeby została, a dodatkowym argumentem stał się koncert, który dawał tego wieczoru Marino Marini. Okazało się, że włoski piosenkarz zna się ze Zbyszkiem, więc przed koncertem zjedli we trójkę obiad w Grand Hotelu. Aktor zwierzył się piosenkarzowi ze swojej sytuacji - że towarzysząca mu dziewczyna nie chce z nim zostać i wieczorem zamierza odjechać. Marini zapewnił, że zna sposób, dzięki któremu Grażyna zmięknie. Podszedł do fortepianu i bardzo kalecząc polski, zaśpiewał swój późniejszy przebój Nie płacz, kiedy odjadę. Było to rzeczywiście wzruszające, zaczęły się wątpliwości, ale ostatecznie miłość do Rysia zwyciężyła i Grażyna pojechała do Zakopanego. Nie ma jednak pewności, czy dobrze zrobiła, bo gdy z samego rana zajechała do swojego chłopaka, w jego łóżku zastała inną dziewczynę. Za to znajomość z Cybulskim wciąż trwała.

Grażyna Hase: W Piwnicy przy placu Grzybowskim urządziłam w 1960 roku dwudzieste pierwsze urodziny, na których byli Zbyszek Cybulski i Bobek Kobiela. Obaj tak dobrze się bawili, że nie chcieli wychodzić, troszkę popili, a musieli wracać na spektakl w Teatrze Wybrzeże. Wiedzieli, którym pociągiem muszą jechać, ale ociągali się z wyjściem, bardzo długo trwało żegnanie się.

Właśnie w tamtym okresie Cybulski trochę mnie adorował. Kiedy go poznałam, był już gwiazdorem po Popiele i diamencie, wszyscy się nim fascynowali. Ja nawet nie miałam czasu się zastanowić, czy mi się podoba, wszystko działo się tak szybko, przemknął jak meteoryt. Mam od niego telegramy, które nie przychodziły do domu, tylko na Poznańską 3, gdzie pracowałam jako modelka. Był uroczy, ale trudno go było traktować poważnie.

Na tych moich urodzinach mówił, że za tydzień przyjedzie i spotkamy się o dziewiętnastej „pod mostami”, czyli pod mostem Poniatowskiego. Rzucił to ot tak, więc oczywiście tam nie poszłam, byłam akurat w SPATIF-ie, a on podobno czekał. Za to razem poszliśmy na Bal Gałganiarzy w Teatrze Narodowym. Byliśmy umówieni, ale do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy Zbyszek będzie, czy nie, kilka razy odwoływał, a potem potwierdzał. Wreszcie przyjechał i weszliśmy razem, jednak on szybko się upił, zaczął wzdychać do striptizerki, która prężyła się na balkonie ukryta za matową szybą, krzyczał „Dajcie mi ją!”, a mnie zostawił. Jednocześnie pojawił się Rysio, ostentacyjnie wziął mnie za kołnierz i powiedział z tym swoim cudownym „rh”: „A terhaz odwiozę cię za karhę do domu” - chodziło o to, że nie odwiezie mnie do siebie, jakby wizyta u niego była nagrodą. Rzeczywiście odwiózł mnie do domu, a nad ranem zapukał tam Zbyszek, który mnie szukał. Ja spałam, otworzył mu Tata, zaprosił do kuchni, zrobił mocną kawę, spędzili jakiś czas na rozmowie. Cybulski tłumaczył Tacie: „Grażyna powinna zakończyć związek z Macickim”, bo celowo przekręcał nazwisko Manickiego. Ponieważ Ojciec nie tolerował Ryszarda, doszli w tej kwestii do porozumienia. Kiedy się obudziłam, Zbyszka już nie było.

Pamiętam jeszcze wspólny pobyt w kawiarni hotelu Bristol. Było już ciepło, bo siedzieliśmy w ogródku. Przyszedł Wowo Bielicki, którego Zbyszek zaczął odganiać. To było bardzo śmieszne, jakiś kolejny element wieloletniej rywalizacji, bo przecież sympatią Wowa była też Elżbieta Chwalibóg, którą później Cybulski poślubił.

Zanim Grażyna Hase związała się z Wowem Bielickim, w jej życiu trwał czas Stanisława Kuśmierkiewicza zwanego Kajtkiem. Był to młody, szczupły dyplomata z pięknym samochodem, zatrudniony w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, pupil ówczesnego ministra Adama Rapackiego. Przepowiadano mu karierę ambasadora. Kiedy się dowiedział, że Karol Hase jest umierający, przyjechał, poprosił o rękę Grażyny i został przyjęty.

Kajtek był ulubieńcem mamy Grażyny, która po śmierci byłego męża namówiła młodych, by zamieszkali wspólnie. Wydawało się, że razem spędzą życie, ale Grażyna poznała Wowa Bielickiego. Z narzeczonym pojechała jeszcze w sierpniu 1966 roku do Jugosławii, ale był to początek końca. Źle się czuła, dlatego z wakacji wrócili osobno. On samochodem, ona samolotem. Z lotniska odebrał ją przyszły mąż, w ten sposób rozpoczął się nowy etap w życiu Hase. Kajtek zrozumiał sytuację i rozstali się w przyjaźni. Grażyna zawsze wiedziała, co się u niego dzieje, że ożenił się, miał dzieci, pracował w FAO (Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa) we Włoszech w randze konsula. Ambasadorem ostatecznie nie został, zginął przedwcześnie w Rzymie w wypadku samochodowym. W 1983 roku, krótko przed śmiercią, był w Warszawie. Gościł w Galerii Grażyny Hase, gdzie odbywał się wernisaż obrazów Andrzeja Krajewskiego. Na wspólnym zdjęciu został uwieczniony w otoczeniu gwiazd: siedzi na podłodze obok Marka Perepeczki i Jolanty Lothe.

Będąc z Kajtkiem, Grażyna Hase miała już na swoim koncie małżeństwo z Pálem Szécsim, którego poznała podczas pobytu na Węgrzech. Po cichym ślubie wrócili razem do Warszawy i zamieszkali w pensjonacie Zgoda przeznaczonym dla cudzoziemców, gdzie swój pokój miał także Thomas Harlan, przystojny młody Niemiec z RFN, syn najsłynniejszego nazistowskiego reżysera Veita Harlana, autora propagandowego Żyda Süssa.

Pobyt w Polsce był dla młodego Harlana sposobem na odkupienie win ojca, po latach tak pisała o tym Wiesława Czapińska: „Chciał zademonstrować, że jest inny od swego ojca, że potrafi naprawić szkody popełnione jego nazistowską działalnością. Chciał być za wszelką cenę inny. Pisał sztuki i scenariusze o tematyce żydowskiej. Uważał swoją działalność za dziejowe posłannictwo”.

Grażyna Hase poznała Harlana kilka lat wcześniej w Jastarni, stojąc w kolejce po ptysie i drożdżówki przed cukiernią Maleńka. Został jej przedstawiony przez architektkę Danutę Żmigrodzką. Po powrocie z wakacji utrzymali kontakt, ale spotkania były incydentalne, modelka była wówczas związana z Manickim i często nawet nie zauważała zainteresowania ze strony innych mężczyzn. O relacji z Harlanem być może nie warto byłoby nawet wspominać, gdyby nie fakt, że po latach okazało się, że on traktował tę znajomość bardzo poważnie, zastanawiał się nad wspólnym wyjazdem z Polski, a nawet małżeństwem. Gdy w 2006 roku, cztery lata przed śmiercią, odwiedził go w klinice przyjaciel z polskiego okresu, Daniel Passent, okazało się, że Harlan wciąż nosi przy sobie zdjęcie Grażyny Hase sprzed czterdziestu pięciu lat.