Można nie znać dokładnie jej twórczości, ale niemal każdy kojarzy oryginalną, charyzmatyczną, kolorową postać. Wysoka, o nietypowej urodzie i niebanalnym głosie. Oryginalna, kobieca, wyrazista, o wybitnej osobowości scenicznej. Jest jak barwny motyl.

Kayah, a właściwie Katarzyna Szczot, w listopadzie skończy 50 lat. Wokalistka, autorka tekstów, producentka muzyczna, osobowość telewizyjna, członkini Rady Polskiej Fundacji Muzycznej, założycielka własnej wytwórni płytowej Kayax. Jej osiągnięcia można by wymieniać długo, bowiem na polskiej scenie muzycznej jest obecna już 30 lat. Matka, była żona, kochanka, ale przede wszystkim – wyjątkowa kobieta.

Choć nie lubi wokół siebie medialnego szumu, na pytania odpowiada do bólu szczerze. Nie boi się mówić o uczuciach, odpowiadać na trudne pytania. Jej teksty przesycone są emocjami, tęsknotą, miłością – wszystkim tym, co tak bliskie jest każdej kobiecie. Otwarcie przyznaje się do popełnionych błędów, kompleksów, marzeń, wahań nastrojów, wzlotów i upadków. Do skomplikowanej osobowości, pragnienia, by kochać i być kochaną.

Muzyka na złość tacie

Jako mała dziewczynka Kayah marzy o tym, żeby mieszkać w Nowym Jorku i.. być piękną blondynką. Śpiewa do spłuczki w łazience, wyobrażając sobie, że to mikrofon, kolorowa tapeta imituje publiczność, a rakieta tenisowa – gitarę. Słuchając Urszuli Dudziak tańczy do lustra, wcielając się w marzeniach w postać wybitnej wokalistki.

Mieszka z mamą w małym mieszkaniu na warszawskiej Ochocie. Ojciec zostawia rodzinę i wyjeżdża z Polski, gdy Kasia ma 11 lat. Przez wiele lat uważa go za “najczarniejszy punkt” w swoim życiu. Jest wobec niej wyjątkowo krytyczny, nie wierzy w jej talent. Dziś Kayah dostrzega dobre strony tej sytuacji. “Wiele rzeczy robiłam mu na złość. Parłam do muzyki, bo on powiedział, że nie mam talentu. Chciał mnie zranić, a był moim zapalnikiem”.

Choć dużo czyta, zamiast się uczyć, woli słuchać muzyki i występować w funky-soulowej grupie swoich znajomych. W 1985 roku robi dyplom w klasie fortepianu. Do matury już nie podchodzi, bo wypatrzył ją Tomek Lipiński, który zaproponował udział w nagraniu "Mówię ci, że..." Tiltu.

„Nic nie umiałam”

Od tej chwili rozpoczyna się jej muzyczna kariera, na którą – jak sama przyznaje – była kompletnie nieprzygotowana.

“Nie miałam pojęcia o niczym. Dysponowałam już jakąś tam barwą, ale nie umiałam śpiewać. (…) Byłam arogancka, bo jednocześnie strasznie zakompleksiona. Nowicjuszka przerażona nowym otoczeniem. Kąsałam, bo się bałam. Nie wiedziałam, komu zaufać. Podpisałam swój pierwszy kontrakt i, niestety, obietnice okazały się bez pokrycia” - wspomina w jednym z wywiadów.

Czytaj także: Lena Dunham: Dziewczyna, prawie już kobieta

Przez kolejne lata śpiewa głównie w chórkach i dorabiała jako modelka. Nie lubi tej pracy, ale docenia, że dzięki modelingowi może zwiedzać świat, pozbyć się kompleksów, uczyć samodzielności. Ciągle jednak najbardziej marzy o solowej karierze, bo jako “drugi głos” jest już dobrze znana i ceniona. Ale dla niej to za mało.

Milowy „Kamień”

Przełom następuje w 1995 roku, kiedy to Kayah dostaje w końcu długo wyczekiwaną szansę nagrania swojej pierwszej autorskiej płyty. "Kamień" rozchodzi się w nakładzie ponad 60 tysięcy egzemplarzy, uzyskując status Złotej Płyty. Katarzyna Szczot po raz pierwszy zostaje laureatką Fryderyków, zdobywając tytuł najlepszej wokalistki roku.

Kolejna płyta pt. "Zebra", wydana dwa lata później, w ciągu zaledwie kilku dni pokrywa się platyną, a na wokalistkę sypią się nagrody (m.in. 4 Fryderyki). W 1998 podczas nagrywania programu „To było grane” poznaje holenderskiego producenta telewizyjnego Rinke Rooijensa, z którym po paru miesiącach bierze ślub. 1 grudnia rodzi się ich syn – Roch. W tym samym czasie Kayah nawiązuje współpracę z Goranem Bregoviciem, z którym nagrywa wspólny album. “Kayah i Bregović” odnosi ogromny komercyjny sukces.

Kariera i trudne macierzyństwo

“Roch przez pierwszy rok swojego życia nie przespał ani jednej nocy, a jeździł ze mną wszędzie, bo karmiłam go piersią. I to był rok, kiedy ogarniałam Bregovica i tę całą wielką falę, która popłynęła” - wspomina artystka w jednym z wywiadów.

Otwarcie wyznaje, że macierzyństwo było ogromnym wyzwaniem, nową rolą, która niejednokrotnie ją przerasta. Jako jedna z pierwszych kobiet w Polsce przyznaje się do depresji poporodowej. „To była masakra, myślałam, że go przez okno wyrzucę, a potem sama wyskoczę. Kobiety często boją się przyznać do takich odczuć, bo boją się, że będą postrzegane jako złe matki. Ale to jest niezależne od nas! To zmiany hormonalne. U niektórych dziewczyn trwa to 3 dni, a u niektórych – tak jak u mnie - pół roku”.

„To było takie rozdarcie – z jednej strony wielka miłość i poczucie obowiązku, a z drugiej bezsilność wobec tego wiecznego krzyku, uczucie żalu, że w ogóle się taką decyzję podjęło, że się sobie pęta założyło na ręce i nogi. Za jakie grzechy?! Mój syn był „okrutny”, bo fundował mi serię kolek, zawsze w porach niemożliwych do zniesienia, od trzeciej do szóstej rano. Sięgałam po mądre książki, w nich czytałam, że nie ma żadnych przesłanek, dla których taka kolka ma prawo wystąpić, więc myślałam, że jest to jego złośliwość. Taka świadomość była tak podła i wykańczająca, że gdyby nie Rinke, to bym sobie nie poradziła. On był genialnym ojcem.” – wyznaje w wywiadzie dla „Vivy”.

Wszystko na raz

Trudy związane z macierzyństwem zbiegły się z apogeum jej kariery. „Nagrywanie naszej płyty to był morderczy czas. Co pół godziny odrywałam się od mikrofonu i biegłam nakarmić dziecko. Jeszcze Goran zaraził mnie straszną grypą, w nocy między karmieniem pisałam teksty, aby rano, po nieprzespanej nocy, znów stanąć przed mikrofonem. A wszystko w ciągu jednego tygodnia, bo Bregović miał dla nas tylko tyle czasu.” – opowiada redaktorce Gazety Wyborczej.

Do złego samopoczucia dokłada się fala krytyki jej wyglądu. W ciąży przytyła 30 kilo i pomimo karmienia piersią, przez rok nie może pozbyć się nadwagi.

Gdy mały Roch ma miesiąc, Kayah prowadzi sylwestrową galę w Zakopanem. „Okropnie denerwowałam się tą podróżą, bo cały świat wydawał mi się takim bezładnym potworem z wielką stopą, który zaraz zdepcze moje delikatne, drobne dziecko. Nie czułam się ze swoją tuszą dobrze i sama świadomość, że występuję w takim stanie przed pięciotysięczną publicznością, była strasznie deprymująca.”

Rozstanie

Choć osiąga właśnie szczyt swojej kariery, jej prywatne życie nie wygląda różowo. Stres związany z macierzyństwem jest ogromny, a małżonkom coraz trudniej się dogadać. Choć obojgu bardzo zależy na utrzymaniu pełnej rodziny, ponieważ sami takiej nie mieli, Kayah i Rinke w końcu się rozstają.

„Wina zawsze leży pośrodku. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie byłam łatwym partnerem. Kiedyś miałam też straszny problem z zazdrością” - przyznaje po latach, opowiadając, jak bolesne było to dla niej doświadczenie.

Samotność

Swoje uczucia przelewa na papier, tworząc kolejne teksty, przyznając się do ciążącej jej czasem samotności. W jednym z wywiadów mówi:

„To proste. Kiedy nie ma mężczyzny, a chciałoby się, by był, odczuwa się brak. Akurat teraz mam szczególny moment, w którym nie zawsze mi komfortowo. Nie mam z kim dzielić życia od jakiegoś czasu. Nieraz się z tego cieszę, bo ta samotność może być równoznaczna z wolnością, z pilotem, który się dzierży w dłoni i nie trzeba z nikim się kłócić...”

Sukces na scenie, sukces w biznesie

W 2001 roku zakłada własną wytwórnię, doskonale godząc sukces artystyczny z biznesowym. Promuje młodych artystów, jednocześnie nadal nie schodząc ze sceny.

W 2003 roku występuje na festiwalu w Sopocie, gdzie zostaje uznana za gwiazdę wieczoru, przyćmiewając koncert Ricky`ego Martina.

Dwa lata później wydaje podsumowujący album "The Best & The Rest". W 2006 roku nagrywa, jako pierwszy artysta Europy Środkowo-Wschodniej, płytę MTV Unplugged.

Codzienne życie gwiazdy

Choć spełnia marzenia i osiąga sukces za sukcesem, jej życie nie jest usłane różami. Jak sama przyznaje, nie musi jeździć codziennie o ósmej do fabryki, ale musi pokonać tysiące kilometrów, nieraz po niebezpiecznych polskich drogach, by przez półtorej godziny, niezależnie od tego, czy zimno, czy ciepło, czy jest zdrowa, czy ma siłę, czy chce jej się płakać, musi “śpiewać i machać nogami”.

Czytaj także: Urszula Dudziak: Byle nie zwalniać tempa

“Podlegam wiecznej ocenie, często nieżyczliwej, żyję tu i teraz, bo artysta myśli, że to jest jego pięć minut, nawet jeśli, jak ja, ma ich piętnaście. (…) To nie jest stabilna, ciepła posadka, to brutalny świat, w którym trzeba co chwila zdawać egzamin i to publicznie. Bądź w nim jeszcze kobietą z każdym rokiem starszą, zachoruj, miej niepowodzenia w życiu osobistym... Nie skarżę się, tylko udowadniam, że jest to zawód bardzo osadzony w realiach, które dodatkowo wymagają ogromnej wytrzymałości psychicznej.” – opowiada w wywiadzie dla Onetu.

Jest przecież nie tylko artystką, ale i kobietą, matką, córką. Niepokoi się o zdrowie swojej mamy, bardzo martwi o syna, który dorastając przeżywa okres buntu i coraz trudniej jest się z nim dogadać.

Na scenie musi wziąć się w garść, niezależnie od tego, co czuje. “Publiczność zapłaciła za bilet nie po to, by słuchać, jak się skarżę, że poleciało mi oczko w rajstopach. Publiczność oczekuje spektaklu. Nie zawsze mam mentalnie na niego siłę, bo żyję życiem każdej kobiety, z jego sinusoidą emocjonalną, ze zmaganiem, gospodarstwem, chorobą itd. Ale to mój zawód, a ja jestem profesjonalistką. Złamię się w domu, a ludziom dam to, po co przyszli – dobrą zabawę i wzruszenia.” - podsumowuje.

40-latka na scenie

Jak każda celebrytka, jest surowo oceniana, a jej wygląd szeroko komentowany. Zwłaszcza, że wciąż wygląda pięknie, co prowokuje spekulacje dotyczące operacji plastycznych. Nie przejmuje się nimi, bo doświadczenie i wiek sprawiają, że nabiera do siebie zdrowego dystansu. Fakt, że jest coraz starsza, nie sprawia, że czuje się z tym źle.

„Uważam, że 40-letnia kobieta jest nadal bardzo atrakcyjna fizycznie, ale ma o wiele więcej do zaoferowania. Ma dystans, o wiele więcej wyrozumiałości, jest doświadczona, oczytana. Taka kobieta to skarb. Dostałam dobre geny. Czy mam się czuć jakoś winna, że mam słuszny wzrost i proste nogi? Czy moich płyt słuchałoby się lepiej, gdybym była zaniedbana i cztery rozmiary większa?”

Przyznaje, że dbanie o atrakcyjny wygląd to nie grzech. „Tak jak dba się o duszę i rozum, powinno dbać się o ciało” – mówi. - Myślę jednak, że wygląd zewnętrzny, w równej mierze co od dobrych kosmetyków, zależy też od dobrego czucia się we własnej skórze, od pogodzenia się ze sobą i ze światem. Choć i w tym mistrzynią nie jestem...”

Jak każda kobieta, miewa lepsze i gorsze dni, kiedy ćwiczy czuje się lepiej i piękniej, ale brak jej systematyczności. „Kiedy poświęcam sobie więcej uwagi, świat też zaczyna mi ją poświęcać. Dobrze wie, że nie zatrzyma upływającego czasu i się zestarzeje, ale postanawia zrobić to „jak najładniej”.

Poza sceną

W życiu osobistym Kayah pojawia się Sebastian Karpiel-Bułecka. Dość długo utrzymują swój związek w tajemnicy, bojąc się, że to zaszkodzi dopiero rozwijającemu swoją karierę muzyczną przystojnemu wokaliście zespołu „Zakopower”. Choć na ich temat krąży wiele plotek, para konsekwentnie milczy, przejmując się opinią publiczną, co w końcu niszczy związek.

Kayah zaczyna mieć też problemy z dorastającym synem. Coraz częściej napomyka o ich trudnych relacjach. Przyznaje, że chciała zapewnić Rochowi wszystko, co mogła, ale w wychowaniu była mocno niekonsekwentna.

Na pytanie, czym jest dla niej macierzyństwo, odpowiada: „Przede wszystkim zmienia optykę patrzenia na świat i przewartościowuje nasze życie. Mamy inne priorytety, jesteśmy także bardziej odpowiedzialne i mniej egocentryczne, a to zawsze wychodzi mądrości i wewnętrznej sile na zdrowie”.

Seks bez miłości nie ma sensu

W 2009 roku Kayach udziela Piotrowi Najsztubowi odważnego wywiadu, w którym otwarcie mówi o miłości, seksie i samotności.

„Bardzo lubię seks. Jest dla mnie rzeczą bardzo naturalną. Wyzwala dużo magicznej energii. Tylko że seks ma dla mnie sens, gdy jest połączony z miłością. Gdybym tak nie uważała, to być może nie gadałabym z panem o samotności, bo ta moja samotność wynika również z tego, że mam brak tak rozumianego seksu właśnie. Wolę nic niż nic, więc mam nic. Unikam płytkich kontaktów i miałkich relacji. Choć zawsze pożądałam i lubiłam być pożądana, ale nigdy za wszelką cenę. Może pan tak mnie odbiera dlatego, że zawsze czułam się wyzwolona, nigdy się nie wiązałam ciasnym gorsetem sztucznie narzuconej moralności, bardzo naturalnie do tego podchodziłam?

Czytaj także: Dalida: Liczyła się tylko miłość

Są chwile wielkich uniesień i są chwile spokoju. Miłości mam wiele, kocham moich bliskich, przyjaciół. A że mężczyzny nie... Nie wiem, a co mam zrobić? Stanąć na środku ulicy i krzyczeć: „Chcę kochać! Dajcie mi chłopa!”?

Przyznaje, że szukać nie będzie, bo nawet nie wie jak. Do tej pory, to mężczyźni ją znajdowali. „Mam taką naturę, że nawet jak ktoś mi się bardzo podoba, to zawsze wątpię, czy ja bym mogła mu się spodobać. Odwracam głowę, nigdy nie prowokuję.”

Dojrzałość

Za wiekiem Kayah coraz bardziej ceni sobie dojrzałość. „To coś naprawdę bardzo fajnego i i nie należy się przed tym bronić. U jednych przychodzi szybciej, u drugich z pewnym bolesnym doświadczeniem. Ale ważne, żeby przyszło” – mówi.

Pewnie, że wolałaby mieć 35 lat, bo wtedy było najfajniej. Ale ma dwa wyjścia, albo się w środku zżymać i zatruwać sobie codzienność, albo po prostu zaakceptować ten naturalny proces.

Trochę boi się 50 urodzin i kryzysu, który może się z tym wiązać, wynikającego głównie z faktu, że nie będzie mogła już być matką. Przyznaje, że gdy Roch był mały, nie miała czasu cieszyć się z tego słodkiego etapu macierzyństwa. Dziś doceniłaby to dużo bardziej.

Kobieta jak Feniks

Jej teksty są o kobietach i w większości pisane do kobiet. Zawiera w nich uczucia bardzo dobrze znane każdej z nas. Doskonale nazywa emocje towarzyszące wszystkim dziewczynom, kobietom, matkom i córkom, dostrzegając i opisując smutek, tęsknotę, samotność, nieszczęście, niesprawiedliwość.

Tytuł jej pierwszego, wielkiego przeboju „Córeczko, wolałabym, żebyś była chłopcem”, choć może kojarzyć się wieloznacznie, uwypukla problem społeczny polskich kobiet, które w patriarchalnym społeczeństwie spychane są na dalszy plan, i którym w męskim świecie żyje się zdecydowanie gorzej niż chłopcom.

W nagranej niedawno „Dłoni” porusza problem przemocy fizycznej. Na pytanie, czy jej doświadczyła, odpowiada: „Myślę, że każda kobieta, której byśmy nie zapytali, odpowiedziałaby, że tak. Ten świat jest bardzo pięknym światem, ale potrafi być też bardzo brutalny. Zbyt wielu jest ludzi, którzy nie dojrzeli do związków opartych na zaufaniu, a miłość rozumieją jako posiadanie, dominację”.

Czytaj także: Krystyna Janda: Kobieta z marmuru

Kobiety są jednak wg artystki jak tytułowy „Kamień”. Jak diament, który jest twardy i błyszczy. Zniosą wszystko, bo są jak skała – silne, opierające się przeciwnościom, mające wyjątkową zdolność sprostania wszystkim zadaniom i spojrzenia w twarz rzeczywistości. Kamień to symbol siły kobiet.

„Dlaczego żółw jest taki twardy? Bo jest taki miękki. My się tej siły uczymy. Jeżeli ja nie podołam, to co będzie z moim synem? Z moją mamą?” – pyta retorycznie.

Nie chce mówić o upadkach, tylko o powstaniu. Bo to jest prawdziwe zwycięstwo, choć upadek nie jest wstydem. „Wiele razy wydawało mi się, że się już nie podniosę. Nie chodzi o to, ile razy upadniemy i jak bardzo się potłuczemy, tylko to, czy będziemy w stanie się podnieść, otrzepać z kurzu i ruszyć do przodu. Kobiety, choć sobie z tego nie zdają sprawy, są takim Feniksem z popiołów”.

Fantastyczne babki, z facetami gorzej

O sobie mówi, że jest dojrzałą kobietą, świadomą własnej wartości. Niezależnie, czy w pojedynkę, czy przy czyimś boku. Nie uważa, że status kobiety rośnie z mężczyzną przy boku. Że singielka jest kimś gorszym, nieudacznikiem. Zna mnóstwo samotnych kobiet sukcesu, które dokonały świadomego wyboru, jednak ona sama czuje się stworzona do życia z kimś razem. Trudno jednak tego kogoś spotkać, bo „generalnie z żalem muszę powiedzieć, posucha, panie... Żyjemy w kraju, gdzie są fantastyczne babki, natomiast z facetami jest gorzej.” - podsumowuje w wywiadzie dla Piotra Najsztuba.

„Miewam co do siebie wątpliwości, czasem myślę, że najlepsze mam już za sobą. Martwi mnie, że nie regeneruję się już tak jak kiedyś, że pewnych rzeczy mi już nie wypada, że już tak łatwo się nie zapalam i często wątpię, czy podołam. Pewnych procesów nie powstrzymam, ale chcę wycisnąć z życia jak z cytrynki najlepsze, co można. Tu i teraz. “

anna.olejniczak@polskapress.pl

Zobacz też: Czy Kayah ma kompleksy? "Będę się z tym zmagać do końca życia"